Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Epizody

magdeburg 1918Poznałem Piłsudskiego w październiku 1915 r. na Wołyniu, w ziemiance pod Koszyszczami. Legioniści polscy (którzy zresztą nie wszyscy pochodzili z Polski - ale również z Niemiec i z Węgier, jednak wszyscy byli bardzo młodzi) odznaczyli się wówczas w bitwie, szalejącej pod Czartoryskiem, szturmując zwłaszcza przed niedawnymi dniami z wielką odwagą, częściowo na bosaka, otoczoną błotnistym lasem wieś Kukle, silny punkt oparcia Rosjan. Piłsudski był twórcą i duszą Legionów: on - i uroczyste, staropolskie pieśni ludowe, które legioniści intonowali w niebezpieczeństwie i w wirze walki.

Po raz pierwszy odwiedziłem Piłsudskiego w dniu 29 października w towarzystwie austriackiego komendanta odcinka kawaleryjskiego hr. Lasockiego. Spotkaliśmy skromnego człowieka, ubranego po cywilnemu, w szary, wełniany sweter[1], podczas gdy otaczający go Polacy, nawet w tym lesie, w zwykłej ziemiance i na froncie, umundurowani byli nieco fantastycznie.

Piłsudski był zamknięty w sobie, trzeźwy, ale charakteryzował go pewien mistyczny wyraz, kiedy była mowa o Polsce. Wydawał się wtedy jakby zmęczony, wcześnie postarzały, nie po wojskowemu się trzymający, miał jednak szczególnie piękne, głębokie, energiczne lub nagle bardzo miękkie i młode oczy. Budowa i wyraz twarzy przypominająca Dostojewskiego, czy Nietschego. Wobec eleganckiego i zdyscyplinowanego światowca Lasockiego - sprawiał wrażenie uduchowionego i prawie proletariusza.

Na rozmowę moją z Piłsudskim Lasocki patrzył niezbyt chętnym okiem, jako że polityka austriacka nie życzyła sobie zbyt dobrych stosunków między Niemcami a Polakami. Ponieważ jednak zastępowałem niemiecką Komendę grupy armii, austriaccy dowódcy odcinków nic na to poradzić nie mogli i zgadzali się na moje z Piłsudskim stosunki. W tym to czasie osiągnąłem, że legioniści polscy po zdobyciu Kukli nie byli już traktowani lekceważąco ze strony niemieckiego dowództwa, jak to miało miejsce przedtem ze strony austriackiej.

Piłsudski wypowiedział przede mną dość otwarcie swoje cele. Podkreślał, że połączenie Galicji z Kongresówką jest konieczne, nawet nie do uniknięcia; rezygnował jednak z wszelkich pretensji do Prus Zachodnich, czy też większej części Poznańskiego. Przynajmniej jeśli chodzi o niego i obecne pokolenie. Co późniejsze pokolenia podejmą nie da się przewidzieć, ani też nie da się przewidzieć co się stanie gdy Niemcy zostaną pokonani i koalicja Prusy zachodnie Polsce zechce ofiarować. Dla niego jednak jest sprawą główną, aby Niemcy i Polacy zapomnieli o swojej starej nieprzyjaźni, a nawet nauczyli się przyjaźnie współpracować jako sąsiedzi, którzy wreszcie zmądrzeli.

Od tego czasu aż do roku 1918 Piłsudskiego nie widywałem. Aresztowanie jego w r. 1917 na podstawie austriackiej denuncjacji traktowałem jako głupotę a nawet jako nieszczęście; mówiłem o tym w Berlinie. Kiedy w r. 1918 zbliżała się klęska, baron Romberg ówczesny mój szef i poseł w Bernie przypomniał sobie te stosunki i wysłał mnie do sekretarza stanu Solfa do Berlina; gabinet polecił mi wówczas odwiedzić Piłsudskiego, który uwięziony był w twierdzy magdeburskiej. Miałem wejść z nim w kontakt, wybadać go i zobaczyć czy można od niego oczekiwać jakiejkolwiek pomocy.

W dniu 31 października pojechałem do Magdeburga. Tam na moje zapytanie otrzymałem od Piłsudskiego odpowiedź, że wypowiedział on już swoje polityczne poglądy w r. 1915 i od tego czasu w ich zasadzie nic się nie zmieniło. Ponieważ polityka niemiecka generał-gubernatora w Polsce Beselera całkiem widocznie zbankrutowała, a katastrofie w Polsce zapobiec mógł tylko bohater narodowy Polaków - Piłsudski - niemiecki rząd ludowy brał teraz pod uwagę warunki na jakich mógłby Piłsudskiego uwolnić. Miał on przede wszystkim zadeklarować pisemnie i pod słowem honoru, że nic nie przedsięweźmie przeciwko Niemcom. Tekst deklaracji zredagował gen. Hoffman. Ze swej strony byłem przeciwny wymaganiu tej pisemnej deklaracji. Piłsudski na pewno potraktowałby ją jako zniewagę i odmówiłby tego rodzaju wymaganiom, jak również przeciwny byłem i z tego powodu, że pisemna, przyjazna dla Niemców deklaracja, której na pewno nie da się zachować w tajemnicy, skompromitowałaby Piłsudskiego w Polsce i w tym wypadku nic by się on nam nie przysłużył.

Kiedy nadeszła rewolucja, zostałem, bez załatwienia tej sprawy, wysłany w dniu 6 listopada ponownie do Magdeburga, aby tam oczekiwać na decyzję gabinetu. Dzień 7 listopada przeszedł bez ostatecznych poleceń, dopiero w nocy z 7 na 8 listopada nadszedł do mnie pośpieszny rozkaz, by Piłsudskiego już bez pisemnej deklaracji uwolnić i jak naj szybszą drogą przewieźć do Berlina.

Akurat w chwili gdy rozkaz ten do mnie doszedł, dzwoni adiutant Dowództwa Korpusu: "Ekscelencja pragnie ze mną mówić natychmiast, możliwie szybko!" Jadę tam i staję wobec starego, zużytego przez wojnę człowieka, który widocznie każdej chwili oczekiwał swego aresztowania. (Dowódca w Hannowerze był już "przymknięty" co zrobiło ogromne wrażenie). Dowódca korpusu przyjął mnie zgarbiony, usiadł ciężko w fotelu i zapytał co się robi w Berlinie i co ja tutaj w Magdeburgu mam zamiar robić? Poradziłem mu, aby wojska możliwie mało pokazywał, gdyż to ludność irytuje, a wojsko i tak by nie walczyło; najlepiej zaś utrzymać porządek, jeśli to możliwe, przez związki zawodowe i organizacje socjal-demokratyczne. Zgodził się na wszystko, odpowiadając, że właśnie on tak samo chciał zawsze robić. Zresztą nie ma nikogo do dyspozycji, by powstanie stłumić...

Wieczór spędziliśmy oczekując na przyjazd marynarzy, podczas gdy na dworcu miał miejsce pożałowania godny wypadek: zastępca naj starszego oficera garnizonu pewien pułkownik zastrzelił bez żadnego właściwie powodu jadącego pociągiem wachmistrza, zameldował się u komenderującego dowódcy i uciekł.

Pociągi i gazety z Berlina nie nadchodziły, ale komenda dworca miała o dziesiątej jeszcze łączność telefoniczną z Berlinem. Stendhal był przez czerwonych obsadzony, również i Schwerin. Fizjonomia rewolucji poczęła się zarysowywać: powolne obejmowanie północnych Niemiec przez zbuntowanych marynarzy, którzy nadciągali od wybrzeża - plama oliwy, która wżerała się od brzegu w głąb kraju. Berlin stawał się wyspą. Wokół, odwrotnie jak we Francji, prowincja rewolucjonizowała stolicę, morze rewolucjonizowało ląd: Wikingowie.

*          *          *

Piłsudski miał być zwolniony następnego dnia o dziesiątej z rana. O wpół do dziesiątej zjawił się przede mną oficer z komendy więzienia i zameldował, że łączność kolejowa z Berlinem została przerwana; przewiezienie Piłsudskiego drogą kolejową stawało się z tego powodu niemożliwe. Postanowiłem mimo to uwolnić go i przewieźć samochodem, tym bardziej, że w międzyczasie rząd telegrafował, by sprawę możliwie przyspieszyć.

W czasie kiedy telefonicznie żądałem auta od dowódcy kolumny samochodowej - rewolucja w Magdeburgu już się rozpoczęła. Ogromny pochód złożony z żołnierzy, marynarzy i cywilnych przeciągał z czerwonymi sztandarami przez główne ulice, zdzierając dystynkcje oficerom, odbierając im szable, zatrzymując strzałami tramwaje, szturmując warty i koszary. Ponieważ nie posiadałem cywilnego ubrania, udałem się do dowództwa kolumny samochodowej w mundurze, nie natknąłem się jednak na rewolucjonistów. Tam zastałem jako dowódcę zdecydowanego, odważnego oficera rtm. von Gülpena, który wojnę przebył z Turkami na Kaukazie. Wyjaśniłem mu sytuację, zażądałem samochodu, a ponieważ tłum mógł niewątpliwie Piłsudskiego gwałtem uwolnić i przy tym go zranić - prosiłem o pomoc. Obiecał mi jej użyczyć i sam nawet do Berlina ze mną pojechać.

Przejście przez ulice w mundurze stało się w międzyczasie już niemożliwe. Gülpen dał mi wobec tego myśliwski płaszcz, który włożyłem na mundur i ponadto jakiś stary, miękki kapelusz. Omówiłem z Gülpenem, że się przekradnę przez ulice do twierdzy, gdzie Piłsudskiego i jego szefa sztabu uwolnię. Podczas tego on, naturalnie też w cywilnym ubraniu, weźmie samochód z miasta i przez most na Elbie wyjedzie na szosę berlińską. Jako łącznika wyznaczyliśmy stenotypistkę. Decydującym punktem dla całego przedsięwzięcia był most na Elbie. Przeszedłem go bez przeszkód, Gülpen zaś wołał do tłumu, że jedzie uwolnić więźniów, - co było zresztą prawdą - i został przepuszczony.

Piłsudski i jego szef sztabu Sosnkowski o niczym za swoimi kra'tarni i drewnianymi palisadami nie wiedzieli, przechadzając się przy pięknym poranku po ogrodzie, to też kiedy stanąłem przed nimi w swoim dziwnym przebraniu, które wcale do tej uroczystej chwili nie pasowało, mieli twarze nieco zdziwione. Wiadomość o swym uwolnieniu przyjęli jednak z grzecznością pełną godności a la polonaise. Zakomunikowałem im, że ponieważ w mieście wybuchły rozruchy, musimy się spieszyć, i że mogę Im z tego powodu dać zaledwie dziesięć minut na spakowanie. Każdej chwili twierdza i jej warty mogły być zaatakowane.

Chodziłem jak na węglach po ogrodzie, podczas gdy oni na górze pakowali swoje szczoteczki do zębów, nocne pantofle i fotografie rodzinne. W końcu zjawili się, każdy z zawiniątkiem. Żołnierze którzy spostrzegli co się dzieje, ranni, rekonwalescenci, jeńcy forteczni gromadzili się na dziedzińcu. Z niemiłą ciekawością oglądano nas, kiedy z zaryglowanych i zamkniętych drzwi palisady wyszliśmy na wielki dziedziniec twierdzy: Piłsudski w mundurze polskiego pułkownika, Sosnkowski (w czasie mego posłowania dowodzący pierwszym korpusem w Warszawie, późniejszy Minister Spraw Wojskowych) w cywilnym ubraniu, wreszcie ja, od góry w płaszczu myśliwskim, od dołu w wojskowych butach, wszystko to uwieńczone miękkim kapeluszem. Przeszliśmy obok zdumionej i przerażonej straży, obeszliśmy wokół twierdzę przez drugi most na Elbie (twierdza jest położona na wyspie) i napotkaliśmy stenotypistkę, która nam zameldowała o pomyślnym przybyciu samochodu na szosę. Siedliśmy doń szybko i ruszyliśmy wśród gorącego, słonecznego pełnego błękitu dnia, gdzie rewolucja wśród lasów i łąk wydawała się prawie niemożliwa.

Gülpen, który jak już mówiłem, był człowiekiem przedsiębiorczym, zamówił telefonicznie w mleczarni w Genthin bajeczne śniadanie: zupę na mleku, całą masę masła, smażone kartofle. Właściciel mleczarni jakkolwiek rozpytywał się o rewolucję wydawał się beztroski, w Brandenburgii było nadal całkiem spokojnie. I nas rozleniwienie w cieple słońca omal nie powstrzymało od dalszej drogi.

Po godzinie ruszyliśmy jednak dalej. Droga przez kraJ w lekkiej mgiełce popołudnia była jak marzenie. Od czasu do czasu mniej więcej co dwadzieścia kilometrów pękała któraś z opon, a ponieważ były one napełniane zamiast powietrzem papką kartoflaną (wynalazek wojenny) wydobywał się za każdym razem apetyczny zapach puddingu. Było to o tyle praktyczne, że natychmiast można było zauważyć kiedy opona osiadała.

Piłsudski, który kasłał i zasłaniał sobie twarz przed pędem powietrza starym filcowym kapeluszem, trącał mnie i wskazując na pola mówił do mnie cicho do ucha szanując swój głos: tak samo jest w jego ojczyźnie gdzie się wychowywał. Tak samo uboga ziemia podobne sosny, i małe laski. Tylko więcej było wyniosłości i bardziej uboga była gleba w jego majątku rodzinnym koło Wilna. Jego szaroniebieskie, nieco tajemnicze jednak bardzo dobre oczy spoglądały miękko na przesuwający się krajobraz. Lud otrzymywał swego wodza. Byliśmy wtedy, w tej pogodnej naturze otoczonej przez wojnę i rewolucję, jak bracia.

W Wustemark (koło Döberitz) wyjechaliśmy z tej idylli znów w obszar rewolucji. Cała ludność na nogach, gapiąca się i tworząca szpaler na wale kolejowym, między nią podoficerskie warty, w komicznych szarych lakierowanych czapkach z roku 1813, "Dzika zuchwała pieśń Liitzowa"[2] i jako widz, oficer rezerwy gwardii huzarów, w czerwonym płaszczu. Rewolucja zaś pod postacią dwu pociągów, gęsto nabitych uzbrojonymi marynarzami powoli mijała przed nami nie zatrzymując nas i oddalając się w przestrzeń przed zamkniętą barierą.

Nas jednak zatrzymał posterunek landszturmu. Scena była bardziej podobna do Kotzebue'go[3] niż do zwolnienia narodowego bohatera. Na szczęście miałem przepustkę, choć w rzeczywistości wyglądaliśmy jak bolszewicy, zwłaszcza ja i polski pułkownik. Wreszcie ruszyliśmy i o 5-ej stanęliśmy w Ber linie na placu Kanclerskim. Auto już nie do użytku, my jednak i nasi uciekinierzy w doskonałej formie.

Berlin był w owe popołudnie piątkowe na zewnątrz jeszcze spokojny, jakkolwiek oczekiwano tutaj wybuchu rewolucji z godziny na godzinę. Z placu Kanclerskiego zatelefonowałem do Urzędu Spraw Zagranicznych do księcia Hermana Hatzfelda, który był tam referentem dla spraw polskich. Hatzfeld zakomunikował mi, że dalsza jazda do Warszawy jest dzisiaj niemożliwa z powodu przerwanego ruchu. Z tego też względu umieściliśmy naszych protegowanych w hotelu Continental, gdzie Urząd Spraw Zagranicznych w oczekiwaniu na rewolucję przezornie zamówił pokoje.

*          *          *

Piłsudski martwił się, jak mi mówił Sosnkowski, iż nie posiada broni bocznej. Z tego też powodu następnego dnia rano w sobotę 9 listopada obszedłem miasto ażeby mu dostarczyć szabli. By występować przy tej uroczystości z odpowiednią godnością nie mogłem się ubrać po cywilnemu i wziąłem mundur, co mi nie bardzo poszło w smak wobec scen jakie widziałem w Magdeburgu. W rzeczywistości jednak chodziłem po Berlinie w mundurze do 2-ej po południu, przez nikogo nie niepokojony. Wszystkie jednak sklepy z bronią były zamknięte, co zmusiło mnie, a właściwie dało mi sposobność której sobie w duchu życzyłem, by moją własną boczną broń jeszcze z frontu pochodzącą wręczyć Piłsudskiemu na pamiątkę.

Po l-ej złożyłem sprawozdanie o moich rozmowach z Piłsudskim baronowi Langwerth von Simmern, który w czasie wojny był 'Szefem politycznego wydziału w Urzędzie Spraw Zagranicznych. Staliśmy właśnie przy biurku, kiedy go odwołano do telefonu. Langwerth rzucił krótko: - właśnie w tej chwili koszary gwardii zostały zdobyte[4].

Był już najwyższy czas, aby Piłsudskiego z Berlina wywieźć. Poszedłem wobec tego z Hatzfeldem do Ministerstwa Wojny, aby zażądać specjalnego pociągu. Jakiś generał-major przyjął nas jak w najpiękniejszych dniach wojennych: Piłsudski był ciągle jeszcze dla niego "der Kerl". Kiedy wyszliśmy stamtąd, przechodząc przez ulicę Königgrätz obok muzeum etnograficznego, przeciągał właśnie wielki pochód demonstrantów z dworca Anhalter na plac Potsdamski. Poszliśmy w jego ogonie. Z drugiej strony na rogu ulicy Königgrätz Schöneberger rozchwytywano właśnie świeże dodatki nadzwyczajne. Abdykacja cesarza! Było około w pół do drugiej.

O 2-ej zaprosiłem Piłsudskiego i jego szefa sztabu Sosnkowskiego, Gülpena i Hatzfelda do urządzonego w stylu staroniemieckim pokoju, w głębi restauracji Hillera. We frontowych salach firanki były zapuszczone, wszystkie stoliki zajęte. W głębi hotelu żaden głos z zewnątrz nie dochodził, tylko usługujący kelner od czasu do czasu komunikował nam o wielkich i coraz większych tłumach przeciągających przez Friedrichstrasse. (Jeden z młodszych kelnerów od Hillera został tego popołudnia na ulicy zastrzlony).

Powoli mijały chwile w czasie których żartobliwie wypytywaliśmy się p. Stocka - starszego kelnera od Hillera, dawniejszego osobistego kelnera Edwarda VII w Paryżu w hotelu Bristol i Albany - czy kuchnia jest jeszcze aby w rękach- rządu? Nastrój w tym cichym, głęboko zasłoniętym pokoju, przy starannie oziębianych lub podgrzewanych winach, przy obiedzie "przedwojennym", w towarzystwie takiego człowieka jak Piłsudski, kiedy na zewnątrz rozbrzmiewała rewolucja - był przedziwny: Piłsudski poważny, milczący, obawiający się ogromnego wpływu niemieckich wydarzeń na Polskę, Sosnkowski po raz pierwszy ożywiony. Piłsudski zamknięty w sobie i zamyślony powtarzał swoją troskę: przybywa za późno, być może za późno, aby ratować Polskę przed bolszewizmem...

*          *          *

Piłsudski przybył do Warszawy niestety zbyt późno, aby przeszkodzić owemu teatralnemu, niepotrzebnemu rozbrojeniu niemieckich wojsk przez gimnazistów i akademików, urosłych na bohaterów. Przybył jednak akurat w porę, ażeby powstrzymać zagrażający Polsce bolszewizm, którego zwycięstwo w Polsce mogłoby dać rewolucji niemieckiej całkowicie odmienny przebieg. Polska stałaby się mostem między Rosją i Niemcami, czemu zapobiegł Piłsudski przez swą olbrzymią popularność.

Jego próba doprowadzenia do porozumienia z Niemcami nie dała co prawda rezultatu ponieważ nie chciała tego koalicja i Polacy z Paryża - próby tej jednak dokonał. Piłsudski umożliwił ostatniemu, wiernemu starej niemieckiej tradycji oddziałowi, pułkowi Jabłonna przemaszerować przez Warszawę z bronią, muzyką i wojskowymi honorami. On również zwrócił się o niemieckie przedstawicielstwo dyplomatyczne w Polsce i kiedy w osiem dni później jako niemiecki poseł przybyłem do Warszawy - Piłsudski jako Naczelnik Państwa odpowiedział na moje przemówienie przy wręczaniu listów uwierzytelniających całkowicie w tymże samym duchu swoich dotychczasowych wypowiedzeń w Koszyszczach i w Magdeburgu. Obydwaj - według niego - mielibyśmy wysoki zaszczyt i wspólne zadanie wyprowadzenia naszych narodów ze starej nieprzyjaźni do nowej przyjaźni.

Nie były to bynajmniej dyplomatyczne frazesy lecz jak się okazuje z powtarzania przy tak różnych okolicznościach tej samej myśli - było to Piłsudskiego głębokim przekonaniem. To też kiedy Polsce została narzucona odmienna polityka - Piłsudski jej uległ ale tylko niechętnie i w swoim przekonaniu czasowo. Pochodziło to nie z powodu niechęci do koalicji ani też na pewno nie z przyczyny przyjaznych uczuć w stosunku do Niemiec, do czego Niemcy nigdy mu nie dały powodu - ale tylko dlatego że nie tracił on z oczu faktów, całkiem na zimno ocenianych. Fakty te oceniał bez złudzeń, widząc że pomoc koalicji dla Polski może się stać zbyt kosztowną. Nawet jego mistyczna wiara w posłannictwo Polski planom wylęgłym poza nią częściej się będzie wewnętrznie przeciwstawiać niż godzić, tkwił bowiem w nim własny jego pogląd na politykę Polski.

Być może że Piłsudski niekiedy ulegał zbyt łatwo obcemu naciskowi, niemniej miał on swój upór i zaciętość mistyka. Jest on największą postacią Polski od czasów Kościuszki, jej naj potężniejszym człowiekiem, wobec którego od chwili kiedy w najgroźniejszej chwili objął władzę i w swoich rękach ją zatrzymał, wszyscy inni znikają.

Jeśli i tak długo jak państwo polskie będzie istniało - przekonania Piłsudskiego, jego twórcy - muszą się stać własnością tego państwa nawet i w tym wypadku gdy Piłsudski ze względów oportunistycznych od przekonań tych chwilowo odstępował. Wprawdzie Traktat Wersalski do narodowych przesądów dodał nowe jeszcze przeszkody stające na drodze do porozumienia - ale geograficznych i gospodarczych konieczności tego porozumienia nie mógł pomniejszyć ani dla Niemców ani dla Polaków. Zapewne, że nie mają one tej siły własnej aby objawić się bez wstrząśnień ale przed oczyma Piłsudskiego stanęły one na pewno, kiedy tworząc Legiony i zjawiając się w Polsce w chwili niemieckiej katastrofy - stał się właściwym wskrzesicielem Polski.

[1] Piłsudski w ziemiance na pozycji pod Koszyszczami stale używał grubego, ciepłego swetra. na który nie kładł już munduru. Z tego czasu pochodzi szkic głowy Piłsudskiego. wykonany przez Młodzianowskiego z charakterystycznym, odwiniętym kołnierzem swetra. Również na fotografiach z tego czasu Piłsudski zawsze jest w swetrze. To sprawiło na Kesslerze wrażenie cywilnego ubioru.

[2] ,,Lützows wilde verwegene Jagd" - słowa pieśni wojskowej słynnego oddziału Lützowa z r. 1813.

[3] August Kotzebue - polityk i komediopisarz niemiecki z pierwszej połowy XIX wieku.

[4] W oryginale: "Maikäferkaserne". Popularna nazwa "chrabąszczy" którą nadano pułkowi gwardii z powodu brązowych wyłogów.

Tekst opublikowany w czasopiśmie „Niepodległość”, tom XVIII, zeszyt 3, warszawa 1938.

Czytaj więcej...

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version