Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

07 Wrz

Piłsudski w Egipcie

Światowid nr 16 (401) - 16.04.1932
- Panie Marszałku - odezwałem się - tutaj na lewo znajdują się ruiny starego miasta Dionysias, a na wprost, na drugim brzegu jeziora, miasta Dimay. Marszałek Piłsudski skrzywił się
- Znowu te czterdzieści wieków. [...] Nasz przyjazd wzbudził niebywałą sensację. Poczęli zbiegać się zewsząd, nawołując się w chrapliwym języku arabskim i unosząc do góry swoje śmieszne, długie galabije.  Jeden z nich przyniósł wyschniętą nogę ludzką, obleczoną jeszcze w tkaninę i wrzasnął: - Kupcie mumię!
 

Ostateczną decyzję wyjazdu powziął Marszałek w pierwszych dniach lutego. Powiedział, że jako miejsce pobytu wybrał Heluan.  Bardzo się z tej decyzji ucieszyłem, gdyż byłem przekonany, że pobyt w Egipcie zrobi Marszałkowi dobrze, a poza tym uśmiechała mi się samemu podróż na egzotyczny Wschód. O zamiarze wyjazdu powiadomiłem ministra Becka, który niezwłocznie wysłał do Heluanu radcę Dubicza-Penthera, późniejszego posła pełnomocnego w Lizbonie, aby przyjazd Marszałka przygotował i omówił ceremoniał z rządem egipskim. Tak się złożyło, że w owym czasie bawił gdzieś nad Nilem na urlopie radca Tadeusz Kobylański, dawniejszy adiutant Marszałka Piłsudskiego, a obecny dyrektor wydziału wschodniego MSZ. Obaj Ci panowie wszystko przygotowali, a ponadto dokonali wyboru willi.

Na krótko przed wyjazdem zgłosiłem się do premiera Aleksandra Prystora i przedstawiłem plan wyjazdu. Mieliśmy jechać prosto do Konstancy przez Buzeu, omijając Bukareszt, a następnie statkiem rumuńskim „Romania” przez Morze Czarne, Morze Marmara i Morze Śródziemne, zatrzymując się jedynie w Stambule i Pireusie, mieliśmy udać się do egipskiego portu w Aleksandrii.

Premier Prystor wyraził obawę, czy przejazd zwykłym statkiem nie będzie dla Marszałka niebezpieczny. Naturalnie, nic nie mogłem na to odpowiedzieć. Początkowo premier Prystor chciał aby zakupić całą pierwszą klasę na „Komami”, ale było to niemożliwe, ostatecznie zdecydował, że trzeba wysłać w tajemnicy przed Marszałkiem okręt polski, który by przez cały czas podróży czuwał i wciąż znajdował się w pobliżu. Tak się też i stało. Został wysłany transportowiec „Niemen”, który przez Gibraltar udał się na Morze Śródziemne i później już spotkał nas w Stambule. Przez cały czas pobytu Marszałka Piłsudskiego w Egipcie stał na kotwicy w Aleksandrii, potem odprowadził nas do Bosforu i wrócił do Polski. Ma się rozumieć, miał on w tej podróży załogę wojskową z kpt. [ ] z wyjątkiem kapitana [ ] marynarki handlowej.  Tym razem, w przeciwieństwie do wyprawy maderskiej, udało się przeszwarcować ochronę osobistą. Wprawdzie Marszałek i tym razem nie zgadzał się, ale pomimo tego władza zdecydowała wysłać wraz z nami, w wielkiej dyskrecji i najgłębszej tajemnicy przed Nim, kpt. Bolesława Ziemiańskiego, komendanta ochrony osobistej Marszałka, wraz z 3 wywiadowcami.  Towarzyszyć Marszałkowi miał Jego lekarz, płk dr Marcin Woyczyński, oraz ja. Ponadto udała się z nami w drogę dr Ludwika Woyczyńska, żona pułkownika. Początkowo wyjazd miał nastąpić 23 lutego, lecz nawał pracy zmusił Marszałka Piłsudskiego do przełożenia tego terminu na dzień l marca 1931 r. Jak zwykle w czasie wyjazdów, również i tym razem zebrało się na dworcu mnóstwo dygnitarzy państwowych, a wśród nich premier Aleksander Prystor, oraz wszyscy ministrowie, którym służba pozwoliła przybyć. Żegnała na dworcu swego męża oczywiście również Pani Marszałkowa wraz z córkami.

 

HELUAN

 

Heluan w Egipcie, wybrany jako kraj wypoczynku, nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Od pierwszego dnia po przybyciu słońce świeciło jasno na pięknym, niepokalanym błękicie. Nie zdarzył się ani jeden dzień słotny. Dwadzieścia cztery stopnie ciepła w dzień i szesnaście w nocy — powtarzało się z dnia na dzień i z nocy na noc, z regularnością po prostu przerażającą.  Chamsin, zły wiatr z pustyni, niosący z sobą ulewę piasku, nie ośmielił się powiać ani razu.

Willa, w której zamieszkał Marszałek Piłsudski, nazywała się „Jola” od imienia córki współwłaściciela pensjonatu, profesora Bohdana Rychtera2. Budowniczy podzielił ją na dwie części: solamlik,czyli pomieszczenie dla mężczyzn, gdzie pan domu przyjmuje gości, oraz haremlik, czyli pomieszczenie dla żon. Marszałek mieszkał w dawnym haremliku, po którym został korytarzowy rozkład pokojów; ja zajmowałem pokój obok sypialni Marszałka, a pp. Woyczyńscy — dwupokojowy apartament w drugim skrzydle. Willa była otoczona ogrodem, w którym z trudem przy pomocy stałego polewania wodą utrzymywano trawniki oraz klomby z kwiatami. Z płaskiego dachu, stanowiącego rozległy taras, roztaczał się widok na odległą o dwa kilometry dolinę Nilu, na majaczące w dali piramidy w Gizeh, oraz dziwaczne, ząbkowane piramidy w Sakkara. Poza tym jak okiem sięgnąć, panoszyła się złota pustynia, na której piętrzyły się niczym fata morgana dachy domów Heluanu i wystrzelające ponad nimi minarety i wieże świątyń.  Heluan nazywa się po arabsku Hammamat Hilwan i jest w całym tego słowa znaczeniu miastem arabskim. Gdybyśmy usunęli mieszkańcom kilka hoteli, kilka pensjonatów i kilka willi .prywatnych, pozostaliby jedynie prawowierni egipscy wyznawcy Proroka, -przemieszani nieco z Kopiami i Grekami. Liczy ono około dziesięciu tysięcy mieszkańców, przykrywających głowy fezami, gdy mowa o mężczyznach, a twarze czarczafami, gdy mowa o kobietach. Wygląd zewnętrzny mieszkańców jest nieskazitelnie wschodni i nieskazitelnie kolorowy. Barwne szaty, ciemne twarze o odcieniach przeróżnych, od barwy palonej kawy do najczystszej bieli, leniwe ruchy, odmienne od naszych obyczaje — wszystko to stwarza nastrój nie z XX w.  Heluan jest połączony z Kairem koleją i doskonałą drogą automobilową.  Odległość dzielącą go od stolicy, a wynoszącą 33 kilometry, przebywa się w 40 minut. Do Nilu, oddalonego zaledwie o 3 kilometry, prowadzi również droga. Wycieczki nad tę piękną rzekę są ulubionym spacerem wieczornym turystów. 

Marszałek Piłsudski z egipskimi dziećmi w Heluanie. NAC

Marszałek Piłsudski miał swój własny sposób spędzania dni wypoczynkowych. Upływały Mu one głównie na czytaniu i spacerach. Również i tym razem wziął z sobą całą pakę książek polskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich, które studiował pilnie całymi dniami. Były to wszystko dzieła, dotyczące bądź wielkiej wojny światowej, bądź też naszej wojny wyzwoleńczej. Niezbędne do tej lektury mapy leżały w gabinecie na niskich stolikach. Marszałek badał je przy pomocy dużego szkła powiększającego. Codziennie czytywał miejscową prasę francuską i angielską, wychodzącą w Kairze. Na Jego biurku leżały: „La Bourse Egiptienne”, „Le Journal du Caire” oraz „The Egiptian Gazette”. 

Przez pierwsze dni nie opuszczał willi, względnie jej ogrodu zupełnie. Dużą część czasu poświęcił w owym czasie kwiatom.  Przyglądał się im z zachwytem, na który należy przyznać, zupełnie zasługiwały. Ogród przy willi „Jola” był w Heluanie swego rodzaju unikatem. Bezwodna pustynia, na której to miasteczko zbudowano, nie pozwala, jak już wspomniałem, marzyć o ogrodach rozległych, przepełnionych bujną zielenią, których mnóstwo znajduje się na takiej na przykład Maderze. Ogrodów jest tam mało i wszystkie mało ciekawe. Chlubny wyjątek stanowił właśnie ogród „Joli”, założony i utrzymywany dużym trudem i dużym nakładem pieniężnym. W przeciwieństwie do krajów zwrotnikowych o obfitych opadach atmosferycznych, gdzie wszystko rośnie „samo”, tutaj każda najmniejsza roślinka musi być pielęgnowana bardzo starannie, gdyż pozostawiona bez podlewania choćby jeden dzień, natychmiast usycha. Ogrodnik o pięknym imieniu Abduł miał nie lada pracę, aby utrzymać wszystko w tak dobrej formie, w jakiej znajdowało się podczas naszej obecności.

Marszałek Piłsudski zachował w Heluanie wszystkie przyzwyczajenia polskie. A więc posiłki odbywały się o tej samej porze, co w Belwederze; menu różniło się tylko nieznacznie od tego, jakie dysponowała pani Marszałkowa w Warszawie; godziny kładzenia się spać i wstawania też zostały zachowane. Nawet do herbaty używał Marszałek tych samych wedlowskich „krakersów”, które miał zwyczaj jadać u siebie w domu. W jednym tylko zaznaczała się różnica. W Warszawie Marszałek Piłsudski odbywał codziennie szereg konferencji, od których w Heluanie był zupełnie wolny.

 

U KRÓLA FUADA

 

Pewnego dnia Marszałek Piłsudski zawołał mnie i powiedział:

- Jutro pojedziecie ze mną do króla Fuada.

- Rozkaz! — wykrzyknąłem, radując się, że zobaczę dwór egzotycznego władcy, wschodni przepych, a przede wszystkim, że będę to wszystko oglądał wraz z Marszałkiem Piłsudskim. Przedtem, zanim przejdę do opisu przyjęcia, muszę skreślić kilka słów o samym królu Fuadzie.

Pochodził on z rodu Mahometa Ali, założyciela obecnej dynastii, sprawującej władzę nad Egiptem od czasu wycofania się z nad Nilu wojsk Napoleona. Przodek dzisiejszego króla posiadał genialne zdolności wojskowe i polityczne.  Usadowiwszy się w Kairze jako wielkorządca turecki, wyswobodził się rychło spod przykrej zależności od Anglii, w jaką kraj popadł w czasie po odwrocie Napoleona, a następnie pozbył się niemniej przykrej aczkolwiek dawnej zależności od Wielkiej Porty. Pomimo kilkakrotnych zwycięskich wojen, nie odważył się jednak zerwać z tą ostatnią wszystkich węzłów, uznając sułtana do końca życia za swego suwerena. Nie trzeba przy tym zapominać, że sułtan był jednocześnie kalifem, czyli głową kościoła mahometańskiego.  Zależność ta przetrwała aż do wielkiej wojny światowej. Jej forma zewnętrzna wyrażała się w przesyłaniu skarbowi tureckiemu haraczu w kwocie miliona funtów egipskich rocznie, oraz składaniu sułtanowi w Konstantynopolu dorocznego osobistego hołdu przez głowę państwa. Rok 1914 przyniósł zerwanie wszelkiej łączności z Turcją, przynosząc jednocześnie protektorat angielski, zniesiony dopiero w 1922 r., który to rok jest pierwszym rokiem formalnej niepodległości Egiptu współczesnego.

Króla Fuada wyniosło na tron nie dziedzictwo, gdyż jego ojciec nie był panującym, lecz splot wypadków, związanych ze stanowiskiem khedywa Abbasa II Hilmi, który opowiedział się w czasie wielkiej wojny po stronie Turcji, tracąc z tej racji koronę.  Książę Fuad był wychowany na żołnierza. Wykształcenie wojskowe otrzymał we Włoszech, zachowując z tamtych czasów wiele sympatii dla sąsiadów z drugiego brzegu Morza Śródziemnego.  Przez długie lata przebywał w Wiedniu jako attache wojskowy przy poselstwie sułtana Turcji. Czas spędzony w wesołej stolicy naddunajskiej król Fuad wspominał często, jako najweselszy i najbardziej beztroski okres swego życia. Wspominał o nim również podczas wizyty Marszałka Piłsudskiego, przytaczając różne opowiadania z tych czasów. Wiele lat spędzonych w centrach kultury i cywilizacji europejskiej wywarło na nim piętno niezatarte.  Znalazłszy się na tronie, król Fuad okazał się Europejczykiem w każdym calu. Jego zamiłowania do literatury, nauki i sztuki stały się sławne na całym Wschodzie. Olbrzymi majątek osobisty i wysoka lista cywilna, wynosząca około 25 milionów złotych rocznie, pozwalały mu rozwijać żywą działalność na tych 108 polach. Szkatuła królewska była zawsze szeroko otwarta dla poczynań pożytecznych i dla ludzi z talentami. Z zalet swego króla zdawali sobie doskonale sprawę jego poddani, toteż powszechnej niechęci do Anglii nie przenosili na niego, rozumiejąc słusznie, że pozycja ich władcy była trudna i wyjątkowa. Nawet wafdyści, czyli zwolennicy uniezależnienia od Anglii, oszczędzali go w swych manifestach. Panowanie jego cechowała stała dążność do wzmocnienia władzy wykonawczej z zachowaniem jednakże wszystkich urządzeń demokratycznych. O wynikach jego pracy sąd wyda historia. Dzisiaj król Fuad już nie żyje, na tronie egipskim zasiadł jego syn — Faruk, ożeniony z córką Zulfikara Paszy, wielkiego marszałka dworu.

Pałac Abdine, reprezentacyjna rezydencja królów Egiptu, mieści się w samym śródmieściu. Jest to wielki budynek, zbudowany podobnie nieco do naszego pałacu Prezydium Rady Ministrów, tylko nieporównanie większy. Bardzo szerokie rozstawienie skrzydeł bocznych formuje obszerny dziedziniec, odgrodzony od ulicy ażurowym płotem żelaznym. Na tym dziedzińcu ustawiono na cześć Marszałka Piłsudskiego kompanię honorową przybocznej gwardii królewskiej. W chwili, gdy nasz samochód znalazł się na dziedzińcu, rozległ się przed pomieszczeniem warty pałacowej okrzyk (oczywiście po arabsku):

„Warta pod broń”, a kompania honorowa sprezentowała broń. Przy samochodzie powitał Marszałka Piłsudskiego wielki szambelan królewski, czterech zwykłych szambelanów, oraz oficerowie gabinetu wojskowego króla. Marszałek przeszedł przed frontem kompanii honorowej, po czym udał się do apartamentów królewskich. Król wyszedł przed próg swego pokoju i przywitawszy gościa, udał się wraz z nim w głąb pałacu. Ja oraz konsul Maliński, który nam towarzyszył i cały dwór pozostaliśmy w antykamerze.  Po kilkunastu minutach nadszedł gospodarz wraz z gościem, prowadząc ożywioną rozmowę. Marszałek przedstawił królowi Fuadowi konsula Malińskiego i mnie, po czym król przedstawił Marszałkowi swój dwór. Po dokonaniu tej ceremonii, wszyscy udali się do sąsiedniej izby, gdzie był przygotowany stół do obiadu.  Jadalnia przedstawiała się jako duża ze złoconymi boazeriami i ścianami wykładanymi w dolnych częściach jasnym marmurem o zielonkawych żyłkach. Środek stołu był zarzucony wielkimi naręczami różowych goździków oraz bardzo bogatą zastawą.  Wszystkie talerze, półmiski, noże, widelce, łyżki etę., były srebrne, a zastawa do deseru i owoców — szczerozłota. Pierwszy to raz zdarzyło mi się jeść krem na złotym talerzu, złotą łyżką...

Dwór króla Fuada zachowuje ściśle przepisy koranu i nikt nie odważyłby się tam pić alkoholu, którego używania wzbrania rozsądna religia mahometańska. Toteż kieliszki do wina postawiono tylko przed chrześcijanami. Egipcjanie pili wodę. W śniadaniu brało udział razem z nami osiemnaście osób. Wszyscy, nie wyłączając króla, siedzieli przy stole w fezach, nie zdejmując ich przez cały czas wizyty. Tylko Marszałek, konsul Maliński i ja mieliśmy głowy odkryte.

Król był wzrostu średniego i dość znacznej tuszy. W szczególności wyraziście zaznaczała się pewna okrągłość pod kamizelką, oraz podbródek. Nosił wąsy podkręcone do góry w sposób przypominający nieco fryzurę a la Wilhelm II. Mówił głosem wyrazistym i donośnym. Jego francuszczyzna była poprawna, wysławiał się w niej zupełnie swobodnie i biegle. Przez cały czas wizyty nie wyrzekł ani jednego słowa po arabsku. Również dwór mówił doskonale po francusku, czego, podobno, nie można by powiedzieć o jego angielszczyźnie.

Król był ubrany w długi czarny surdut, jaki chętnie nosili ostatni sułtanowie tureccy i ich wysocy dygnitarze, oraz w zwykłe ineksprymable wizytowe w paski. Na palcach błyszczało kilka bogatych pierścionków. Król posiadał charakterystyczny „tik”, polegający na tym, że od czasu do czasu chrząkał głosem wysokim i donośnym, co sprawiało wrażenie dość niezwykłe.  Podobno była to pozostałość po jednym z zamachów na jego osobę, z którego ledwie wyszedł z życiem, opłacając go ciężką raną w szyję. Sylwetka królewska nie miała w sobie nic szczególnie rzucającego się w oczy. Gdyby można było go zobaczyć kiedykolwiek spacerującego po ulicach Kairu, niczym nie różniłby się od zamożnego kupca, opowiadającego głośno o sukcesach dnia ubiegłego.

Król Fuad znany był jako dobry i przykładny małżonek. W czasie naszej wizyty w Egipcie posiadał drugą żonę (z pierwszą rozwiódł się) imieniem Nazali, która obdarzyła , czworgiem potomstwa. Wszystkie te dzieci otrzymały imiona, zaczynające się na literę „f”, a to dla uczczenia królewskiego ojca, którego imię zaczynało się również na „f”. Życie rodzinne króla Fuada skupiało się w podmiejskim pałacu Kubbah, położonym opodal drogi wiodącej do Heliopolis. Tam mieszkała królowa z dziećmi i tam spędzał on wszystkie wolne chwile. Królowa opuszczała pałac Kubbah bardzo rzadko. Wielką łaską było dla niej zezwolenie udania się na jakąś większą uroczystość dworską do Abdinu, gdzie mogła do woli przypatrywać się ceremoniom zza grubych, gęstych krat. Życie królowej Nazali, która wiele lat spędziła w Paryżu i która była jeszcze ładna i młoda nie upływało zapewne wesoło. W rzeczywistości prowadziła żywot odosobniony, haremowy. Była dobrą matką. Przedmiotem jej nieustannej troski były dzieci. Kontakt ze „światem” utrzymywała tylko podczas przyjęć, urządzanych dla żon dyplomatów cudzoziemskich i dygnitarzy egipskich. Na przyjęcia te mężczyźni nie mieli wstępu. Z okazji uroczystych świąt Ramadanu zdarzyło się takie przyjęcie również w roku pobytu w Egipcie Marszałka Piłsudskiego. Królowa Nazali, zapytana wówczas przez żonę radcy naszego poselstwa, panią Benisową, o następcę tronu, księcia Faruka, odrzekła z niezwykłą otwartością, że jej syn najstarszy i jednocześnie następca tronu3 jest wielkim żarłokiem.

- Proszę pani — żaliła się po francusku, pięknym akcentem paryskim — jestem tym swoim Farukiem bardzo zaniepokojona.  On wciąż je i wciąż tyje. Jest już porządnym grubasem.  Obawy te jednak okazały się płonne, gdyż książę Faruk wyrósł później na smukłego i przystojnego mężczyznę.  Wnętrze pałacu sprawiło mi zawód. Spodziewałem się znaleźć tam wschodni egzotyzm, a znalazłem zwykłą siedzibę królewską, którą równie dobrze można by umieścić w Kairze, jak i Brukseli, czy też Sztokholmie. Wątły ślad wschodu pozostał na dworze jedynie w ubiorach służby. Była ona przystrojona w czerwień i złoto, a poza tym rekrutowała się głównie spośród czarnych i czarniawych Sudańczyków, z których wielu zachowało jeszcze dotychczas ślady tatuażu. Poruszali się oni bez szmeru, jak duchy, a z wyrazu ich twarzy nie można było wyczytać dosłownie nic.  Marszałek Piłsudski siedział po prawej ręce króla i prowadził z nim ożywioną rozmowę w języku francuskim. Dwór zachowywał się milcząco, przysłuchując się z uszanowaniem rozmowie. Obok mnie siedział zaufany przyjaciel króla, Feruchi-bey, Włoch z pochodzenia.

Po zakończonym obiedzie, na który, między innymi potrawami, składały się: langouste a la Varsovienne, asperges en branches a la polonaise, oraz narodowy przysmak egipski kunafa, król udał się wraz z Marszałkiem do swego gabinetu na herbatę, a my zaś z konsulem Malińskim i dworem znaleźliśmy się ponownie w antykamerze, gdzie podano kawę po turecku, to znaczy wraz z fusami i do tego osłodzoną według widzimisię kucharza.  W czasie, gdy król rozmawiał w swoim gabinecie z Marszałkiem Piłsudskim, co trwało dobre pół godziny, dwór zarzucił mnie i Malińskiego szeregiem pytań o Polskę.  Najbardziej interesowano się stosunkami Polski do Rosji i Niemiec, oraz osobistymi szczegółami z życia Marszałka Piłsudskiego. Oficerowie pytali mnie o udział w wojnie bolszewickiej i lata służby. Zdziwienie wywołały moje słowa, że Polska liczy 32 miliony mieszkańców. Jeden z dworzan nawet nie mógł się pohamować i wykrzyknął: — Czyż to możliwe?  Ja ze swej strony dowiadywałem się o życie w Egipcie, o jego rozwój i przyszłość. Egipcjanie mówili o swoim kraju spokojnie, ale z głębokim i nieudawanym entuzjazmem. Rozmowa zeszła wreszcie na dzieje pałacu Abdine, w którym właśnie bawiliśmy.  Omawiając poszczególne jego części, jeden z pułkowników rzekł, wskazując na sam środek gmachu.

- Tutaj, panie kapitanie, znajduje się pomieszczenie haremowe. Słowa te zainteresowały mnie bardzo.

- Gdzie, gdzie? — począłem się dopytywać.

- Niestety, panie kapitanie — wtrącił się do rozmowy wielki szambelan, widząc moje zaciekawienie — pomieszczenia te są obecnie zupełnie puste.

Trudno było wyczytać z wyrazu twarzy dostojnego Egipcjanina czy to słowo, niestety, wyrzekł ze smutkiem, czy tylko ze smętkiem...

W każdym razie król Fuad haremu nie posiadał i żył w przykładnej zgodzie ze swoją jedyną żoną.

Po skończonej rozmowie władca Egiptu odprowadził Marszałka Piłsudskiego do drzwi i pożegnał Go. Niezwłocznie wsiedliśmy do auta i udaliśmy się w drogę powrotną do Heluanu.  W ten sposób odbyła się pierwsza w dziejach wizyta polska u panującego nad ziemią faraonów i piramid.

 

W GŁĄB EGIPTU

 

Przez kilka dni Marszałek Piłsudski studiował pilnie literaturę podróżniczą, dotyczącą Dolnego Egiptu. W pewnej chwili zapytał mnie:

- Wiecie, gdzie leży oaza Fayum?

- Tak jest, panie Marszałku.

- A jezioro Birket Karun?

- Też wiem.

- To dobrze. Pojedziemy zobaczyć te cuda.

- Rozkaz!

Oaza Fayum leży w Pustyni Libijskiej, w odległości 150 kilometrów od Kairu. Od doliny Nilu oddziela ją stosunkowo wąski pas pustyni, mierzący kilkanaście kilometrów. Pod względem terenowym przedstawia się jako depresja, której miejscem najgłębiej położonym jest wspomniane jezioro Birket Karun.  Wzdłuż pasa pustyni, oddzielającego ją od doliny Nilu, ciągnie się niewielkie pasemko wzgórz (58 m nad poziomem morza), przez które jeszcze w starożytności przeprowadzono od Nilu kanał. Ta wątła, lecz dość głęboka arteria irygacyjna nawadnia całą oazę i wpada paru ramionami do jeziora Birket Karun. Nosi ona nazwę Bahr el Jussuf, czyli Kanał Józefa.

Dnia 24 marca około południa wsiedliśmy z Marszałkiem Piłsudskim do auta i ruszyliśmy w drogę. Przy szoferze jechał dla asysty kawas (przewodnik) poselstwa polskiego, ubrany w fantazyjny strój wschodni, wyszywany srebrem.

Zaraz po wyjeździe z Kairu dostrzegliśmy pozostające nieco z boku piramidy w Gizeh. Pomniki Chefrena, Cheopsa i Menkaury spoglądały na nas obojętnie, tak samo jak spoglądały na świat przez owe sławne czterdzieści wieków, o których mówił swym żołnierzom Napoleon Bonaparte. W godzinę później mijaliśmy piramidy w miejscowości Sakkara, w pobliżu której wznosiły się ongiś mury Memphisu. Po tym olbrzymim grodzie, który w czasach swej świetności liczył ponoć milion mieszkańców, dzisiaj nie pozostało właściwie nic. Dwa przewrócone pomniki-olbrzymy, trochę gruzów i trochę pustych miejsc, gdzie podobno coś tam kiedyś się działo. Dzisiaj wiedzą o tym tylko mądrzy profesorowie i głupi drago-mani od Cooka.

Marszałek w Egipcie

Dojechaliśmy wreszcie do oazy.

 

Pustynia urwała się tak nagle, jak nagle się zaczęła. Panoszyła się niepodzielnie aż do samego kanału irygacyjnego, otaczającego pierścieniem oazę od strony wschodniej, ale tuż za nim ślad po niej ginął natychmiast. Rozpoczynały się zielone pola i gaje.  Na pierwszy rzut oka część wschodnia Fayum nie daje nam takiego obrazu, jaki przywykliśmy pielęgnować w swojej wyobraźni pod nazwą — oaza w pustyni. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się dość mizerne pola i ugory. Nigdzie ani śladu palm, czy też innych drzew. Krajobraz jest tam jak gdyby przejściem od pustyni do ziem urodzajnych. Samochód mknął wzdłuż kanału, mijając maleńkie wsie z domami, ulepionymi z wysuszonego na słońcu błota, zmieszanego z sieczką. Stary to jak świat materiał. Znali go już mieszkańcy Babilonu i Assyrii.

Od czasu do czasu mijaliśmy grupę namiotów z płótna brązowego, lub też w pasy brązowe i białe. Ciemne jak zmory kobiety krzątały się właśnie około wieczornego posiłku, a mężczyźni, wróciwszy z zajęć w polu, odpoczywali przed progami, pogadując zapewne o sprawach minionego dnia. Nad wszystkim wisiał spokój i cisza wieczorna.

Zapadający mrok przysłonił nam krajobraz jeszcze przed przybyciem do miasteczka Madinet el Fayum, stolicy oazy. Przez głębokie cienie przebijały tylko od czasu do czasu malownicze sylwetki palm, lub też srebrzyste wstęgi kanałów. Wreszcie zabłysły tysiące świateł i w chwilę później wjechaliśmy w wąskie uliczki, pomiędzy szeregi śmiesznych domków o płaskich dachach, „murowanych” z cegły niepalonej.  Zajechaliśmy pod hotel Karun, leżący w samym śródmieściu, nad kanałem Bahr el Jussuf. Przed naszym samochodem zebrał się liczny tłum kolorowo ubranych Egipcjan, tarasując drogę. Ta sytuacja stworzyła naszemu kawasowi świetne pole działania.  Wyskoczył co rychlej na chodnik, machnął pochwą karabeli i wrzasnął po arabsku:

- Miejsce dla Jego Wysokości Marszałka Bilsudski! (Arabowie nie posiadają w swej mowie dźwięku „p”).

Na drugi dzień Marszałek Piłsudski wstał wcześnie. O godzinie 114 8 rano siedział już przy śniadaniu, studiując podręczną mapę oazy Fayum. Mieliśmy za krótką chwilę udać się w drogę do jeziora Birket Karun.

Zakrzątnąłem się żywo przy zlikwidowaniu pobytu w hotelu, kazałem szoferowi kupić benzyny i w kilkanaście minut później wszystko było do drogi gotowe.

Odległość trzydziestu kilku kilometrów, dzielącą stolicę oazy od jeziora Birket Karun, minęliśmy bardzo prędko. Pomimo wielokrotnego zatrzymywania się i dopytywania o drogę, gdyż szofer nie znał tych stron, ujrzeliśmy jego fale jeszcze dobrze przed południem. Przez jakiś czas jechaliśmy równolegle, po czym droga zrobiła nagły skręt i w kilka minut później zatrzymaliśmy się na płaskim brzegu. Przed naszymi oczami roztoczył się widok bardzo, jak na pustynny Egipt, osobliwy: — olbrzymi, głęboki zbiornik wody, której natura w innych miejscach tego najsuchszego chyba na świecie kraju, tak bardzo poskąpiła.

Birket Karun leży na zachodnim krańcu oazy Fayum, jego przeciwległy brzeg stanowi pustynię, pozbawioną zupełnie roślinności.

Samochód nasz zatrzymał się opodal małego pawilonu „Pavillon de Chasse”, służącego za bazę dla myśliwych, pragnących polować na liczne na brzegach jeziora ptactwo wodne i błotne. W odległości paruset metrów widniała grupa domków, stanowiących jedną z licznych na tym brzegu beduińskich wiosek rybackich. Stamtąd to zbiegło się na widok naszego samochodu kilkanaścioro dzieci różnego wieku i płci. Otoczyły nas dużym kołem i nie bardzo śmiać się [!] zbliżyć, prosiły przyciszonym głosem o bakszysz.

Poszliśmy z Marszałkiem Piłsudskim wzdłuż wód. Brzeg był płaski, zarzucony drobnymi kamieniami i podmokły. W dali, na horyzoncie, majaczył drugi brzeg. Nawet z tej odległości widać było, że jest wyniosły i jałowy. Pustynia Libijska przedstawiała się nam jako szereg złocistych wyniosłości, podnoszących się coraz bardziej w miarę oddalania się od jeziora.

Marszałek Piłsudski zapalił papierosa i obróciwszy się tyłem do widniejącej w pobliżu wioski, patrzył w sinawe tonie Birket Karunu.

- Panie Marszałku — odezwałem się — tutaj na lewo znajdują się ruiny starego miasta Dionysias, a na wprost, na drugim brzegu jeziora, miasta Dimay. Marszałek Piłsudski skrzywił się.

- Znowu te czterdzieści wieków...

W ciągu następnej godziny przebyliśmy samochodem przestrzeń, dzielącą jezioro Birket Karun od małej wioseczki Hauwaret el Makta. Tutaj gdzieś w pobliżu miała leżeć piramida Amenemmesa, którą Marszałek Piłsudski chciał zobaczyć. Nie jest ona tak sławna, jak potężne pomniki w Gizeh, czy Sakkara. Nic też dziwnego, że upłynęło sporo czasu, zanim szofer dopytał się o drogę. Prowadziła ona wzdłuż głównego łożyska kanału Bahr el Jussuf, po czym, tuż przy kanale Bahr Sela el Gedid, skręciła w lewo.

Piramida wyrosła przed nami w całej swej okazałości nagle.

Przejechaliśmy mały mostek i znaleźliśmy się u jej stóp.  Marszałek Piłsudski wysiadł z auta. Ruszyliśmy w kierunku olbrzymiej budowli, wzniesionej w szczerej pustyni.  Piramida w Hauwara jest w porównaniu z pomnikiem w Gizeh zupełnie młodziutka. Gdy bowiem tamte liczą sobie po czterdzieści siedem wieków, ta może się pochlubić zaledwie trzydziestu siedmioma. Jej budowniczy, faraon Amenemmes III rządził Egiptem około roku 1820 przed narodzeniem Chrystusa.  Ongiś musiała się ta piramida przedstawiać wspaniale. Dzisiaj wygląda raczej żałośnie, aniżeli imponująco. Zbudowana jest z małych cegiełek niepalonych, sporządzonych z mułu nilowego, przemieszanego z sieczką, a więc z materiału, który jeszcze dotychczas służy fellachom do wznoszenia domków. Obłożona była cała kamiennymi blokami, które nadawały jej wygląd monumentalny. Z granitu nie pozostał dzisiaj najmniejszy ślad.  Przez długie wieki łupano go w ten sposób, jak robi się to w kamieniołomach i używano do budowy domów w Madinet el Fayum i sąsiednim Hauwaret el Makta. Grób Amenemmesa w stanie obecnym przypomina wysoki pagórek, którego kształt piramidalny zaznacza się jedynie wówczas, gdy patrzymy nań z dalszej odległości.

Nasz przyjazd wzbudził wśród nich niebywałą sensację. Poczęli zbiegać się zewsząd, nawołując się w chrapliwym języku arabskim i unosząc do góry swoje śmieszne, długie galabije.  Jeden z nich przyniósł wyschniętą nogę ludzką, obleczoną jeszcze w tkaninę i wrzasnął:

- Kupcie mumię!

Przyjrzałem się temu szczątkowi jakiegoś starożytnego

Egipcjanina i zapytałem:

- Skąd to masz?

Chłopiec wskazał na wygrzebany opodal dół, dając tym do zrozumienia, że przyniesiony piszczel wykopał z ziemi.

Odchodząc już do stojącego opodal samochodu. Marszałek Piłsud-ski rzekł:

- Jednakże ilość pracy, włożona w tę bezsensowną budowlę jest imponująco wielka

- I pomyśleć, panie Marszałku — dodałem — że robiono to bez żadnego praktycznego znaczenia.

- No tak. I to właśnie zastanawia....

 

PAPIEŻ KOPTÓW

Amba Joannes VII, papież koptyjski, przesłał pewnego dnia Marszałkowi Piłsudskiemu pozdrowienia, oraz dary w postaci złotego krzyża i bursztynowego różańca. Posłem jego był arcybiskup, którego nazwiska, niestety, nie zapamiętałem. Wizyta była zapowiedziana naprzód, więc też powitałem dostojnika kościelnego przed willą. Jego dobrotliwą, łagodną twarz zdobiły wąsy i para poważnych oczu. Towarzyszył mu tłumacz, młody człowiek ubrany w strój europejski i czerwony fez. Marszałek Piłsudski przyjął posłów niezwłocznie i spędził na rozmowie z nimi przeszło pół godziny czasu.

Następnego dnia udałem się z polecenia Marszałka do amby z rewizytą. Towarzyszył mi sekretarz naszego poselstwa, Mieczysław Maliński, oraz tłumacz.

Siedziba papieża koptyjskiego mieści się w pobliżu centrum miasta Kairu, przy ulicy Darb el Was’a. Zajmuje ona kompleks budynków, z których najokazalszym jest katedra pod wezwaniem Św. Marka, zajmująca ich środek. Apartamenty prywatne amby mieszczą się w prawym skrzydle, gdzie też znajduje się jego sekretariat stanu. Lewe skrzydło jest oddane na użytek szkół.  Na moją cześć, a na rozkaz amby, wyścielono drogę od pojazdu samochodowego do wnętrza pałacu barwnym chodnikiem, na którym oczekiwali mego przybycia jacyś wysocy dostojnicy kościelni. Prowadzony przez tego samego arcybiskupa, który składał wizytę Marszałkowi Piłsudskiemu, udałem się do sali audiencjonalnej odznaczającej się wielką prostotą. Oprócz okazałego fotela-tronu, kilku krzeseł, małego stoliczka i dywanów, nie było w niej żadnych innych sprzętów. Gołe, białe ściany zdobiło kilka portretów i fotografii cesarskiej rodziny abisyńskiej, która, jak wiadomo, wyznaje wraz ze znaczną częścią swych poddanych obrządek koptyjski, a ambę uważa za pasterza swoich dusz.

Stanąwszy przed następcą św. Marka, złożyłem mu ukłon wojskowy i wygłosiłem słowa pozdrowienia. Amba wyciągnął do mnie rękę i przywitał się, nie wstając ze swego fotela. Zająłem wskazane mi miejsce.

Joannes, czyli Jan VII jest osiemdziesięcioletnim starcem o twarzy suchej i skupionej, na której pół wieku pobytu w klasztorze na pustyni arabskiej wyżłobiło niezatarte piętno ascety. Biała jak śnieg broda, oraz duże, łagodne i mądre oczy nadają jego postaci cechy wielkiej godności. Rozmowa z nim nastręcza Europejczykowi dużo kłopotu, gdyż zna on tylko język arabski, oraz staroegipski, który dotychczas jest językiem liturgicznym obrządku koptyjskiego. Trudność tę trzeba było pokonać przy pomocy tłumacza.

Amba zainteresował się najpierw pobytem Marszałka Piłsudskiego w Egipcie, po czym zapytał ile ludności posiada Bulunia [!].

- Trzydzieści dwa miliony — odpowiedział za mnie tłumacz,  który zapoznał się nieco z wiadomościami ogólnymi o naszym kraju.

Amba zamyślił się.

- Przeszło dwa razy więcej aniżeli Egipt — rzekł po chwili z nieopisanym zdumieniem. Kiwnąłem głową

- Tak, Wasza Świątobliwość.

- Cztery razy więcej, aniżeli Abisynia!?

- Tak, Wasza Świątobliwość.

Amba był poruszony do głębi. Nigdy zapewne nie przeszło mu przez myśl, żeby Polska mogła być państwem o tak licznej ludności. Gorzej jednak wypadł egzamin, gdy przeszliśmy na obszar naszej Ojczyzny. Okazała się ona wielokroć mniejsza od krajów koptyjskich i z tej racji amba uczuł zapewne dużą satysfakcję.

Przyniesiono na pięknej srebrnej tacy w dużych kieliszkach kryształowych sok z pomarańczy. Było gorąco, toteż wszyscy obecni 118 przy audiencji dygnitarze kościoła koptyjskiego wraz z ambą skwapliwie zabrali się do picia aromatycznego, orzeźwiającego napoju.

Audiencja miała się już ku końcowi.

W pewnej chwili zbliżył się do mnie jakiś dygnitarz duchowny i cichym głosem zapytał, czy pozwolimy sfotografować się razem z ambą. Zgodziłem się oczywiście bardzo skwapliwie, gdyż posiadanie takiej pamiątki, jak wspólna fotografia z głową tak egzotycznego kościoła, jak koptyjski, byłoby dla mnie bardzo przyjemne. Bezpośrednio przed zdjęciem odbyła się ceremonia wręczenia mi złotego krzyża z emaliowaną podobizną amby, oraz różańca bursztynowego. Wręczył mi je osobiście sam Jan VII.  Podziękowałem za dary, różniące się od tych, które otrzymał Marszałek Piłsudski, jedynie rozmiarami, po czym nastąpiła fotografia.

Jak już wspominałem, tuż przy pałacu amby znajduje się katedra pod wezwaniem Św. Marka, zbudowana w połowie ubiegłego wieku. Obejrzenie jej zaproponował nam uprzejmie sekretarz stanu. Skorzystaliśmy z tej propozycji bardzo skwapliwie i niezwłocznie skierowaliśmy swe kroki do świątyni. Z zewnątrz nie przedstawia się ona okazale, natomiast wewnątrz uderza bogactwo ozdób i dobór mnóstwa starych sprzętów, jak budki spowiednicze, stoły mszalne, podstawy pod biblię itd. Liczne obrazy przypominają swoim charakterem malowidła bizantyjskie, służące jako wzór również cerkiewnemu malarstwu rosyjskiemu.  Na zwiedzeniu katedry skończyła się moja wizyta u księży koptyjskich, potomków starożytnej kasty kapłanów egipskich i, rzekomo, spadkobierców ich wiedzy tajemniczej, która jednakże, jak twierdzi wielu uczonych, — nie była tak zbyt znaczna. Żegnany uroczyście przez zgięty w niskim ukłonie dwór Jego Świętobliwości, wsiadłem do samochodu i ruszyłem zakurzonymi ulicami Kairu na nilową wyspę Zamalek, na której mieścił się gmach poselstwa polskiego.

Dnia [ ] kwietnia, pożegnani bardzo uroczyście na dworcu w Kairze, a później na dworcu i w porcie w Aleksandrii, opuściliśmy Egipt na tej samej „Romanii”, którą przybyliśmy do kraju faraonów.

Mieczysław Lepecki 

Źródło: M.Lepecki, Pamiętnik adiutanta Marszałka Piłsudskiego, Warszawa 1987, s.103-119.

Ostatnio zmieniany czwartek, 17 maj 2012 05:22
Mieczysław Lepecki

Mieczysław Bohdan Lepecki (ur. 16 listopada 1897 w Kluczkowicach k. Puław, zm. 26 stycznia 1969 w Warszawie) – podróżnik, pisarz, publicysta, żołnierz Legionów Polskich, major piechoty Wojska Polskiego. W latach 1931-1935 pełnił służbę w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych, gdzie był adiutantem Pierwszego Marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego. Po 1939 na emigracji we Francji i Brazylii, skąd wrócił do Polski w 1962r.

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version