Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

10 Maj

Wódz odchodzi w wieczność 12 maja 1935

Pogrzeb Marszalka 2
— Wieniawa... — wyszeptał. Wydało mi się to wystarczające, aby generała sprowadzić. Widok zmienionej twarzy Marszałka musiał na gen. Wieniawie wywrzeć wrażenie wstrząsające, gdyż zamiast wesoło opowiadać, stanął w miejscu, milcząc i tylko spoglądając w przerażeniu na cień swego Komendanta. Nigdy nie zapomnę wyrazu rozpaczy w oczach biednego generała Wieniawy. Marszałek patrzał na generała przez chwilę, jakby na obcego. Myślałem, że może go już nie pozna. Ale nie... Za chwilę twarz rozjaśniła Mu się. — Wieniawa... Generał już się opamiętał. Zabrzęczały ostrogi, twarz ożywiła się. — Tak jest, Komendancie.
 

POWRÓT DO GISZU

Jeszcze w pierwszych dniach kwietnia (1935 roku - przyp. red.) zostało ustalone, że trzeba koniecznie sprowadzić do Marszałka jakąś sławę międzynarodową od chorób wewnętrznych. Ani dr Woyczyński, ani ja nie wiedzieliśmy kogo, natomiast obaj wiedzieliśmy opierał. Doktor Woyczyński powiedział nawet ,,nie bardzo wierzę, aby się to udało. Spróbujcie wy namówić Komendanta". Począłem więc próbować. Na razie jednak moje napomnienia i nawet najzupełniej wyraźne namowy pozostawały bez żadnego echa. Pewnego dnia zwierzyłem się ze swych kłopotów płk Kazirnierzowi Glabiszowi. „Czy wy wiecie — powiedział wówczas pułkownik — ja wam powiem, ja wam powiem kogo trzeba sprowadzić!" Ucieszyłem się i oczywiście zapytałem kogo ma na myśli. Płk Glabisz miał na myśli dr. Bergmana z Berlina.

Świetny doktor — mówił o nim — leczył króla angielskiego, A z naszych znajomych attache wojskowego przy rządzie niemieckim. Początkowo Marszałek zgodził się na Bergmana, lecz później stanęło na tym, że ma przyjechać sławny lekarz wiedeński, dr [ ] Wenckenbach. Pierwszy wspomniał o nim Pani Marszałkowej zdaje się minister Szembek. Pani Marszałkowa skłoniła ostatecznie Komendanta do wyrażenia zgody na przyjazd cudzoziemskiego doktora, sprowadził go za pośrednictwem naszego poselstwa przy rządzie austriackim minister Szembek.

Pociąg Wiednia przychodzi o godzinie 12.45 na dworzec Główny. Poszedłem z gen. Rouppertem spotkać dr. Wenckenbacha. Pamiętam ów moment jak dziś. Wyszedłem tego dnia pierwszy raz w tym roku bez płaszcza. Było słonecznie i ciepło. Już na peronie poznałem przydzielonego doktorowi w charakterze guide'a por. [ ] Stachurka.

Pociąg przyszedł punktualnie. Łatwo odnaleźliśmy doktora w wagonie sypialnym. Był to dość szczupły, wysoki starszy pan o świeżej cerze, poważnej, jakby nieco stroskanej twarzy i oczach o skupionym wyrazie. Dr Wenckenbach liczył około siedemdziesięciu lat, lecz zupełnie na tyle nie wyglądał. Toteż nic dziwnego, że gdy w godzinę później pojechałem do Belwederu i tam pani Marszałkowa zapytała mnie, między innymi, o jego wiek, odpowiedziałem: „chyba ma niewiele więcej ponad pięćdziesiąt".

Z dworca dr Wenckenbach pojechał z gen. Rouppertem i por. Sta-churkiem do hotelu Europejskiego, a ja udałem się do Belwederu, aby zameldować przyjazd „tej waszej sławy", jak się o Wenckenbachu Marszałek wyrażał. Pierwsza wizyta miała odbyć się dopiero około 6 wieczorem i miała nosić charakter wstępny. Właściwe badanie odłożył Marszałek do dnia następnego, które miało zresztą odbyć się już nie w Belwederze, lecz w Giszu. O godzinie szóstej my, adiutanci, zeszliśmy się w komplecie w adiutanturze. Wenckenbach przybył, lecz Marszałek go nie przyjął. Powiedział, że przyjmie go następnego dnia o ósmej rano w Giszu. Dr Weckenbach rozmawiał z Panią Marszałkowa, po czym powrócił do hotelu. Już przedtem był uprzedzony, że stan zdrowia i samą wizytę ma zachować w zupełnej tajemnicy. Zgodził się na to i, zdaje się, słowa dotrzymał.

Około godziny siódmej poszliśmy razem z kpt. Pacholskim do Narożnego. Marszałek zobaczywszy nas, odezwał się natychmiast, jakby na nas przedtem czekał: „dobrze, jedziemy". Pacholski poszedł do adiutantury, aby zadzwonić do Malinowskiego i polecić, aby natychmiast podjechał wozem krytym. Ja tymczasem zacząłem rozglądać się po pokoju i zbierać różne drobiazgi. Marszałek palił papierosa, a gdy znowu stanąłem przed Nim rzekł: „nie chcę tej parszywej, doktorskiej atmosfery wprowadzać do Belwederu. Te moje panie zaraz wymyślą Bóg wie co i zaraz chcą mną rządzić. Najlepiej nie wprowadzać tutaj tej atmosfery, zasmrodzonej lekarstwami i doktorami. Obrzydliwcy ci doktorzy". Marszałek nigdy nie tracił okazji, gdy mógł coś złego powiedzieć o lekarzach. Nie lubił ich serdecznie. W kilka minut później kpt. Pacholski meldował, że samochód już czeka. Marszałek wtedy powiedział: „wy obaj pomożecie mnie [!] wsiąść".

Marszałek z trudem uniósł się z fotela, ale, aby stanął na nogi musiałem podeprzeć Go mocno. Nie chciał się pozapinać, kazał si? prowadzić tak jak siedział w pokoju. Ujęliśmy Go mocno pod się Marszałek przez Narożny, przez pokój księżnej Łowickiej i jeszcze dwa duże pokoje, oddzielające Jego gabinet od wyjścia „domowego". Chciało mi się płakać. Myślałem o tym, czemu to nie mnie tak prowadzą, tylko Jego. Jakby to było pięknie i dobrze, aby swoim życiem można było obdarzać innych. Ale wiedziałem przecież doskonale, że tak nie jest, że najlepsze życzenia nic nie znaczą i szedłem smutny.

Gdy wyszliśmy na werandkę przed ganek, mignęła mi przerażona twarz stojącego opodal żandarma. Chodziły już wprawdzie słuchy wśród służby belwederskiej, że Marszałek jest chory, lecz ten stan, w jakim dostrzegł Go teraz biedny żołnierz, musiał wywrzeć na nim wrażenie przygnębiające. Pamiętam te wszystkie chwile ostatnich miesięcy życia Wielkiego Marszałka, pamiętam też nawet to, że żandarm służbowy zapomniał wówczas zasalutować. Patrzał znieruchomiały i zapewne oczom nie wierzył. Takie już mieliśmy rozkazy, że to co dotyczyło osoby Marszałka było jak najściślej tajne i nie wolno było o tym nic mówić. Do tego należało utrzymywanie w wielkiej poufności stanu zdrowia Marszałka, a to dlatego, aby nie podniecać i tak już krążących plotek o rzekomej Jego wielkiej słabości fizycznej. Nic też dziwnego, że żandarm pełniący służbę przy bramie nic nie wiedział o tym, co działo się w zamkniętych pokojach Belwederu, czy też Generalnego Inspektoratu. Cicho, ze zgaszonymi wewnątrz limuzyny światłami, przemknęliśmy przez Aleje Ujazdowskie i zatrzymaliśmy się przed zamkniętym dzisiaj na głucho wejściem najmniejszego budynku w kompleksie zabudowań Giszu, służącym Marszałkowi za biuro, a w ostatnich czasach i za drugie mieszkanie.

I to wówczas, dnia 22 kwietnia, około godziny siódmej wieczorem, Marszałek Piłsudski przekraczał po raz ostatni próg Swej samotni inspektorackiej. Nie było Mu już sądzone opuścić jej o własnych siłach. Już podczas wielkiego tygodnia funkcjonowała u nas zorganizowana przez gen. Roupperta wespół z gen. Sławojem Składkowskim służba lekarska. A więc poza nami, ludźmi domowymi, został przydzielony jeszcze dr Mozołowski, dochodzący zresztą do nas już od dawna, dr Cianciara ze szpitala im. Marszałka Piłsudskiego i pielęgniarka z tego samego szpitala, siostra [ ]. Ponadto codziennie po kilka razy przychodził gen. Rouppert. Po powrocie z Belwederu Marszałek położył się do łóżka, przed czym dotychczas opierał się i czego nawet w Belwederze uczynić nie chciał. Pomagałem Mu zdejmować siwą, znaną każdemu Polakowi kurtkę bez żadnych odznak, której już później nie włożył...


DR F. K. WENCKENBACH

Z bijącym sercem otwierałem drzwi dr. Wenckenbachowi. Był już gen. Rouppert, dr ppłk Mozołowski i dr Cianciara, a w chwil? później nadszedł gen. dr Składkowski. Jako tłumacz był też obecny por. Stachurek. Lekarze poczęli się naradzać, a ja tymczasem poszedłem do Marszałka.

W sypialni panował półmrok, gdyż część okien była zasłonięta roletami. Marszałek leżał w łóżku, w świeżo zmienionej bieliźnie, w dwóch koszulach, jak zwykle. Palił papierosa. „A co?" zapytał. — Przyszła już ta sława — odpowiedziałem.
Marszałek nachmurzył się i począł mruczeć coś w rodzaju:
„co za nonsens, dureństwo".
— Zapytajcie go — rzekł — po jakiemu on woli mówić: po niemiecku czy po francusku? Powiedzcie mu, że dla mnie to wszystko jedno.

Okazało się, że dr Wenckenbach zna oba języki jednakowo dobrze i wybór pozostawił Marszałkowi. Wiedziałem, że Marszałek godził się na oględziny niechętnie i nie dziwiłem się, że teraz zwlekał i przez chwilę nawet chciał odwołać wizytę. „Ten wasz Wenckenbach — rzekł wówczas — to na pewno taki sam dureń, jak i inni doktorzy. Mądrale!". Gdybym wówczas pisnął chociaż jedno słówko w obronie lekarzy, to jestem przekonany, że dr Wenckenbach nie zobaczyłby nigdy Marszałka. Ale ja milczałem przezornie. Wreszcie Marszałek kazał wołać lekarzy.
Udałem się do nich i oficjalnie oznajmiłem.
— Pan Marszałek prosi...
Lekarze weszli do sypialni.

Dr Wenckenbach zaczął rozmowę po francusku pytaniem, czy może mówić w tym języku. Marszałek odpowiedział po niemiecku: „Wie Sie wollen". Rozmowa potoczyła się po francusku. Wyszedłem do swego pokoju i zamyśliłem się. Przyszły mi na myśl te jeszcze tak niedawne czasy, rok 1931, gdy podczas ciężkiej grypy w czasie pobytu w Rumunii, w Carmen Sylwie, Marszałek wezwał mnie do łóżka i powiedział: „weźcie, dziecko, browning i palcie w łeb każdemu doktorowi, który się będzie do mnie pchał". Mimo wysokiej gorączki i osłabienia panował Marszałek wówczas nad sobą zupełnie. Nie tak, mój Boże, jak dzisiaj.

W drugim pokoju siedział gen. Składkowski i podobie jak ja zamyślił się głęboko. Głowę wtulił w ramiona, plecy przygarbił. Jego zwykle nastroszone groźne wąsy wydały mi się wtedy wcale niegroźne. Wyglądał na człowieka dotkniętego jakimś
nieoczekiwanym ciosem. Był smutny i przygnębiony. Milczeliśmy obaj. Ciszę przerywały tylko stłumione głosy dochodzące z sypialni, albo też przelatujący z hukiem tramwaj. Konsultacja trwała pewnie z godzinę. Lekarze wyszli i zamknęli się w swoim pokoju. Naradzali się. A ja tymczasem poszedłem do pokoju i podałem Mu kawałek lodu i siadłem sobie przy łóżku.
Marszałek był poirytowany. Rzucał coraz dotkliwsze epitety pod — Dzięki Bogu — odezwał się Marszałek — poszli sobie nareszcie. Czemu mnie oni nie pozostawią w spokoju, ci paskudziarze. adresem doktorów. Chcąc Go oderwać od rozpamiętywania konsultacji, powiedziałem: „Na dworze pochmurno, będzie chyba deszcz". Marszałek kazał podnieść roletę w oknie, leżącym naprzeciw łóżka i począł ciekawie spoglądać w niebo. „Podstawa chmur — rzekł stylem meteorologicznych komunikatów lotniczych — dwieście do trzystu metrów" i roześmiał się. Po czym, jakby sobie coś przypominając: „zapytajcie się tej k.u.k. sławy, czy papierosy mi nie będą szkodziły".
Usłyszałem ruch w swoim pokoju. Lekarze skończyli naradę. Poszedłem dowiedzieć się rezultatu konsylium. Ale generałowie zataili przede mną prawdę. Pomyślałem sobie wówczas o tym, że przecież ja ich dotychczas najwięcej informowałem o przebiegu
choroby, że ja pierwszy zadzwoniłem wobec najwyższych sfer w Polsce na alarm i że, mój Boże, Marszałek nie taił przede mną wielu najściślejszych tajemnic państwowych... Dzisiaj wiem, że nie miałem racji, że to dr Wenckenbach zażądał kategorycznie, aby o beznadziejnym stanie chorego nie powiadamiać otoczenia. Nie chciał wytwarzać przy Nim przygnębienia. Rozmyślania przerwało mi wołanie: — Adiutant! Pobiegłem do sypialni. Marszałek już tego dnia nie wstał. Nie wstawał i dni następnych, Około godziny szóstej wieczorem dr Mozołowski i dr Cianciara mieli dokonać zastrzyku z wyciągu wątrobowego. Marszałek zgodzi) się na ten zastrzyk z wielką niechęcią. Jeszcze w czasie przygotowań szeptał pod wąsem: „szubrawcy, łajdacy!". Nigdy na żadne zastrzyki się nie zgadzał i świadomość ulegnięcia nie lubianym doktorom musiała Marszałkowi być szczególnie przykra. Zabieg okazał się bolesny. Marszałek jęknął, po czym odwrócił się do wszystkich tyłem. Gdy lekarze wyszli, rzekł do mnie ze skargą w głosie: — Po co oni mnie tak męczą, dziecko? Powiedzcie czemu? Ja przecież idę na tę śmierć zupełnie spokojnie. Coś we mnie jęknęło. Jakżeż żal mi było tego Człowieka. W tej chwili nie widziałem w Józefie Piłsudskim Wielkiego Marszałka, twórcy niepodległości Ojczyzny, lecz biednego, chorego człowieka, którego zapewne kochałem. Z troską i żalem patrzyłem na Jego wychudłą postać, będącą nieledwie cieniem tej sprzed
kilku miesięcy.
Marszałek leżał niespokojnie, wciąż zmieniając pozycję, a że był słaby jako dziecko, męczył się i co chwila bezwładnie opadał na poduszki. Przez ściśnięte gardło powiedziałem: — Zastrzyki pomogą organizmowi bronić się. Taki zastrzyk to tyle dla ciała ludzkiego, co porządny odwód dla pierwszej linii. Ale te moje słowa rozgniewały Marszałka. — Tego jeszcze brakowało, żebyście wy zaczęli uprawiać agitację za doktorami. Uważajcie, żebym nie nazwał was szelmą. Pani Marszałkowa przyniosła jakiś przysmaczek dla „Ziuka". Była godzina między l i 2 w południe. Poszedłem na obiad. Służbę objął kpt. Miładowski. Z tą służbą, to już bardzo zaczęło się plątać. Przestaliśmy zwracać uwagę na godziny, dnie i noce. Siedzieliśmy dniami i nocami, najczęściej obaj i tylko nocami
dzieliliśmy się sprawiedliwie. Spędzaliśmy je bezsennie, w ubraniu. Dla mnie ta ciężka służba była jedyną radością w nieszczęściu. Wydawało mi się, że nie mogąc pomóc Marszałkowi w odzyskaniu zdrowia, przyczyniam się chociaż w ten sposób do ulżenia Jego doli. 


OSTATNIE DNI W GISZU
Dni od 24 kwietnia do 4 maja były ostatnimi dniami Marszałka, spędzonymi w Generalnym Inspektoracie. W ciągu tych dni dziesięciu Marszałek już nie wstawał o własnych siłach, nie chodził, a w końcu już nawet sam nie mógł przekręcić się z boku
na bok. Pewnego dnia powiedział: „są takie wózki... dla chorych".
Mówiąc to, Marszałek nie patrzył na mnie a gdzieś w bok. Odpowiedziałem: „Tak jest" i spostrzegłem, że moje oczy też poczęły unikać oczu Marszałka. Poszedłem więc gdzieś na ulicę Krochmalną, gdzie znajduje się skład różnych sprzętów szpitalnych i wybrałem najlepszy wózek. Marszałkowi powiedziałem: „Naturalnie, że lepiej posuwać się w wózku, po co tracić siły na chodzenie.

Prędzej Pan Marszałek przyjdzie do siebie". Marszałek machnął ręką: „głupstwa gadacie" — rzekł. Począł więc dzielić Marszałek Swój czas na leżenie w łóżku, siedzenie w fotelu i przejażdżki po pokojach w wózku. Kazał przysuwać się do różnych sprzętów, obrazów. W pokoju dr. Woyczyń-skiego wisiała nad kanapką fotografia Marszałka z 1926 r. zrobiona przez wachmistrzaPikiela, wieloletniego fotografa belwederskiego. Była to znana podobizna, na której Marszałek tryska tężyzną fizyczną i energią. Teraz kazał przysunąć wózek ku tej fotografii i patrzył.

Twarz Jego, ta z portretu, i ta żywego człowieka były te same, a przecież jakże inne. Nie wiem, co Marszałek wtedy myślał, wiem tylko, co powiedział. Jakże boleśnie słowa te zabrzmiały w mych uszach! — Był — rzekł — taki silny, wspaniały Ziuk, i... nie ma. Ten czas przeszły, to był zabrzmiało to jakoś strasznie, że uczułem dreszcz. Był! Więc Marszałek mówił o sobie, za życia, jak o kimś, kto już odszedł... I mówił to spokojnie, nieomal z uśmiechem. jednocześnie okres poprzedzający o kilka dni podróż ministraSpokój ten mnie przerażał. Boć jakżeż? Marszałek wiedział o swoim ciężkim stanie, wiedział, że stan ten pogarsza się z dnia na dzień, że siły opuszczają Go, uchodząc zeń jakby w popłochu, a tymczasem ani razu nie załamał się, ani razu nawet w na wpółprzytomnych majaczeniach nie zawołał o ratunek, nie pokazał śladu niepokoju, ani słabości ducha. Szedł ku Swemu przeznaczeniu jak podczas całego życia, z dumnie podniesioną głową, zamknięty w sobie i spokojny. Co innych napełniałoby trwogą i złamało, w Nim nie wypaczyło najdrobniejszego rysu charakteru. Z niezwykłym uporem trwał przy wszystkich Swych przyzwyczajeniach i zwyczajach. Rano i wieczorem czytywał gazety, jadał a właściwie prawie nic nie jadał o tych samych co zawsze godzinach. Kładł lub przyglądał się kładzeniu pasjansów, o wszystkim i wszystkich wyrażał się pogodnie, jak za czasów zdrowia. Choroba nie zmieniła w niczym Jego ustosunkowania się do spraw i ludzi. Przytomność umysłu wciąż Go nie opuszczała, a dokładne zdawanie sobie sprawy z zagadnień państwowych sprawiało, że wpadał niekiedy w niepokój i najczęściej polecał wówczas przywoływać ministra Józefa Becka. A w polityce rozgrywały się właśnie rzeczy poważne. Był to bowiem okres nawiązywania przyjacielskich stosunków Francji z ZSRR, a Pierre'a Lavala do Moskwy. Miał też Laval być również w Warszawie w celu złożenia wizyty Marszałkowi. Wizyta u nas miała odbyć się po wizycie w Moskwie. Marszałek wtedy powiedział krótko: „jak on, ten Laval, pojedzie przez Warszawę najpierw do Moskwy, a potem będzie chciał konferować, to ja go nie przyjmę. Niech sobie robi, jak chce, ale wtedy niech rozmawiają z nim inni". No i Laval zgodził się konferować najpierw w Warszawie, a potem w Moskwie. Niestety, konferencji z Marszałkiem odbyć już nie mógł. Stan zdrowia na to nie pozwolił.
Minister spraw zagranicznych Józef Beck był, obok marszałka Prystora, ostatnim mężem stanu z którym Marszałek Piłsudski mówił o sprawach państwowych. Dnia 29 kwietnia Marszałek wezwał go i rozmawiał z nim przez czterdzieści minut. Nie byłem świadkiem tej rozmowy, mówiłem jednak o niej z ministrem. Powiedział mi wtedy: „zadziwiająca rzecz, jak Komendant przy takim ciężkim stanie fizycznym posiada nadzwyczajną jasność umysłu i pamięć!" Ale jednocześnie mówił o tym, że jest przerażony wyglądem Marszałka. Był stropiony i przygnębiony. Wiedziałem o głębokiej, synowskiej miłości Becka do Marszałka i rozumiałem stan jego duszy. Podobnie jak pani Marszał-kowa nie mógł i nie chciał wciąż jeszcze uwierzyć w to najgorsze... Jednak jego przywiązane na dolę i niedolę serce biło już zapewne trwożnie i niespokojnie. Rozumiem doskonale, że wobec ostatnich dni Marszałka Piłsudskiego moje sprawy były niczym, ale cóż, byłem przecież tylko zwyczajnym człowiekiem. Dzisiaj myślę o sobie z tych dni ze wstydem. Wydawało mi się wówczas, że byłem u kresu wyczerpania nerwowego, że którejś nocy załamię się, że nie wytrzymam. Buntowałem się w duchu przeciw wszystkiemu, a nade wszystko przeciw Bogu i nauce. W milczeniu patrzyłem na krzątaninę obcych ludzi po pokojach, o dostęp do których Marszałek był tak zazdrosny. Kto wie, może ja jeden rozumiałem, jak bardzo Marszałek cierpiał, widząc siebie w rękach lekarzy. On, który jeszcze przed trzema laty, w Rumunii, podczas choroby powiedział do mnie: „Na całym świecie komunikaty o chorych piszą doktorzy, ale teraz sam chory napisze komunikat o sobie". Czułem ból Marszałka i chociaż sam tych doktorów sprowadzałem i chociaż rozumiałem, że są potrzebni, że pracują z oddaniem — nienawidziłem ich. Dziecinnie marzyłem godzinami o tym, jakby to było, gdyby Marszałek wyzdrowiał. Na pewno powiedziałby wtedy do mnie: „pootwierajcie szeroko okna, niech ten doktorski duch wywietrzeje!". Niestety, nic nie wskazywało na to, aby owe marzenia mogły przyoblec się w rzeczywistość. Stan zdrowia pogarszał się z dnia na dzień...

 

MARSZAŁEK PIŁSUDSKI OPUŚCIŁ DZISIAJ GISZ... (4 MAJ 1935 r.)

Marszałek już nie podnosił się sam z łóżka. Stracił siły zupełnie. Miał trudność nawet w utrzymaniu w ręku łyżki. Patrzyłem na to codziennie i codziennie serce rwało mi się z bólu na widok tej bezsilności. Dzisiaj jeszcze, ile razy zamknę oczy, mogę zobaczyć niemą skargę w spojrzeniu Marszałka, które rzucił mi w chwili, gdy z drżącej ręki wypadła mu pewnego razu szklanka. Powiedział wtedy: „No, widzicie sami... Nie ma Ziuka". A ja odpowiedziałem na to: „Każdemu, panie Marszałku, może przytrafić się, że upuści szklankę". Ale myślałem inaczej. Myślałem o tym, że, Jezus Maria, Marszałek Piłsudski i tym razem się nie myli, że oto słychać już kroki zbliżającej się Przemiany. Pamiętam tę noc doskonale. Przez okno wpadło do pokoju nieśmiało światło budzącego się dnia. Z sąsiedniego pokoju dochodził stłumiony szept. Rozmawiał z pielęgniarką kpt. dr Henryk Cianciara, dyżurujący tej nocy ze mną do spółki. Siedziałem przy nocnym stoliku, przy łóżku Marszałka, i kładłem pasjansa. Marszałek już nawet nie patrzył, ale stare przyzwyczajenie sprawiało, że fakt ten był Mu miły. Milczał i tylko od czasu do czasu jęknął. W pewnej chwili uniósł rękę i wskazał na wiszącą nad łóżkiem fotografię Swej Matki.

 —" Panna Billewiczówna — powiedziałem. Była to bowiem fotografia pani Marii Piłsudskiej z czasów panieńskich. Marszałek kiwnął głową. — Kochana mamusia — rzekł — czeka już na swego Ziuczka. I ciocia Żuła czeka i Broniś czeka... I tylu moich żołnierzy do defilady się szykuje... Musi być wszystko sztram [!]. Zawsze dotychczas starałem się złe myśli Marszałka obracać w żart. To śmiałem się, to mówiłem coś, z czego wynikało, że wydają mi się one zupełnie niedorzeczne. Ale teraz nie znalazłem żadnych słów, a uśmiechnąć się bałem, aby zamiast uśmiechu nie wypełzł mi na twarz jakiś nieprawdziwy grymas. Siedziałem więc w milczeniu, tylko głowę pochyliłem nisko, aby nie ukazać Marszałkowi swego bezradnego bólu. Tymczasem Marszałek począł coś sam do siebie szeptać i, swoim zwyczajem, rozkładać ręce. Trwało to długą chwilę. Wreszcie zwrócił do mnie głowę i rzekł: — Trzeba się przenieść do Belwederu. I już nic więcej wówczas nie powiedział. Pięć zwykłych słów! Mówił je do mnie tyle razy, ale dzisiaj zabrzmiały mi w uszach jak dzwony pogrzebowe. Zrozumiałem je od razu. Mówiły do mnie tak: „Chcę umrzeć w Belwederze". Znałem przecież obyczaje i przyzwyczajenia Marszałka doskonale, wiedziałem, że przy oznakach każdej niedyspozycji uciekał z Belwederu natychmiast, aby, jak sam mówił, nie naprowadzać atmosfery choroby do swego domu. Chęć powrotu w progi tego domu podczas tak ciężkiej niemocy nie mogła być niczym innym jak pewnością, że zbliża się ostatnia godzina... Był to dla mnie znak tak wyraźny, że zakomunikowałem o nim Wendą i płk. Strzeleckim. Nadzieja, która żyła we mnie jedynie słowami pani Marszałkowej, pełnej głębokiej wiary w powrót do zdrowia, uległa wtedy zupełnemu załamaniu. Tak ciężko było
przyzwyczaić się do tej myśli...
Doktorzy uradzili, że to bardzo niebezpiecznie przenosić się teraz do Belwederu: „trzeba poczekać na chwilową chociaż poprawę". Ale mnie wciąż dzwoniły w uszach niewypowiedziane słowa: „chcę umrzeć w Belwederze", i upierałem się przy opuszczeniu Giszu. Zresztą sam Marszałek powtórzył swoje życzenie jeszcze kilkakrotnie. Pani Marszałkowa też uważała, że w Belwederze będzie lepiej.
Nadszedł dzień 4 maja. Po pięknej wiosennej pogodzie, zrobiło się nagle chłodno. Wprawdzie słońce świeciło pięknie, lecz wiał przenikliwy wiatr, który sprowadził później śnieżyce i mróz, co zwa-rzyły rozwijającą się już na dobre zieleń. Tego właśnie dnia, wieczorem, miał Marszałek opuścić progi Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych na wieki... Wszystko przygotował gen. Rouppert. Wieczorem, o zmroku, podjechała pod tylne wejście sanitarna karetka, prowadzona zamiast przez szofera przez dowódcę kolumny samochodowej Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, porucznika Kawale. Poszedłem do Marszałka i powiedziałem, że za chwilę przeniesiemy się do Belwederu. Marszałek kiwnął głową w milczeniu, ale nie wykazał żadnego zainteresowania tym, jak to te przenosiny mają się odbyć, a mnie nie chciało wprost wyjść z gardła, że mają odbyć się na noszach, w karetce sanitarnej... Bałem się, że Marszałek zaprotestuje, że będzie chciał się ubrać i jechać zwykłym samochodem. Ale Marszałek zdawał się pozornie nie
przeciwnie — uniósł brwi w górę i uśmiechnął się. Wskazał przy wykazywać najmniejszego zainteresowania chwilą bieżącą. Leżał nieruchomo w łóżku i błądził wzrokiem po pokoju, coś od czasu do czasu szepcąc do siebie. Moje obawy były zresztą, jak się dowiedziałem później, płonne. O sposobie opuszczenia Giszu powiadomiła męża pani Marszałkowa. Przenieśliśmy z sanitarki nosze. Zwykłe, żołnierskie nosze, złożone z drewnianej ramy, obciągniętej płótnem. Postawiliśmy je w moim pokoju na podłodze i przykryli najpierw pledami, ułożonymi w ten sposób, aby można nimi było okryć Marszałka szczelnie. W wezgłowiu położyliśmy poduszkę. Tak przygotowane nosze wnieśliśmy do sypialni i ustawiliśmy na ziemi przy łóżku Marszałka. Bardzo lękałem się spojrzeć na Marszałka. Te nosze, ten widomy znak zupełnego wyczerpania fizycznego musiał przecież sprawić ból choremu. A ja tak nie chciałem niczym sprawić Mu bólu... Myślałem, że może rozgniewa się, wyrzuci nas wszystkich razem z tymi noszami. Wiedziałem, że wynieślibyśmy się bez słowa. Ale Marszałek nie rozgniewał się ani nas nie wyrzucił, tym ruchem głowy na nosze. — Wszystko gotowe, panie Marszałku — odezwał się generał Rouppert.
Marszałek coś szepnął. Pochyliłem się i usłyszałem słowa:
— Dobrze, dobrze, tylko wypalę papierosa.
Podałem „marszałkowskiego", wyrabianego specjalnie dla Marszałka. Palił spokojnie i bez słowa. Gdyby nie nadzwyczajna chudość twarzy, bladość i przygasły wzrok, mógłbym łudzić się, że Marszałek jest ten sam co przed paru miesiącami — zdrów. Jeden
Oprócz nas, adiutantów, był generał Rouppert, płk dr Jan Czyż rzut oka na panoszące się w sypialni nosze, rozwiewał natychmiast złudzenie i przyprowadzał mi na myśl [!] ponurą rzeczywistość. i ppłk dr Stefan Mozołowski. Wspólnymi siłami unieśliśmy z łóżka bezwładnego niemal Marszałka i ułożyliśmy na noszach. Owinęliśmy Go starannie i przykryliśmy pledem futrzanym. Marszałek przez cały czas milczał i wciąż zachowywał jakby zdziwiony wyraz twarzy. Raz tylko jęknął cicho, ale i wtedy nie opuścił uniesionych ku czołu brwi. Wzięliśmy na barki drogi ciężar i ponieśliśmy ostrożnie, powoli, ku tylnemu wyjściu. Blady ze wzruszenia woźny Władysław Malesa odsunął kotary i szeroko otworzył drzwi. Zeszliśmy po schodach i wnieśliśmy Marszałka do karetki. Było już zupełnie ciemno, około godziny ósmej wieczorem. Nikt nie widział tych tragicznych przenosin i tylko my jedynie byliśmy ich żałosnymi świadkami.
Weszliśmy w kilku do karetki i pojechaliśmy przez Aleję Szucha, plac Unii Lubelskiej i ul. Bagatelę do Belwederu. Ale my wciąż jeszcze staraliśmy się utrzymywać chorobę Marszałka Piłsudskiego, tak jak mieliśmy raz na zawsze przykazane, w najściślejszej tajemnicy. Nie zatrzymaliśmy się więc przed frontem pałacu, gdzie zawsze kręciła się służba, żandarmi i wiele osób cywilnych, lecz nieużywanym wejściem bocznym podjechaliśmy na tył pałacu, od strony parku, pod same drzwi pokoju Narożnego. Tutaj wynieśliśmy Marszałka i złożyli na łóżku przygotowanym już uprzednio przez panią Marszałkową. Na tym samym, na którym dokładnie w osiem dni później zakończył swój żywot. Z ciężkim sercem opuszczałem tego wieczora Belweder.
Zamiast do domu, powlokłem się w ciche uliczki za parkiem belwederskim i długo krążyłem po nich, popatrując od czasu do czasu na majaczący pośród drzew pałac. Wszystko wokoło było jeszcze po staremu. Posterunki żandarmerii ze szwadronu ochrony zmieniały się regularnie, cywilni panowie z brygady policji pełniącej służbę w tym rejonie spacerowali z minami beztroskich gapiów, konny policjant stojący przy wejściu na dziedziniec nudził się po staremu, a przechodnie zaglądali w jasno oświetlone okna z jednakową ciekawością. Jakże wiele miało ulec tu zmianie w ciągu tak niewielu dni...

Powróciłem do Giszu i zawezwałem Malesę.
— Trzeba sprzątnąć — powiedziałem i starym przyzwyczajeniem wiedziony, dodałem: „Na jutro musi być wszystko gotowe, Pan Marszałek może wrócić w każdej chwili". I zaraz potem szarpnęło mnie coś za serce. W każdej chwili... Inna chwila od chwili powrotu przyszła mi wtedy na myśl.

 

„JA MUSZĘ, MUSZĘ..."
Dni choroby Marszałka spadały na mnie ciężarem lat. Nie do wiary prawie mi się dziś wydaje, że od tragicznej przeprowadzki z Giszu do Belwederu, do chwili zgonu upłynęło ich zaledwie osiem. Jeszcze dzisiaj mi się zdarza, że nagle budzę się w nocy spocony
ze strachu: „zasnąłem, a tu, przecież Marszałek chory". A potem przychodzi świadomość i smutek. Każdą chwilę spędzałem w napięciu nerwów i czujności. Stan Marszałka był prawie jednolicie ciężki i może tylko dwa razy zdarzyło się, że przychodziła lekka
poprawa. Było to jednak tylko złudzenie, rozwiewane rychło stanami pogorszenia, zupełnym bezwładem, lub też nadmiernym podnieceniem. Bólów wielkich Marszałek nie doznawał i to było jedyną naszą pociechą w bezmiarze smutku, przygnębienia i
najgorszych przeczuć, które później już przemieniły się w nieubłaganą pewność. Gdy czynniki najwyższe przekonały się o groźnych postępach choroby, postanowiono wydać komunikat, aby przygotować opinię publiczną do ciosu, który miał wkrótce naród polski spotkać. Komunikat miał ukazać się w poniedziałek 13, lub wtorek 14 maja... Zamiast niego ukazał się już niestety, inny komunikat...
Tak więc biegły dni w Belwederze w smutku i przygnębieniu. Później dowiedziałem się, że dr Antoni Stefanowski rozmówił się z księdzem Władysławem Korniłowiczem, żeby ten był wciąż w domu, przy telefonie, gotowy na każde wezwanie. W pierwszej
chwili, gdy mi o tym powiedziano, wydało mi się to czymś w rodzaju przestępstwa wobec wiary we własne siły lekarskie, ale później zrozumiałem, że było to właściwe zrozumienie swego obowiązku.
Nadszedł dzień 10 maja. Marszałek począł wpadać w na wpółomroczenia, mówił słowa bez związku, groził komuś, na kogoś krzyczał, gniewał się, to znowu ogarniała Go żałość. „Ziuk biedny, Ziuczek..." powtarzał, a nam wszystkim serce rwało się na strzępy. Staliśmy bezradni i na nic nie przydatni. Siostra [ ] pocieszała nas: „Taki stan dla chorego najlepszy — mówiła — chory nie cierpi". Ale my jej nie wierzyliśmy, my znaliśmy Marszałka, my wiedzieliśmy, że dla Niego nie śmierć była straszna, tylko ten stan bezsilności. Ale nie mówiliśmy jej tego, niech się jej zdaje, jak się zdaje.
Mijały godziny, a w Narożnym pokoju wciąż było słychać głos Marszałka. Pani Aleksandra prawie nie odstępowała łóżka. Wciąż jeszcze była pełna wiary i najlepszych nadziei. Podziwiałem tę jej niezłomną ufność w to, że: „Ziuk nie tyle potrafi znieść". Nikt jej tej
wiary już nie odbierał. Kto by miał tak twarde serce, aby jej tę wątłą roślinę wyrwać. Gdy później, już w wiele miesięcy po nieszczęściu, była o tym mowa, Pani Marszałkowa zrobiła mi za przyznanie się do wątpliwości, jakie miałem już od dłuższego czasu, gorzką wymówkę. Gdy wieczorem zacząłem wsłuchiwać się w bezładną już plątaninę słów Marszałka, zauważyłem, że z chaosu ich wciąż wyłaniały się słowa: Laval, ja muszę, Rosja. — Ja muszę, muszę — powtarzał z naciskiem i irytacją. Domyśliłem się, że Marszałek ma na myśli niedoszłą do skutku konferencję z francuskim ministrem spraw zagranicznych Pierre Lava-lem, który właśnie przebywał w Warszawie i miał stąd pojechać do Moskwy.
Na chybił-trafił powiedziałem:
— A może by tak, panie Marszałku, Becka sprowadzić? Marszałek momentalnie uspokoił się. — To, to, to, no tak, Becka. I potem zaczął znowu gniewać się, jakby za to, że nie domyśliliśmy się tego już dawno. Podszedłem do telefonu i połączyłem się z mieszkaniem ministra. Zgłosił się woźny.
— Jest pan minister?
— Jest, panie kapitanie, ale tu u nas raut.
— Jaki raut?
— Przyjmujemy tego Lavala.
— To nic, poproście pana ministra do aparatu. Za chwilę
usłyszałem w słuchawce:
— Hallo, tu Beck. Przedstawiłem sprawę i prosiłem, aby minister przyjechał zaraz, to na pewno Marszałka trochę uspokoi. — Dobrze, już jadę. W kilka minut później minister Beck był już w Belwederze. Przyjechał tak „jak stał", a więc we fraku, przepasany jakąś wielką
wstęgą, przy wielu orderach. Opuścił raut incognito, aby nie wzbudzać jakichś domysłów. I tak już od plotek w związku z niedojściem do skutku audiencji Lavala u Marszałka, aż się roiło w Warszawie. Minister usiadł na chwilę w adiutanturze, a ja poszedłem zapytać Marszałka, czy może wejść. — Dobrze, dobrze, ja czekam. Na widok wchodzącego ministra, którego synowskiego uczucia
Wieniawa-Długoszowski, chciał czymkolwiek usłużyć, coś dla i przywiązania zdaje się był pewny zupełnie, Marszałek Piłsudski rozpromienił się cały.

— Kochany, kochany Beck. Beck skłonił się służbiście i gorliwie, tak jak już pewnie nikomu w życiu kłaniać się nie będzie i począł mówić o konferencjach z Lavalem. Starał się dobywać swobodnego tonu, silił się nawet na uśmiechy, ale ja widziałem, jak mu drżały usta. Ciężka była noc z 10 na 11 maja. Sen-pocieszyciel nie chciał się zjawić. Marszałek co kilka, kilkanaście minut budził się, majaczył, mówił podniesionym głosem, wołał adiutantów, to znowu wypędzał ich, chciał pić a otrzymawszy napój — nie chciał go brać do ust; chciał przenosić się na wózek, to znowu wracać na łóżko, narzekał na niewygodne poduszki, to znowu zaczynał straszliwie gniewać się na coś, czego nie mogliśmy się domyśleć. Biednej, znużonej pani Marszałkowej nie mogliśmy za nic uprosić, aby odpoczęła. My adiutanci, chociaż to były niby zmiany, wciąż siedzieliśmy prawie wszyscy razem. Rotmistrza Hrynkiewicza, który niedawno przeszedł trudną operację, wypędziliśmy prawie siłą, aby się przespał. Pani Marszałkowa przysyłała nam czarną kawę i wino, i tak się krzepiąc, trwaliśmy. Był też zawsze jeden lekarz, a gen. Rouppert wpadał dniem i nocą. Panienki trzymała pani Marszałkowa w swoim pokoju, Marszałek bardzo wiele razy przywoływał to jedną, to drugą, albo i obie razem. Biedne dziewczynki! Blade, wystraszone, prawie oniemiałe, patrzyły na ojca z bólem i ze ściśniętym na pewno sercem. Ale były to przecież córki Marszałka Piłsudskiego... Na ich twarzach człowiek obcy nic nie powinien wyczytać, ich ból miał być tylko dla nich samych. Dzień zaświtał i wreszcie zjawił się w pełnym blasku, w Narożnym blady cień Marszałka wciąż miotał się bezsilnie w pościeli. 11 maj Już pierwej zgłaszał się do pani Marszałkowej generał Komendanta zrobić. Wiedział, że obcych twarzy Marszałek nie znosił. „Posiedzę — mówił — poopowiadam facecji, może choć na chwilę o chorobie zapomni". Spotkawszy mnie przed paru dniami, też mi to powtórzył. Zadzwoniłem do niego dzisiaj: „Niech pan generał przyjdzie" — poprosiłem. Gdy przyszedł, poprosiłem go do pokoju księżnej Łowickiej, a sam poszedłem do Narożnego. Marszałek leżał na wózku. Był znacznie spokojniejszy niż w nocy i rankiem. Tylko za dnia zmizernienie było podwójnie wyrazistsze, aż przygnębiające. — Przyszedł Wieniawa, panie Marszałku, czy może wejść? Marszałek patrzył na mnie nie widzącymi oczami i nic nie odpowiedział. Zapytałem powtórnie.

Teraz w oczach Marszałka zapaliły się jakieś blaski, na usta wybiegł blady, słaby uśmiech. — Wieniawa... — wyszeptał. Wydało mi się to wystarczające, aby generała sprowadzić. Widok zmienionej twarzy Marszałka musiał na gen. Wieniawie wywrzeć wrażenie wstrząsające, gdyż zamiast wesoło opowiadać, stanął w miejscu, milcząc i tylko spoglądając w przerażeniu na cień swego Komendanta. Ja, patrząc codziennie na postępy choroby, mniej odczuwałem zmiany, ale człowiek, który nie widział Marszałka ze dwa miesiące musiał być wstrząśnięty. Nigdy nie zapomnę wyrazu rozpaczy w oczach biednego generała Wieniawy. Marszałek patrzał na generała przez chwilę, jakby na obcego. Myślałem, że może go już nie pozna. Ale nie... Za chwilę twarz rozjaśniła Mu się. — Wieniawa... Generał już się opamiętał. Zabrzęczały ostrogi, twarz ożywiła się. — Tak jest, Komendancie. Tymczasem Marszałek począł nagle wymyślać. Wiedziałem, co ostatnio zaprzątało Jego myśli, więc też bez trudu odgadłem co ma na myśli. — Pan Marszałek — rzekłem — wciąż myśli o Lavalu i Francuzach.
— No tak, właśnie.
Tymczasem gen. Wieniawa, zdaje się, odzyskał już zupełnie
równowagę.
— Nie trzeba, Komendancie, o nic się martwić. Już tam nimi
Józef (Beck) się zajmuje. On pewnie już Komendantowi wszystko meldował. Marszałek poruszył się z trudem. — Tak — rzekł — meldował. To przecież jego obowiązek. Generał Wieniawa począł coś opowiadać. Marszałek leżał bezwładnie i tylko od czasu do czasu uśmiechał się. W pewnej chwili głowa Marszałka osunęła się. Uniosłem poduszkę, poprawiłem na niej głowę. Marszałek Piłsudski spojrzał na mnie i rzekł: — Drogie dziecko... Były to ostatnie słowa, które wypowiedział do mnie bezpośrednio Marszałek Piłsudski.

 

 Mieczysław Lepaecki

Źródło: Mieczysław Lepecki, Pamiętnik adiutanta Marszałka Piłsudskiego, Warszawa 1987. 

Ostatnio zmieniany czwartek, 17 maj 2012 05:23
Mieczysław Lepecki

Mieczysław Bohdan Lepecki (ur. 16 listopada 1897 w Kluczkowicach k. Puław, zm. 26 stycznia 1969 w Warszawie) – podróżnik, pisarz, publicysta, żołnierz Legionów Polskich, major piechoty Wojska Polskiego. W latach 1931-1935 pełnił służbę w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych, gdzie był adiutantem Pierwszego Marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego. Po 1939 na emigracji we Francji i Brazylii, skąd wrócił do Polski w 1962r.

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version