Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

11 Lis

Józef Piłsudski. Pierwsze dni Rzeczypospolitej Polskiej (wykład I)

rozbrajanieSzanowne panie i szanowni panowie! Gdy rok temu namyślałem się nad odczytami swoimi w Krakowie, próbowałem również ustalić i tytuł tych odczytów. Jako tytuł wybrałem: „Pierwsze dni Rzeczypospolitej Polskiej”.

Tytuł jest dwuznaczny. Słowo „dzień” ma bowiem dwa znaczenia: jeden – to dzień w ujęciu astronomicznym, to okres czasu 24 godzin, mający swą numerację w miesiącu, a więc to, co się datą nazywa. Drugie znaczenie słowa: „dzień” - jest figuralne. Oznacza wtedy ten wyraz nie ścisłe 24 godziny, a okres czasu, który każdy sobie najzupełniej dowolnie wyznacza.
Byłem w walce z sobą, w jakim znaczeniu ma użyć słowa: „dzień” – czy w znaczeniu astronomicznym, czy przenośnym. Wybrałem określenie figuralne. Mówiąc więc o pierwszych dniach Rzeczypospolitej , biorę okres czasu między końcem października a końcem listopada, gdyż ścisłe daty z wielką trudnością dają się ustalić.

Ta walka właśnie z samum sobą nad określeniem bardziej ścisłym czasu jest może charakterystyczną rzeczą dla tej epoki. Świadczy to o trudności oznaczenia daty, kiedy Rzeczpospolita Polska, jako ustrój państwowy, mogła o sobie powiedzieć: jestem!

Robiłem najrozmaitsze próby, aby dojść do próby określenia tej daty. Panowie wiecie dobrze, że macie zawsze i wszędzie wielkie trudności z ustaleniem dat czy to uroczystości, czy też takich czy innych przykrości osobistych. Zawsze będziecie wtedy błądzić. To samo dzieje się, gdy idzie o całość Rzeczypospolitej Polskiej. Starałem się ustalic tu datę , próbując swej metody, że tak powiem historycznej.

Chciałem tą metodą ustalić ściśle datę, związaną z tym faktem, że Rzeczpospolita jest, że to zjawisko historyczne zaczyna istnieć. Próbowałem drogi, być może, błędnej, ale związanej z moim sposobem myślenia. Próbowałem drogą analizy dat, jaki mogą istnieć w umyśle lub jakie pozostawiła historia, datę jedną, albo przynajmniej daty częściowe, parcjalne, w stosunku do pracy rządzenia.

Kiedy ustrój państwowy ma rzad, który ma prawa w stosunku do swoich obywateli. Data powstania każdego nowego tworu państwowego dałaby się historycznie określić jakimś przejawem życia, np. jakąś uroczystością, podobna do uroczystości położenia kamienia węgielnego pod gmach, którego przecież jeszcze nie ma.

Skoro jednak każdy ustrój państwowy ma rząd, który ma prawa w stosunku do swoich obywateli, a ci – obowiązki wobec niego, to istotnym sprawdzianem istnienia jakiegoś ustroju państwowego jest to, że przez pewien okres czasu prawa rządu są historycznie zbadane i posłuszeństwo tych, którzy go na pewnym obszarze, związanym z ustrojem państwa, słuchają i słuchać muszą, jest historycznie sprawdzone.

Wobec tego ma do czynienia z dwiema rzecami – ze zjawiskiem Rzeczypospolitej Polskiej z jednej strony, a z drugiej z próbami odszukania tej daty, gdy obywatele Rzeczpospolitej Polskiej usłuchali jakiegoś nakazau przez pewien okres czasu.

Fakt, że trudno jest znaleźć jakąś uroczystość wspólną dla wszystkich – wspólną dla wszystkich datę – świadczy o tym, że Rzeczpospolita Polska się stawała, t. zn., że upłynął pewien okres czasu, zanim się stała.

W tym okresie czasu robiono wszędzie najrozmaitsze próby czy półpróby tworzenia półrządów, prby, które dawały te czy inne rezultaty i które w ten sposób popychały do ostatecznego historycznego faktu, że Rzeczpospolita jest.

Przechodząc do analizy tych prób.

Zaczynam od Krakowa, bo jestem jego gościem. Jeżeli, panowie krakowianie, usłyszycie może jakieś gorzkie słowa, to znaczy tylko, że podzielacie los na równi z innymi, którzy podobnych określeń też słuchać mogą. Spokojnie stawiam swoją osobę w rzędzie tych, którzy mogą słuchać gorzkich słów. Dlatego proszę, abyście nie byli rozgoryczeni, bo nie będę mówił w chęci dokuczenia krakowianom, a będę przypominał historyczne fakty, którym ani ja, ani nikt inny poradzić nie może.

Kraków chce święcić dzień 30 października, przynajmniej próbuje to ustalić. Co oznacza dzień 30 października? Oznacza akt zniesienia sposobem gwałtu tego, co istniało przedtem, t. zn. rządu austriackiego i jego organów. Panowie! Akty gwałtu mogą istnieć, lecz nie oznaczają jeszcze rządzenia. Akt gwałtu, dokonany więc na przedstawicielach rządu austriackiego w Krakowie, t.zn. rządu zaborczego w stosunku do części Polski, nie jest jeszcze równoznaczny z aktem rządzenia. Historycznie rzecz biorąc, ludzie, którzy dokonali tego gwałtu, nie rządzili. Ba, mam dokumenty, które stwierdzają, że rządzić nie chcieli. Instytucją tu działającą była „Komisja Likwidacyjna”[1]. Gdy zaś uprzytomnimy sobie nazwę: „Komisja Likwidacyjna”, to jest ju ż w tym bardzo ostrożny stosunek do spraw rządzenia, albowiem jest ona „komisją” i w dodatku „likwidacyjną”. Wygląda to na to, że „Komisja Likwidacyjna” likwiduje wszystko i likwiduje i siebie.

Nazwa wynikła z tego, że „Komisja Likwidacyjna” rozpoczęła swoje istnienie i swoją prace na podstawie aktu nie swojego, ale obcego, zaborczego państwa, na podstawie aktu cesarza Karola, który rozwiązał niejako Austrię[2], Oparta na tym akcie „komisja Likwidacyjna” zaczęła rządzić tą częścią Polski, która była związana z Krakowem. Dlatego nazwała się w tak dziwaczny sposób „Komisją Likwidacyjną” – likwidującą stan zaboru i nie mająca właściwie charakteru rządzenia.

Dość jest bowiem trudno przypuścić, aby sam fakt rządzenia opierał się na likwidacji. Powtarzam, że to oznacza i likwidację samej siebie, co też historycznie i nastąpiło. Komisja ta jest związana z likwidowanie Austrii, ma zatem „Komisja Likwidacyjna” z natury rzeczy cechy współrządzenia i pozbawiona jest charakteru tego, co jest zawsze rządem – suwerenności w stosunku do swych działań.

Panowie! Mam przed sobą pewien dokument , który chcę scharakteryzować. Autorami jego, jak wydaje się z treści odezwy, są ludzie, którzy akt 30 października, t.j. rozbrojenie, robili. Podpisana jest ta odezwa przez Polską Organizację Wojskową. Czytamy w niej: „Nocy dzisiejszej dokonaliśmy tego, czego naród pragnął. W miejsce austriackich wojsk i obcej komendy staje garnizon polski, poddany najwyższej władzy w kraju, Polskiej Komisji Likwidacyjnej. Dziś rano oddajemy owoc naszej pracy do dyspozycji Polksiej Komisji Likwidacyjnej, jej decyzje i jej rozkazy wskażą dalszą drogę postępowania”.

Ludzie, którzy dokonali tego atu rozbrojenia i usunięcia cech zaborczych, mogli działać albo z poruczenia albo bez poruczenia „Komisji Likwidacyjnej”, której się potem poddali. Nie chcę tego badać i nie chcę tego faktu, którego dobrze nie znam, gdyż przy tym nie byłem, analizowac. Odezwa świadczyłaby jednak, że „Komisja Likwidacyjna” tego rozbrajaia nie nakazywała i publicznie się do tego nie przyznała, że „Komisja Likwidacyjna” – rządząca, czy próbująca rządzić – nie ułatwiła tego aktu.

Przypomina to z naszej przeszłości fakt, gy Piotr Wysocki z Zaliwskim urzadzili noc 29 listopada i nazajutrz szukali – używając słów cytowanej przed chwilą odezwy – „do czyjej dyspozycji” mają „oddać owoc swej pracy”, i jak wiemy, oddać tej władzy nie mieli komu.

Dokumenty, które za moment przytoczę, świadczą, że ten stan współrządzenia trwał dośc długo. Czytamy w „Czaie” z dnia 6 listopada 1918 r. następujący telegram własny z Wiednia:

„Dzienniki tutejsze donoszą, że minister dla Galicji dr Gałecki podał się do dymisji”.

W „Czasie”z dnia 8 listopada 1918 r. znajdujemy w związku z tą wiadomością inny telegram własny z Wiednia, który mówi: „Ministrowi Gałeckiemu Komisja Likwidacyjna poleciła zastępstwo w Wiedniu. Minister Gałecki z ramienia Komisji Likwidacyjnej objął agendy poszczególnych resortów ministerstwa, o ile one dotyczą Galicji. Wiadomość, podana przez niektóre dzienniki tutejsze, jakoby minister Gałecki podał się do dymisji są nieprawdziwe”,

Samo określenie, mówiące tu o jakiejś niewyraźnej pracy ”Komisji Likwidacyjnej” i byłego ministra dla Galicji przy rządzie austriackim, świadczą o tej połowiczności poglądów, o tej połowiczności decyzji, o tym stanie współrządzenia z innymi.

Najcharakterystyczniejszą pod tym względem dla moich wywodów jest depesza z dnia 9 listopada 1918 r. w tymże „Czasie” pomieszczona. Brzmi ona: „Polnische Nachrichten” upoważnione są ze strony miarodajnej do oświadczenia, że doniesienie, jakoby prezydent ministrów Lammasch[3] dotąd nie załatwił prośby dr Gałeckiego o dymisje, z tego powodu jest nieprawdziwe, że p. Gałecki prośby takiej w ogóle nie wręczył. Także twierdzenie, że p. Gałecki powołany został przez rząd warszawski do Komisji Likwidacyjnej jest nie[prawdziwe. Dr Gałecki zamianowany został przez Polską Komisje Likwidacyjną jej reprezentantem na Wiedeń”.

Jak widzicie Panowie, znowu mamy akt, który świadczy o jednym i tym samym. „Komisja Likwidacyjna” nie ma pretesji, aby być rządem polskim. „Komisja Likwidacyjna” ma tylko tendencję likwidowania, razem z innymi krajami Austrii. To jest jej cel i zadanie. Pracą jej jest nie rządzenie, a współrządzenie. Suwerenności „Komisja Likwidacyjna” w stosunku doi siebie nie ma i nie ma jej w stosunku do kraju.

Mamy to do czynienia z charakterystycznym dla owego czasu stawaniem się Polską – okolic, że tak powiem, Krakowa, gdyż jest faktem historycznym, że wszelka praca „komisji Likwidacyjnej” , mająca jakiś jednolity charakter, zatrzymała się jednak na granicach niedalekich stosunkowo od Krakowa. „Komisja Likwidacyjna” nie sięgnęła swoją działalnością poza linie, od których na północ zaczynała się część Rzeczypospolitej Polskiej, okupowana wtedy przez Austrię; zatrzymała się na Sanie, nie przekraczając prawem rządzenia tej granicy, ponieważ tam to prawo zostało skontrowane przez innych[4]; nie wspominając już o takich tworach, z którymi i ja miałem potem swoje kłopoty, jak np. Tarnobrzeg[5] i okolice, gdzie był rząd księdza Okonia, nie poddający się wcale „Komisji Likwidacyjnej”. Zakres jeju działania jest więc terytorialnie znacznie ograniczony. Cały ten okres czasu jest próbą rządzenia, jest okresem stawania się Polską – jednej części naszego kraju.

Przechodzę do innego zaboru, do zaboru pro suskiego, w którym znajdziecie zupełnie analogiczne zjawiska robienia w owym czasie prób stawania się Polska. Próba rządzenia polskiego w tej dzielnicy znana jest pod nazwą t. zw. „Rady Ludowej” w Poznaniu[6]. Zobaczymy jak się ona stworzyła.

Pierwsze podobieństwo między zaborem austriackim a pruskim, które rzuca się w oczy, polega na tym, że próby rządzenia polskiego wywołane są przez nie co innego, jak przez akty samych zaborców, zmieniających swe urządzenia państwowe. Po t. z w. rewolucji nastąpił w Niemczech rząd o dzikiej nazwie, nieznanej dotychczas w świecie Zachodu, a importowane z Rosji: „Soldatenraty” i „Arbeiterraty” [7], rady żołnierskie i robotnicze. Z nakazu zaborcy zostały utworzone „Soldatenraty” i „Arbeiterraty” wszędzie na całej przestrzeni państwa niemieckiego. W Poznaniu również z nakazu rządu niemieckiego związały się „Soldatenraty” i „Arbeiterraty”, jako częśc prac państwa niemieckiego. Do tego, że tak powiem, przyczepiła się strona polska i ogłosiła, że istnieje Komitet Obywatelski polski, który został utworzony poprzednio, a teraz z mroków tajności wychodzi na jaw.

Mam przed sobą „Kurier Poznański” z dnia 12 listopada 1918 r. Jest to drugi czy trzeci dzień po rewolucji berlińskiej i po powołaniu tego dziwnego rządu „Soldaten-” i „Arbeiterratów”.

Czytamy w nim: „Zebranie Komitetu Obywatelskiego odbyło się po południu o godzinie 3, w mieszkaniu dra Głowackiego, dyrektora „Vesty”. Zanim się rozpoczęło wkroczyli na zebranie wysłannicy Rady żołnierzy, oświadczając, że zebranie rozwiązują. Dopiero po wyjaśnieniu, że Komitet Obywatelski nie zamierza bynajmniej przeciwdziałać Radzie żołnierzy, lecz, przeciwnie, zdąża również do podtrzymania ładu i porządku, wysłannicy wojskowi zgodzili się na odbycie zebrania , zaznaczając, że jako delegatów na zebranie Komitetu Obywatelskiego na zebranie Rady Żołnierzy taż Rada zamianowała panów Karola Rzepeckiego, Kazimierza Krajnę, dra Stanisława Krzyżankiewicza i Franciszka Budzyńskiego. Z łona Komitetu oświadczono, że ci czterej panowie są na zebraniu obecni i że do Komitetu należą, że jednak Komitet zastrzega sobie w całej pełni prawo swobodnego wyboru osób, a zarazem, że prosi o przyznanie Komitetowi siedmiu delegatów na pierwsze zebranie, które Rada wyznaczyła na godzinę 7 w gubernatorstwie poznańskim. Delegacja żołnierzy zgodziła się na to, po czym niemieccy delegaci zebranie opuścili, a za wzajemną zgodą pozostali na zebraniu trzej polscy delegaci żołnierzy.

Tak powstaje ta pierwsza próba rządzenia się polskiego. Od razu spotyka ona sprzeciw zaborcy, który narzucił jej swą formę, nieznaną dotychczas w Polsce, mianowicie formę Rady robotniczej i żołnierskiej. Ba, po pewnym czasie pertraktacje do zwycięstwa nazwy „Volksratu” nad nazwą Komitetu Obywatelskiego i nazwa ta znika prędko pod naciskiem zaborcy na korzyść „Polnischer Volksrat in Posen”.

Ta „Rada Ludowa” przystępuje przystępuje do współrządzenia. Pewne akty tego współrządu są dość komiczne. W „Kurierze Poznańskim” z dnia 13 listopada czytamy następujące „oświadczenie”:

„Pogłoska, jakoby legioniści polscy byli w pochodzie na Poznań, zaniepokaja ludność. Rada żołniersko-robotnicza natychmiast utworzyła komisję , która pod przewodnictwem posła dra Seydy i z udziałem innych posów polskich do parlamentu i na sejmu udała się na granice kraju. Posłowie polscy oświadczyli, że w żadnym wypadku nie dopuszczą do starcia z żołnierzami niemieckimi.

…Rada robotniczo-żołnierska oświadcza, że wykluczone jest zupełnie nibezp[ieczeństwo dla ludności Poznania[8]… Wzywamy wszystkie klasy społeczeństwa, aby zachowały spokój i porządek”.

Więc na skutek nacisku Rady żołnierskiej, „Volksrat” – Rada Ludowa w Poznaniu zarządza kroki dla powstrzymania nieprzyjacielskich jakoby kroków jakichś Legionów polskich, mających atakować Radę żołnierską niemiecką w Poznaniu.

Jak widać, te próby rządzenia są zawsze związane nie z czymś innym, jak z istniejącym dotychczas zaborcą, który narzuca formę pracy polskiej, nakazuje kroki nieraz przykre, prąc jakoby do wystąpienia przeciw innym Polakom i nakazując utrzymać ściśle tę granicę, jaka była narzucona przez zaborców. Zaborca jest tu wciąż współrzędnym rządem, zaborca istnieje obok Polaków.

Analizując próbę poznańską, która historycznie trwała względnie długo, musimy powiedzieć, że ona najbardziej i najsilniej podlegała zaborcy. Albowiem „Komisja Likwidacyjna” spokojnie i jasno stwierdziła, że jest tylko instytucją „likwidującą” stosunek zaborcy do Polski. W Poznańskiem jest wyraźnie współrządzenie, nawet uleganie dalsze zaborcy. Widać to ze wszystkich aktów, o których na chybił trafił mówiłem, dlatego, aby stwierdzić, że wszyscy w Poznańskim pod tym względem nie szli na dalej idące kroki.

Orto mam przed sobą znowu „Kurier Poznański” z 15 listopada, w którym jest odezwa wszystkich posłó1) Koła Polskiego w sejmie pruskim i koła polskiego w parlamencie niemieckim. Czytamy w niej:

„Patrzymy na niebywały przewrót stosunków politycznych i społecznych w Niemczech. Pod jego wpływem powstają wszędzie Rady żołnierzy i robotników. O ile w naszej dzielnicy zadaniem ich jest utrzymanie ładu, porządku i wyżywienia ludności, wzywamy lud polski, aby w tych granicach wszędzie Radami żołnierzy i robotników współdziałał, zapewniając sobie przynależny wpływ”.

Panowie, którzy są pod tą odezwą podpisani, nie mogą mieć chyba pretensji, żeby być specjalnymi amatorami „Soldaten-„ i „Arbeiterratów”. A jednak takie wezwanie podpisali.

Taką samą instrukcję znajdujemy w odezwie „Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej”, podpisanej przez księdza Adamskiego, Korfantego i Poszwińskiego, gdzie czytamy:

„Rady Ludowe powiatowe, miejskie i gminne… tam, gdzie istnieją Rady żołnierzy i robotników, postarają się o porozumienie z nimi i o wprowadzenie do nich przedstawicielstwa polskiego”[9]

Znowu więc mamy fakty współistnienia obu władz, przymusowego współrządzenia i poddawania się władzy zaborców, jako władzy bardziej silnej, bardziej suwerennej.

Przechodzę do zaboru rosyjskiego.

Zabór rosyjski miał w owym czasie tę charakterystyczną cechę w porównaniu z innymi zaborami, że był rozdarty, po­dzielony według woli okupantów[10]. Jeżeli panowie zechcecie odtworzyć sobie w pamięci te miłe czasy, to przypomnijcie so­bie, że, jadąc stąd do Warszawy, w pewnych miejscach na prawo od kolei był zabór austriacki, a na lewo zabór pruski[11], tak, że na stacje, o ile były na prawo położone od toru kolejo­wego, trzeba było brać przepustki od władz niemieckich. Ten podział kraju wzdłuż linii kolejowej wzbudzał we mnie śmiech i twierdziłem wówczas, że z równym sensem można by popro­wadzić granicę wzdłuż ulicy Marszałkowskiej w Warszawie i wymagać przepustek, pozwalających na przechodzenie z jed­nej strony ulicy na drugą.

Zaborca, t. zn. wojska niemieckie i wojska austriackie, gdyż okupacja była militarna, pokrajały zabór rosyjski w tym czy innym kierunku na najrozmaitsze części i z tego powodu narzuciły w czasie powstawania Polski inny sposób postępo­wania w różnych częściach byłego Królestwa. Dlatego znowu daty prób rządzenia w tej czy innej części tego kraju z sobą się nie zgadzają.

Próby w okupacji niemieckiej idą w parze i w pewnej równoległości z próbami w Poznańskim, gdyż zależały one nie od czego innego, jak od takich czy innych aktów, od pracy lub bez pracy zaborczego rządu. Ponieważ zabór austriacki, jak w ogóle cała Austria, usuwał dotychczasowe rządy prędzej, niż zabór niemiecki, więc Lublin, czyli okupacja austriacka, miał możność działania szybszego, w porównaniu z okupacją niemiecką.

Dla charakterystyki stosunków w okupacji niemieckiej wybrałem dokument, związany z moją osobą. Jak wiadomo, w końcu października 1918 r. utworzył się nowy rząd w War­szawie, t. zw. rząd Świeżyńskiego[12], który mianował mnie ministrem ku wielkiemu mojemu zdziwieniu, gdyż nic o tym nie wiedziałem i dowiedziałem się o tym, siedząc w Magdeburgu, z dziennika „Wochę”, wręczonego mi pokryjomu przez pod­oficera, mającego rozkaz mnie pilnować. Przeczytanie tej wia­domości, że już jestem ministrem polskim, wywołało śmiech ogromny zarówno u mnie, jak i u gen. Sosnkowskiego. Nie wiedziałem również o tym, że Świeżyński żądał mego zwolnie­nia. Na to żądanie kanclerz niemiecki odpowiedział:

„Pan prezes ministrów Świeżyński, Warszawa.
Mam zaszczyt potwierdzić Waszej Ekscelencji odbiór te­legramu z dnia 23 października 1918 r., w którym pan donosi mi o objęciu urzędu prezesa ministrów i daje wyraz nadziei, że rząd niemiecki okaże gotowość internowanemu obecnie w Magdeburgu brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu, wobec jego powołania na stanowisko ministra spraw wojskowych, umożliwić powrót do ojczyzny. Niemiecki zarząd okupacyjny zdecydował się w swoim czasie tylko z naglących względów utrzymania porządku i spokoju w kraju na to, aby brygadiera Piłsudskiego, który z początkiem wojny po stronie mocarstw centralnych walczył o uwolnienie swej ojczyzny i jako członek Tymczasowej Rady Stanu brał czynny udział w rozpoczętej przez mocarstwa okupacyjne budowie państwa polskiego, internować w Niemczech. Ekscelencja wyraża przekonanie, że leży to w dobrze uzasadnionym interesie obustronnym państw obu, aby brygadier Piłsudski niezwłocznie powrócił i objął po­wierzony mu urząd. Zapatrywanie to mógłbym podzielać tylko wtedy, gdyby brygadier Piłsudski porzucił wrogie stanowisko wobec władz okupacyjnych, które doprowadziło do jego usu­nięcia z Polski, i gdyby z całą szczerością stanął na gruncie przestrzegania obustronnych interesów państwowych. Jest w mocy polskiego rządu przyczynić się do tego przez dostar­czenie zarządowi okupacji takich dowodów, któreby mogły usunąć wątpliwości, zachodzące obecnie w kwestii powrotu brygadiera Piłsudskiego, tudzież przez objęcie za dalsze zacho­wanie się jego takich poręczeń i gwarancyj, których żądać ma prawo rząd niemiecki, dopóki, jako władza okupacyjna, ponosi odpowiedzialność za utrzymanie spokoju i porządku na terenie okupacji.

                                               Kanclerz Rzeszy
                                     Maksymilian, książę Badeński[13]”

Z wielką przyjemnością odczytuję te słowa, od bardzo niedawna mi znane. Nie znając tej depeszy, zawsze myślałem z podziwem, dlaczego tak uporczywie prześladuje mnie oskarżenie o specjalny germanofilizm. Wytłumaczenie tego znajduję.

Natomiast odpowiedź Świeżyńskiego z dnia 2 listopada 1918 r. na tę depeszę jest następująca:

„Na telegram Waszej Wielkoksiążęcej Wysokości z dnia 31 października 1918 r. mam zaszczyt imieniem rządu polskiego oświadczyć, co następuje:

Według naszego rozumienia, powołanie na ministra obrony krajowej brygadiera Piłsudskiego służy za najlepszą gwarancję, że tylko w razie jego uwolnienia możemy wziąć od­powiedzialność za spokój w kraju i poprawne likwidowanie okupacji, niezbędne ze względu na obustronny interes.
Powrót Piłsudskiego jest dla rządu polskiego rękojmią utrzymania spokoju w kraju, wobec czego musimy ponownie kłaść nacisk na niezwłoczne umożliwienie mu przybycia do kraju.

Prezydent ministrów Świeżyński”[14].

Znowu więc znajdujemy tu określenie «likwidowanie», tak, jak gdyby to słowo szło krok w krok, para w parze z pracą i próbami rządzenia w Polsce.
Wybrałem tylko te dwa dokumenty. Dlaczego? Dlatego, że ze wszystkich prób, czynionych w Polsce — o swojej po­wiem na końcu — próba rządzenia wbrew okupacji była ze strony rządu Świeżyńskiego najsilniejsza i najbardziej ostra. Jeżeli więc ta próba rządzenia wbrew okupantom, wbrew rzą­dowi zaborczemu, miała taki charakter, że wszystkie słowa i określenia mówiły tylko o tym, że rząd okupacyjny jest sil­niejszy od rządu Świeżyńskiego, to wtedy nie ma mowy o in­nych, którzy byli znacznie słabsi w wystąpieniach, niż rząd Świeżyńskiego.

Przechodzę do t. zw. „rządu lubelskiego”.

Został on stworzony bardzo późno w porównaniu z in­nymi próbami rządzenia, albowiem, jeżeli wszystkie próby rzą­dzenia, o których mówiłem, noszą daty ostatnich dni paździer­nika, to „rząd lubelski”[15] przekracza październik i wchodzi pod koniec pierwszego dziesiątka dni listopada. Rząd ten miał więc w porównaniu z innymi, bardziej ułatwione zadanie.

Rząd austriacki, jeżeli jeszcze miał co likwidować wewnątrz Austrii, na terenach państw z niej powstających – to w oku­pacji swojej w Królestwie nie miał nawet co likwidować, i był stroną słabszą w porównaniu z siłą zaborcy we wszystkich in­nych częściach Polski. Dlatego też w wystąpieniach „rządu lu­belskiego” jest nuta, której gdzie indziej nie ma. Nuta, która mówi o rządzie, a nie o współrządzie i dlatego jest to próba, która poszła najdalej i najsilniej w kierunku stania się rządem polskim. „Rząd lubelski” poszedł nawet tak daleko, że przed­stawiał się, jako rząd jedyny, i żądał od wszystkich innych prób rządu, aby mu się poddały[16]. T. zn. zrobił on pierwszą historyczną próbę zrobienia rządu jednolitego na całym ob­szarze Rzeczypospolitej, próbę, która jednak historycznie nie dała rezultatu.

„Rząd lubelski” powstaje wtedy, gdy proces osłabienia państw zaborczych już poszedł bardzo daleko, z drugiej zaś strony ma samego zaborcę najmniej zorganizowanego. Ma więc ten rząd ułatwienia takie, jakich kto inny nie miał, zaró­wno dzięki słabości zaborcy, jak i wskutek tego, że jest próbą rządzenia, powstałą względnie późno. Wskutek tego cokolwiek mogłoby się mówić przeciw t. zw. rządowi lubelskiemu, pozo­stanie prawdą to, że poszedł on w próbie rządzenia najdalej i wygląda on pierwszy na rząd polski.

Konkurentem zarówno dla Niemiec, jak i dla „rządu lu­belskiego”, była t. zw. „Rada Regencyjna”[17], która istniała już wcześniej, jako rząd polski „in spe” i kontynuowała w swoich wystąpieniach ówczesnych próby rozciągnięcia tego rządu na razie na zabór rosyjski. Są nawet próby rozszerzenia jego władzy i na zabór austriacki, gdyż jest faktem, że do Kra­kowa, do „Komisji Likwidacyjnej”, zjawił się przedstawiciel „Rady Regencyjnej”[18], żądając od Komisji poddania się Ra­dzie. Czytaliśmy w poprzednio przeze mnie cytowanych ak­tach, że istniały nawet pogłoski, jakoby ówczesny minister dla Galicji Gałecki poddał się ówczesnemu rządowi warszawskie­mu, czyli „Radzie Regencyjnej”.

Jakiekolwiek byłyby jednak czyjeś sądy o tych dwóch instytucjach, występujących w roli pewnych konkurentów, hi­storycznie pozostanie faktem, że ani „Rada Regencyjna”, ani „rząd lubelski” w pierwszych dniach Rzeczypospolitej Polskiej nie utrzymały się przez czas dłuższy.

Na innych obszarach Polski były również wówczas naj­rozmaitsze próby rządzenia się samodzielnie czy współrządze­nia na podstawach polskich, próby jak gdyby przygotowania faktu stawania się Polski. Mówię tu o kresach.

Świeżo bawiąc w Wilnie, mówiłem ze znanym prof. Ruszczycem[19], który mi opowiadał bardzo ciekawe szczegóły, jak przy wypieraniu zaborców, Niemców, próbowano wszę­dzie skupić się, aby próbować rządzić. W oszmiańskim powie­cie próbowano za pomocą komitetów parafialnych być goto­wymi do ujęcia w swoje ręce rządu w imieniu Polski. Takie próby znane mi są z Wilna[20], Wileńszczyzny, Grodna i Gro-dzieńszczyzny. Dzięki specjalnym stosunkom rozbijały się te usiłowania na poszczególne części i kawałki — bez możności związania się w jedność.

Przechodzę do próby rządu emigracyjnego. „Komitet Na­rodowy”[21] w Paryżu szedł na próbę utworzenia rządu na emi­gracji, podając się za rząd, bo ja wiem jaki, i próbując rządzić wspólnie ze zwycięzcami Niemiec i Austrii, wspólnie z rządami t. zw. „Ententy”. Nawet był uznany przez jej rządy[22]. Nie śmiał on brać na siebie nazwy rządu, tak, jak to zrobił „rząd lubelski”. Nazwał się skromnie nie komisją likwidacyjną, bo nie miał w „Entencie” czego likwidować dla Polski, a „Komi­tetem Narodowym”, który był tylko próbą ze strony Polski kierowania losami Polski wspólnie z innymi. Prawa suweren­ności nie brał na siebie, bo zaznaczył zbyt silnie, kto z nim współrządzi, zresztą — jak miał wykonywać prawa suweren­ności w stosunku do Polski, z oddalenia, z Paryża? Próba tego rządu o tyle była w tym czasie słaba, że, jak panom wiadomo, przy zawieszeniu broni, które też wypadło na okres listopa­dowy, nie próbowano nawet, jak przypuszczam, wymagać tego, ażeby Polska została oswobodzona od Niemiec czy Austrii, i odłożono, że tak powiem, żądania Polski na czas lepszy, albo­wiem w podpisanym ostatecznie 12 listopada zawieszeniu broni z Niemcami ani słowa o Polsce nie ma[23]. Nie ma w nim wymagania od Niemiec, aby w stosunku do Polski jakiekol­wiek nakazane pakty wykonały.

Przechodzę wreszcie do prób moich.

Powróciłem z Magdeburga 10 listopada. Próby moje od razu były bardzo nikłe. Byłem przerażony tym, co zastałem, i chciałem — wyznam — najbardziej tchórzliwie uciec z War­szawy. Zastałem tam bowiem to, co w myślach nazwałem od-dawna konkubinatem z zaborcą, konkubinatem, w którym za­borca jest zawsze silniejszy od Polski. Dlatego, zastawszy stan chaosu — półrewolucji, pół — nie wiem czego — chciałem nazajutrz wyjechać z Warszawy. Wykazałem więc tę samą niechęć do rządzenia, tę samą niechęć do wyraźnego postawie­nia sprawy, jaką mieli wszyscy inni, robiący w owym czasie próby rządzenia. Byłem w tym pierwszym okresie prześci­gnięty przez „rząd lubelski”, o którym, gdym przyjechał, nie miałem zielonego pojęcia.

Zastałem w Warszawie ten sam fakt — jak go nazy­wam — konkubinatu z zaborcą, konkubinatu, z którym mieli do czynienia i nasi rodacy w Wielkopolsce. „Arbeiterrat” nie mógł być tu sformowany, bo nie wystarczyło na to sił, ale za to „Soldatenrat” został tu również stworzony. W nocy tego sa­mego dnia, w którym przyjechałem, zjawili się do mnie przed­stawiciele „Soldatenratu”[24] z prośbą o omówienie sposobu, za pomocą którego można by było zarządzić likwidację oku­pacji, czyli istnienia zaborcy w Polsce. Pamiętam dobrze ten moment, gdy w chwili kładzenia się spać zjawiło się do mnie sześciu czy siedmiu panów, pierwszy raz widzianych, którzy mi prośbę ułożenia sposobu likwidacji zakomunikowali. Darem­nie dowodziłem, że to do mnie nie należy i że nie chcę się do tego mieszać, że to należy do „Rady Regencyjnej” i napróżno namawiałem ich, by zwrócili się do kogo chcą, ale nie do mnie. Wtedy ci panowie wyrazili swoje obawy, ze jeżeli się zwrócą do jednych, to drudzy za to tylko, że się do tamtych zwrócili, zaczną na nich napadać i zarzynać, gdy zaś zwrócą się do prze­ciwników „Rady Regencyjnej”, to kto wie, czy „Rada Regencyjna” nie zacznie ich napadać i wyrzynać. W położeniu tym, w jakim się znaleźli, muszą mieć gwarancje, że żołnierze, ofi­cerowie, żony oficerskie i t d. powrócą do kraju. Żądają od­powiedzi, gdyż jutro będą musieli przejść do zabezpieczenia swego życia i swoich podwładnych. Wtedy dopiero się zawa­hałem i postawiłem warunek, że mogę. wziąć na siebie obronę ich życia, ale muszą przyrzec posłuszeństwo. Ewakuacja od­będzie się na mój rozkaz, nie na ich. Cały materiał kolejowy i cała broń pozostanie w Polsce. Tylko w tych warunkach idę na zgodę. Delegaci odwołali się do swoich „Soldatenratów” i przyjęli te warunki.

Pierwsze więc moje próby czynione były znowu w oko­licznościach, które słusznie nazwałem konkubinatem, od któ­rego nie można się było uwolnić. Różnica była tylko ta, że w tym konkubinacie ja byłem na górze, a zaborcy na dole.

Nie będę się zatrzymywał nad pracami moimi w tych pierwszych dniach po powrocie do Polski, bo zdążam do usta­lenia daty, daty, zdaniem moim, jedynej, którą można wybrać dla powiedzenia, że Polska jest Bo próby tworzenia rządu, o  których będę mówił jutro, to jest co innego, ale dopóki ten rząd polski nie wydał jakiegoś edyktu, usłuchanego historycz­nie, dopóty Polski, jako państwa, nie było. Dlatego też przy przebieżeniu myślą swojej pracy ówczesnej, zatrzymam się na jednej wyraźnej dacie, którą ze swej strony proponowałbym jako datę prawnie i historycznie sprawdzoną, na dacie, która mówi, że Rzeczpospolita istnieje, bowiem wszystkie zarządze­nia, które wtedy zostały uczynione — zostały przez Polskę usłuchane i trwają nawet dotychczas.

Jest to mój dekret, ustalający naczelne władze państwa[25], i dekret, nakazujący wybory sejmowe[26]. Pochodzą one z końca listopada. Zarządzenie, zawarte w dekrecie, podpisanym przeze mnie dnia 22 listopada 1918 r., a kontrasygnowanym odręcz­nie przez ówczesnego prezydenta ministrów Moraczewskiego, ustaliło fakt istnienia Naczelnika Państwa, fakt istnienia rządu z musem odpowiedzialności czyjejś przed czymś[27], wreszcie nazwę: Rzeczpospolita Polska. Wszystkie tym dekretem usta­nowione instytucje istniały przez dłuższy czas. Istniał Naczel­nik Państwa, istniał prezydent ministrów, kontrasygnujący jego zarządzenia[28], pomimo, że Naczelnik Państwa z tego stanu nie bardzo się cieszył, i t. d.

Drugi fakt, to wydanie dekretu o ordynacji wyborczej i o wyborach do sejmu, dekretu, podpisanego 28 listopada. Istotnie na skutek tego aktu historycznie sejm został na pod­stawie zarządzonej wówczas ordynacji wybrany, zebrał się[29] i trwał te nieszczęsne cztery lata mojego naczelnikowania.

Więc okres pomiędzy 22 listopada a 28 listopada 1918 r, jest okresem ostatecznego sformowania się państwa. Jeżeli wezmę datę 28 listopada, jako datę dekretu, zarządzającego wybory do sejmu, dekretu, który w całej swojej rozciągłości został przez obywateli państwa wykonany, to przyjmując ją jako datę powstania państwa polskiego, byłbym w porządku ze swoim określeniem, że wtedy państwo poczyna istnieć, gdy dekrety i ustawy rządu są przez obywateli usłuchane. Wiążę więc swoją propozycję z datą 28 listopada. 28 listopada jest bardzo bliski 29 listopada, tym bardziej, że dekret ten był pod­pisany w nocy. Łączy się to ściśle z datą 29 listopada, z dniem rocznicy powstania listopadowego. Wtedy ustanawiałem rów­nież miejsce rezydencji Naczelnika Państwa. 29 listopada prze­niosłem się do Belwederu[30] i dotychczas ten gmach jest rezy­dencją państwa.

Znowu więc mamy fakt, który, wtedy ustanowiony, trwał historycznie przez pewien czas dłuższy, tak, jak stworzona wówczas władza centralna, podpisująca dekrety, które histo­rycznie znalazły powszechny posłuch u obywateli.

Panowie, jeżeli przy tej mojej próbie ustalenia daty Rze­czypospolitej Polskiej mówiłem przykro, to — powtarzam — mówiłem o sobie samym również przykro. Chciałem stchórzyć i chciałem w pierwszym momencie uciekać z Warszawy. Mó­wię to samo sobie, co innym, więc proszę się nie obrażać.

Przechodzę do drugiej części mego odczytu, która się tyczy stylu epoki owych dni. Jestem zdania, że ten, kto nie chwyta stylu danego okresu, nie jest historykiem, nie ma prawa mówić prawdy o danej epoce. Styl to jest coś, co ściśle określić się nie da; jest to jednak to, co zmusza w pewnym okresie czasu ludzi nawet niechętnych do mówienia zarówno w aktach urzędowych, jak i na ulicach, rzeczy podobnych i ro­bienia mniej więcej jednego i tego samego. Ten, kto nie potrafi wykryć stylu danego okresu, kto nie umie przeżyć wewnątrz siebie życia pewnej epoki, ten nie jest w stanie zrozumieć tego czasu, który chce badać. Daremnie będzie się silił na przedsta­wienie tych czy innych form organizacji, takich czy innych aktów. W splocie różnych faktów zawsze pozostaje styl, który nie wykryty nie da klucza, że tak powiem, do duszy danego okresu. Dlatego też staram się możliwie wniknąć w pierwsze dni Rzeczypospolitej Polskiej i danemu okresowi historyczne­mu wyszukać styl, zrozumieć ówczesnego człowieka, zrozu­mieć jego nędzę, biedę, słabość.

Pierwszą rzeczą, która się w tej epoce rzuca od razu w oczy, jest słabość, słabość, wyrażająca się w niemożności po­wiedzenia tego, czego się chce. Na zegarze dziejowym bije go­dzina Polski. Wszyscy nie mają sił, aby powiedzieć to, co ze­gar wydzwania. Wszyscy jak gdyby szukają ucieczki od wypo­wiedzenia tego, co każdy pragnie, do czego każdy dąży. Ucie­kają tak, jak ja chciałem uciec z Warszawy, w której zatrzy­mał mnie nie kto inny, jak „Soldatenrat”.

Wszyscy chwytają się półpowiedzeń, półdecyzyj. Rządem jest „Komisja Likwidacyjna”, rządem jest „Volksrat” poznań­ski, rządem jest nierządząca „Rada Regencyjna”, która rządze­nie w nocy komuś innemu oddaje[31], rządem są efemerydy, które, jak „rząd lubelski”, występują i w kilka dni konają. Wszędzie mamy półsłowa, półśrodki, półdecyzje, charaktery­zujące ogólną słabość.

Słabość ma zawsze jedną konsekwencję — zamiłowanie do wielkich słów bez treści. Mamy też to wszędzie. Jeżeli się przebiega dokumenty historyczne, czyta ówczesne określenia, znajdziemy wszędzie pompatyczne słowa, którym treść nie od­powiada. Wszędzie, że tak powiem, słowa przekraczają za­miary, gdyż zamiary istotnie są skromne, a wielkie słowa wy­rzucane są jak gdyby dla przykrycia skromnych zamiarów, dl ukrycia swej niemożności istotnego wprowadzenia w życie tego, co się mówiło. Jest to charakterystyka zawsze słabości. Silny nigdy tak nie postępuje.

Związana jest z tym jakaś dziwna nerwowość, która jest też wypływem słabości. To, co jest, wie się dziś, a nie wie się, co będzie jutro. Wydaje się, jak gdyby wypadki biegły, nie licząc się najzupełniej z tym, co człowiek mówi i co myśli, przerastając w danej godzinie człowieka, który jest za mały w stosunku do zdarzeń. Stąd ciągłe oczekiwanie, że ktoś coś zrobi.

Jest wreszcie słabość, polegająca na poczuciu zależności od czego, co nie jest Polską, i na braku sił do złamania tego, co nie jest Polską. Nie jest nam przyjemny konkubinat, jednak na ten konkubinat idziemy, godzimy się na współrządzenie z tym, co nas chce załamać. Wszystkie te wybitne cechy sła­bości są najbardziej charakterystyczne dla stylu owej epoki.

Jest jeszcze jeden rys ówczesnego stylu, niezależny zu­pełnie od nas samych. Ulegamy temu, co idzie z zewnątrz. Jest charakterystycznym, że w tym czasie wszyscy, którzy byli prze­ciwnikami pewnych słów, nieraz bardzo surowo je sądząc — sami zaczynają te właśnie słowa wypowiadać. Więc mówią o „szerokich warstwach pracujących”, o „konieczności udziału ludu” w tym czy innym, o „konieczności ludowładztwa” — wszyscy przeciwnicy „ludowładztwa” i „warstw pracujących”. Dochodzą oni do tego, że, nienawidząc tych określeń, spokoj­nie podpisują te wszystkie słowa w aktach urzędowych. Po­wtarzani, trudno podejrzewać wielu ludzi, podpisanych pod aktami   „Rady Ludowej” poznańskiej, aby byli zakochani w „Arbeiterratach” i „Soldatenratach”, a wypowiadają słowa, związane z „Arbeiterratami” i „Soldatenratami”, i kładą pod tym swoje nazwiska i imiona. To samo jest z rządem Świeżyńskiego, którego odezwy do ludności mówią o konieczności wprowadzenia do rządu wielkich idei sfer ludowych[32] i t. d., t. d., gdy nikt poprzednio nie podejrzywał ani Świeżyńskiego, ani jego rządu o żywienie takich chęci.

Ten mus ulegania podobnym słowom stanowi styl epoki ówczesnej. Tym stylem szli wówczas specjalnie sąsiedzi nasi z prawa i lewa, z zachodu i wschodu, i Polska ulega pod tym względem temu, co idzie z zewnątrz. Jest to charakterystyczne dla zbiorowych poczynań naszej duszy. Jeżeli wezmę szumnie brzmiące odezwy «rządu lubelskiego*, to wątpię, czy rząd ten chciał wszystkie w nich wypowiedziane słowa wprowadzić w życie[33] — tyle jest tam określeń nie swoich, ale żywcem wziętych z manifestów takich czy innych rządów.

Niedawno, przed przyjazdem do Krakowa, rozmawiałem o pewnych cechach „rządu lubelskiego” z posłem Poniatowskim[34], który był w nim ministrem rolnictwa. Od niego do­wiedziałem się, że pierwszym aktem „rządu lubelskiego” było doprowadzenie nie do czego innego, jak do porozumienia oby­wateli ziemskich ze strajkującymi parobkami, gdyż rząd ów obawiał się, by wskutek strajku nie powstały trudności aprowizacyjne. Po rozmowie z p. Steckim[35], jak i z innymi właści­cielami ziemskimi, opublikował za pomocą plakatów, bo in­nego środka zawiadomienia nie miał — zniesienie strajku prze­ciw tym obywatelom ziemskim, którym groził nie wiem czym w odezwach. Ten system, który zmuszał ludzi do pewnego jak gdyby fałszowania siebie, jest niechybnie stylem epoki.

Cechą dalszą owego okresu pierwszych dni Rzeczypospo­litej jest niezwykła rozbieżność wszystkich prób rządzenia. Wygląda to tak, jakby czterdziestu mężów próbowało robić każdy z nich odrębny rząd, a za nic w świecie nie chcą się oni porozumieć między sobą.

Wszędzie próby są odrębne. Wszędzie te próby na coś ciągle jeszcze czekają, żeby się porozumieć i wtedy dopiero próbować stworzenia ogólnego rządu. Wszędzie jest ta dziwna rozbieżność celów tych prób rządzenia i środków, używanych dla tych celów. A więc likwidacja, jak to stawiał sprawę zabór austriacki, który tym samym zacieśniał się tylko do pewnej części Polski, bo likwidacja tyczyła się tylko Austrii. To samo w zaborze pruskim. Ale tym zajmę się szerzej w następnym wykładzie.

Pozostaje wreszcie jeszcze jeden styl owej epoki, którego nie chcę wywyższać specjalnie, lecz który istnieje historycznie, t. zn. styl żołnierski. Ten styl nie był tylko naszym stylem. Przecież rządy „rad żołnierskich” były wymysłem innych. Styl ten jest związany z epoką wojny, dlatego też styl żołnierski robi swoje, wywiera swój wpływ. I wyznaję panom, że ze wszystkich ówczesnych stylów najbliższy mi był styl żołnier­ski, gdyż był on najszybszym w postępowaniu, gdyż nie dawał się wyprzedzać wypadkom, gdyż szukał wyrazu siły, gdyż szu­kał on zawsze zrobienia czegoś tak wyraźnego i jasnego, by nikt już potem nie był w stanie temu zaprzeczyć.

Dlatego też mamy wówczas wszędzie jakby wyodrębnie­nie się wojska od tego, co nie jest wojskiem. I choć to wojsko było nieraz słabe, czy w owej chwili nikłe, to jednak wszędzie mieliśmy natychmiast do czynienia z szukaniem jakiejś władzy wojskowej, która bierze wszystko w rękę i przez to samo ra­tuje społeczeństwo od tego chaosu, który idzie na Polskę. To­też kiedy próbowałem odezwać się do żołnierzy, wszędzie sta­nęli mi oni z pomocą, bez względu na to, jaki był ten żołnierz.

W Warszawie natychmiast gen. Rozwadowski poddał się pod moje rozkazy, gdy tego od niego zażądałem, pomimo, że był dowódcą odrębnej zupełnie jakiejś części armii[36]. Tak samo wyodrębnił się Rydz-Śmigły z „rządu lubelskiego”[37] i oświadczył, że słucha mojej komendy. Tak samo tutaj, w Kra­kowie, Roją również natychmiast poddał się jednej władzy wojskowej.

I to jest, panowie, ten styl żołnierski, który ogromnie ułatwił pracę dziejową w owym czasie, by wyprzedzając in­nych, stworzył potem mus ulegania tym faktom. Na to bowiem nie ma ratunku, że ten, kto w tyle idzie, musi ulegać temu, co naprzód kroczy.

Panowie, muszę zakończyć ten wykład przykrą dla mnie koniecznością mówienia o sobie.

Czy człowiek ma prawo mówić o sobie?

Jestem postawiony w tym dziwnym położeniu w Polsce, że jeżeli ktoś mówi o sobie — to mówi o mnie rzeczy przykre, lecz jeżeli ja mówię o sobie — to nie jest to w porządku, to ja choruję na egotyzm. Przyzwyczaiłem się oddawna do takiego stawiania sprawy. Twierdzę, że mam pewne prawo mówienia o sobie, gdyż każdy historyk, który się zetknie z tą epoką, musi mówić o mnie, musi mówić, czy chce, czy nie chce, o tym obiekcie historycznym, który się nazywa Józef Piłsudski, dla­ tego, bo byłem skazany na pracę indywidualną. Moja praca indywidualna polegała na tym, że naczelników państwa nie mogło być dwóch w jednym państwie, jak równie dwóch na­ czelnych wodzów. Mimo wszystkie rozbieżności, jakie wówczas istniały, Polska doszła jednak do tego zrozumienia, że nie po­trzebuje sześciu czy dwunastu naczelników państwa i dwudzie­stu pięciu naczelnych wodzów.

Wobec tego, że byłem na tych stanowiskach jednym, hi­storia musi trzymać się tego faktu, iż przez dłuższy okres czasu był w Polsce człowiek, który się nazywał Józef Piłsudski 1      który był skazany na indywidualną pracę, czy to jako Naczel­nik Państwa, czy jako Naczelny Wódz armii polskiej.

Dlatego muszę mówić o sobie i o swoim stylu perso­nalnym. Pamiętam dobrze tę chwilę, kiedy, o niczym nie mając żadnych informacyj, wyjechałem pociągiem specjalnym, złożo­nym z jednego wagonu i lokomotywy, z Berlina do Warszawy. Miałem jako towarzysza, opiekującego się mną, jakiegoś ofi­cera pruskiego[38], który, zdaje się, uciekał wtedy od „Soldatenratów”, gdyż na każdej stacji wyskakiwał, wypytywał się, czy w tej miejscowości jest już „Soldatenrat”, czy „ancien regime”[39] i z ulgą komunikował nam wiadomości, że tu jeszcze stary porządek panuje.

Oficer ten przez cały czas bał się, by jego misja odstawie­nia niebezpiecznego towaru do Polski nie została skontrowana przez Laną władzę. Odsyłał mnie bowiem z Niemiec „ancien regime” w chwili przymusowego konkubinatu z nową władzą, i oficer bał się, że odstawienia mnie do Polski może dokonać rząd inny. Z Polski żadnego pozwolenia na przyjazd nie było.

Jechałem, nie wiedząc zupełnie, co w Polsce się dzieje, gdyż jedynym informatorem moim, który mi podczas swej u mnie wizyty w hotelu berlińskim parę słów o Polsce powie­dział, był hr. Lerchenfeld[40].

Ja i gen. Sosnkowski skazani byliśmy na zupełną niewiadomość tego, co się w Polsce dzieje. Nie dawano mi w niewoli żadnego pisma, prócz „Magdeburg er Zeitung”. Dlatego, nie mając zupełnie żadnych danych, nie miałem w pociągu nic innego do roboty, jak myśli i marzenia, wytykające sobie takie czy inne drogi postępowania, gdy się zjawię w Polsce. I muszę powiedzieć panom o jednym stylowym dla mnie marzeniu, które nie przestało dotychczas być marzeniem. Sądziłem, ja­dąc radośnie wreszcie do Polski, że w chwili, gdy Polska po­spiesznie się buduje, zastanę tam kochanych i niekochanych rodaków, zmieniających pod wpływem tego samego faktu, że Polska powstaje, i swoje dusze i że w ich piersiach znajdę pier­wiastek siły, którego dotychczas w Polsce brakowało. Z tym marzeniem i z tą iluzją przyjechałem do Polski.

Panowie widzieli, gdy mówiłem tu o ówczesnej słabości, że zostałem rozczarowany bardzo silnie. Przy pierwszym spo­tkaniu swym z Polską nie znalazłem tego, czego się spodzie­wałem.

 

Przypisy:
[1] Komisja Likwidacyjna powstała 28 października 1918 roku; składała się z 23 posłów do b. austriackiego parlamentu, reprezentujących wszystkie stronnictwa.

[2] W manifeście z dnia 16 października 1918 roku cesarz Karol zapowiedział przebudowę Austrii na państwo związkowe, „w którym każdy szczep na obszarze osiedlenia tworzy, swój własny organizm państwowy”. Ustęp tego manifestu, odnoszący się do Polski brzmiał: „Nie przesądza się przez to bynajmniej zjednoczenia polskich obszarów Austrii z niepodległym państwem polskim”.

[3] Henryk Lammasch był ostatnim premierem Austrii przed jej rozpadnięciem(od 25 X. do 1 XI. 1918)

[4] Mowa o Ukraińcach.

[5] W powiecie tarnobrzeskim, w Małopolsce zachodniej, na skutek działania ksieza Eugeniusza Okonia i posła Tomasza Dąbala, część ludności nie uznała władz, istniejących w Warszawie, Krakowie i Lwowie i utworzyła tzw. „Republikę Tarnobrzeską”. Działalność Okonia i Dąbala rozpoczęła się w listopadzie 1918 roku; rozruchy wywołana tą działalnością, zostało ostatecznie stłumione w końcu stycznia 1919 r.

[6] Por. t. V str. 63

[7] Arbeiterraty i Soldatenraty – przedstawicielstwa robotników i żołnierzy. Które – podobnie, jak w Rosji – powstały w \Niemczech przy koncu wojny i przejęły władzę. 10 listopada powstała w Berlinie Centralna Rada robotników i żołnierzy, proklamowała siebie jako najwyższą władzę polityczną i zażądała natychmiastowego zawarcia pokoju i uspołecznienia narzędzi produkcji. Rada ta zatwierdziła powstałą w tymże dniu Radę sześciu pełnomocników ludowych, jako rząd polityczny (fachowi ministrowie mianowani 14 listopada), który przetrwał aż do chwili utworzenia pierwszego rządu normalnego (13 lutego 1919 roku). Po ukonstytuowaniu się tego rządu i zebrania się niemieckiego zgromadzenia narodowego (6 lutego 1919) – Rady robotnicze i żołnierskie tracą swój wpływ i znikają latem 1919 roku.

[8] Opuszczony tu w cytacie ustęp brzmi: „…Podtrzymanie spokoju i porządku jest zagwarantowane. Uchwalono utworzenie straży obywatelskiej, składającej się ze wszystkich kół ludności”.

[9] Cytowane według „Kuriera Poznańskiego” z dnia 16 XI. 1918

[10] Por. t. V, str. 136

[11] Mowa o odcinku linii kolejowej między Sosnowcem a Częstochową

[12] Rząd Józefa Świeżyńskiego był powołany przed Radę Regencyjną dnia 23 października 1918 roku bez zatwierdzenia władz okupacyjnych i dymisjonowany reskryptem Rady z dnia 4 listopada tegoż roku.

[13] Cytowane według „Kuriera Warszawskiego” z 1 listopada 1918 roku.

[14] Cytowane według „Kuriera Warszawskiego” z 2 listopada 1918 roku.

[15] Por. t. V, str. 15.

[16] W proklamacji rządu lubelskiego z dnia 7 listopada 1918 były następujące zwroty:

„Rada regencyjna działająca na szkodę narodu polskiego, z dniem dzisiejszym z woli ludu polskiego przestaje istnieć. W razie, gdyby Rada Regencyjna oraz rząd, przez nią utworzony, tej woli ludu polskiego nie chciały się poddać, ogłoszone będą za wyjęte spod prawa. Ściganie i ujęcie w ręce naszych władz wykonawczych będzie obowiązkiem każdego obywatela państwa polskiego.

Istniejącemu obecnie w Warszawie prowizorycznemu rządowi urzędniczemu rozkazujemy niniejszym natychmiast podporządkować się nam i sprawować swe funkcje aż do chwili otrzymania od nas bliższych instrukcyj, w przeciwnym razie będą postawieni w stan oskarżenia przed trybunałem ludowym, którego skład i kompetencje będą niebawem ogłoszone”

[17] Por. t. V, str. 15

[18] Dn. 31 października 1918 mianowała Rada Regencyjna Witolda Czartoryskiego komisarzem dla Galicji

[19] Ferdynand Ruszczyc był wybitnym malarzem, profesorem Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie, Akademii Sztuk Pięknych w Kra­kowie, profesorem i dziekanem wydziału sztuki na Uniwersytecie Wi­leńskim.

[20] Mowa o „Samoobronie Litwy i Białorusi” – por. t. VI, str 100.

[21] Por. t. V, str. 45

[22] Polski Komitet Narodowy w Paryżu, był uznany oficjalnie przez Francję (20 września 1917 roku), Anglię (15 października 1917 roku), Włochy (30 października 1917) i Stany Zjednoczone (l grudnia 1917 roku).

[23] Por. t. V, str. 51.

[24] Por. t. V, str. 13.

[25] Mowa o dekrecie o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej z dnia 22 listopada 1918 roku, na mocy którego Marszałek Piłsudski objął, jako „Tymczasowy Naczelnik Państwa, najwyższą władzę Republiki Polskiej” aż do czasu zwołania sejmu ustawodawczego.

[26] Mowa o dekrecie, o wyborach do sejmu ustawodawczego z dnia 28 listopada 1918 roku, zarządzającym wybory na dzień 26 stycznia 1919 roku na podstawie ordynacji wyborczej, ustalonej dekretem z dnia 28 listopada 1918 r.

[27] Art. 2 tego dekretu brzmiał: „ Rząd Republiki Polskiej stanowią mianowani przeze mnie i odpowiedzialni przede mną aż do zebrania się Sejmu Prezydent Ministrów i Ministrowie”.

[28] Art. 4 tego dekretu brzmiał: „Akty rządowe kontrasygnuje Prezydent Ministrów”.

[29] Por. t. V, str. 55.

[30] Piłsudski przeniósł się w tym dniu ze swego mieszkania przy ul. Mokotowskiej 50 do Belwederu.

[31] Por. t. V, str. 14.

[32] Odezwa rządu Świeżyńskiego zawierała następujące zwroty: „…rząd polski rozumie, że jedynie olbrzymi, zbiorowy wysiłek narodu, a nade wszystko pracującego ludu polskiego, sprosta wielkiemu zadaniu stawiania podwalin pod gmach zjednoczonej, wolnej Polski ludowej” – rozumie również – „…że interesy warstw uprzywilejowanych muszą w tej historycznej godzinie ustąpić dobru Ojczyzny”, i że jest to sprawa nie cierpiąca zwłoki; że „Rząd narodowy, w większości swej z przedstawicieli pracującego ludu złożony, powstać powinien bezzwłocznie”.

[33] Manifest „Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej” ogłoszony w nocy z 7 na 8 listopada 1918 r. w Lublinie proklamował między innymi upaństwowienie donacyj, majoratów i lasów, oraz zapowiadał wniesienie do sejmu projektów ustaw o wywłaszczeniu wielkiej i średniej własności, o upaństwowieniu kopalń i t. p.

[34] Juliusz Poniatowski, który brał udział w Legionach i w pracy P. O. W., był ministrem rolnictwa w rządzie lubelskim.

[35] Jan Stecki, były poseł do pierwszej i drugiej Dumy, minister spraw wewnętrznych za Rady Regencyjnej, przedstawiciel sfer ziemiańskich.

[36] Gen. Tadeusz Rozwadowski był wówczas „Szefem Polskiego Sztabu Głównego”.

[37] Tymczasowy Rząd Ludowy swoim aktem z dnia 7 listopada 1918 r. zamianował „Komendantem naczelnym wszystkich wojsk polskich – zastępcę J. Piłsudskiego, płk. Edwarda Rydza-Śmigłego”.

[38] Mowa tu o rtm. Pawle van Gülpenie

[39] Dawny rząd, dawna administracja.

[40] Por. t. IV, str. 117.

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 12 listopad 2012 12:50
Redakcja

Napisałeś/aś artykuł? Znasz nieopublikowaną dotąd anegdotę, cytat, ciekawostkę? Znalazłeś/aś w sieci wartościowy materiał lub stronę? Posiadasz archiwalne zdjęcia bądź pamiątki? Napisz do nas, pomóż w budowie portalu.

Strona: jpilsudski.org

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version