Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

15 Lut

Ochrona Marszałka Piłsudskiego

pilsudski-pies-samochod

Marszałek Piłsudski nigdy nie zgadzał się na to, aby Go pilnowano i ochraniano. Odgrywała w tym rolę nie tylko zdecydowana niechęć do wszelkiego rodzaju carszczyzny, ale według moich domysłów, również i głęboka niewiara w to, aby jakakolwiek ochrona mogła coś pomóc, gdyby znalazły się w społeczeństwie polskim koła skłonne do zastosowania w stosunku do Niego zamachu.

 Długoletni rewolucjonista i konspirator, zanadto był wtajemniczony w możliwości terroru, aby móc pozbyć się w stosunku do najlepszej nawet ochrony sceptycyzmu. W szczególności podejrzliwie i niechętnie był usposobiony do ochrony, polegającej na chodzeniu za Nim trop w trop. Zawsze mówił wtedy, gdy coś zauważył, że takiej służbie więcej zależy na podglądaniu Go, aniżeli na Jego bezpieczeństwie. Nigdy nie było sposobu ulegalizowania ochrony, ani też jakiegokolwiek uzgodnienia z Nim jej działalności. Wszystkie w tym kierunku zaczepki irytowały Marszałka.
Niekiedy odpowiadał na nie brzydkimi słowami. Niemniej jednak pozostawianie Marszałka wyłącznie na odpowiedzialności adiutantów było niemożliwe, a w związku z tym zastosowanie ochrony konieczne. W rzeczywistości też ochrona istniała, tylko musiała działać w ten sposób, aby Marszałek tego się nie domyślał, a w każdym razie, żeby jej nie dostrzegał. Działała ona inaczej, gdy przebywał w Giszu lub Belwederze, a inaczej gdy wyjeżdżał na miasto, czy też w ogóle opuszczał Warszawę.
 
Bezpieczeństwo osobiste w czasie przebywania w jednym z dwóch mieszkań było ściśle związane z zabezpieczeniem obu gmachów, w których się mieściły, a więc Belwederu i Giszu. Do ich ochrony istniała specjalna brygada policji (dla Belwederu), wyłączona ze zwykłej zależności służbowej, i szwadron ochronny żandarmerii (dla Belwederu i Giszu). Brygada policji nosiła numer porządkowy „11" i przez długie lata była kierowana przez nadkomisarza Włodzimierza Pitułeja oraz podkomisarza Kazimierza Wiśniewskiego, mającego kontakt bezpośredni z adiutanturami i komendantem grupy wywiadowczej, o której będzie mowa dalej. Jedenasta brygada pełniła służbę patrolową, wystawiała posterunki obserwacyjne, obsadzała trasy i drogi, którymi jeździł pan Marszałek oraz pełniła służbę porządkową w rejonie Belwederu i Giszu. Ona odpowiadała za bezpieczeństwo w tym rejonie, nie mieszając się jednakowoż w niczym do spraw bezpieczeństwa w samych gmachach. W tych ostatnich pełnił służbę bezpieczeństwa I dywizjon żandarmerii, a właściwie wydzielony z niego tak zwany „Szwadron Ochrony Dywizjonu Żandarmerii", na którego czele stał w chwili obejmowania służby przeze mnie mjr Jan Kanty Budzianowski,  a później, aż do zgonu pana Marszałka — mjr Kazimierz Kaciukiewicz. Ludzie tego szwadronu pełnili służbę wewnątrz i przy wejściach Belwederu, Giszu, Ministerstwa Spraw Wojskowych i Sztabu Głównego. Odnośnie do posterunków w Belwederze, to wystawiała je tak zwana „Warta Belwederska", której każda zmiana wchodziła na czas służby pod bezpośrednie dowództwo najstarszego adiutanta Belwederu, a więc ppłk. Kazimierza Busiera, a od początku 1935 r. — rtm. Aleksandra Hrynkiewicza.
 
Główny ciężar służby bezpieczeństwa przy osobie Marszałka nie spadał jednak na żandarmerię, lecz na specjalną „Grupę wywiadowczą", wydzieloną z oddziału II do tego celu. Ona przeprowadzała wywiady, obserwacje i strzegła tajemnicy wojskowej w Giszu. Ludzie z niej towarzyszyli dyskretnie Marszałkowi przy każdym Jego ruchu poza obrębem mieszkania.Na niej też ciążył obowiązek obserwacji podczas większych przyjęć i „herbatek". Agenci „Grupy wywiadowczej" byli zawsze wmieszani w tłum gości, pilnie wypatrując tego co do nich należało. Na czele tej grupy stał od 10 XII 1928 r. kpt. Bolesław Ziemiański.
 
Jak to już wspominałem poprzednio, w Giszu strzegły bezpieczeństwa mieszkania naszego i biur Biura Inspekcji trzy posterunki żandarmerii. Żandarm przy tylnym wejściu, używanym przeze mnie i doktora oraz jego służbę, zamykał i otwierał drzwi kluczem, który miał przy sobie. Nikt dosłownie więc nie mógł tędy wejść, o ile ów żandarm mu drzwi nie otworzył. Pełnili tam służbę ludzie, którzy z widzenia doskonale znali osoby, którym można było te drzwi otworzyć. Ponadto, o ile to był ktoś do mnie, to żandarm dzwonił do mego pokoju, a ja przez Judasza" spoglądałem na klatkę schodową i dopiero wtedy otwierałem drzwi, prowadzące już do apartamentów Marszałka.
 
Przy wejściu frontowym, w gmachu, znajdował się drugi żandarm, który w ogóle nikogo nie wpuszczał, tylko przedtem pytał specjalnym telefonem wewnętrznym mnie, lub doktora, w zależności kto z nas pełnił służbę. Tędy przychodzili zamówieni na audiencję wojskowi, lub cywilni. Gdy otrzymywałem od żandarma telefoniczne zawiadomienie o przybyciu osoby, o której wiedziałem, że jest wezwana, wtedy brałem klucze od drzwi frontowych, wiszące zwykle na gwoździu przy aparacie radiowym,i przez sypialnię Marszałka szedłem otworzyć drzwi z klatki schodowej, wiodącej do mieszkania. W ten sposób nikt obcy nie mógł do nas się dostać, co już dla bezpieczeństwa osoby Marszałka miało swoje poważne znaczenie.
 
Wejścia w Belwederze nie były strzeżone tak rygorystycznie,niemniej jednak przedostanie się obcej osoby do wnętrza gmachu było bardzo trudne do pomyślenia.Trzeci posterunek strzegł przejścia „głuchego", wiodącego od nas do biur Giszu. Tędy nikt nie przechodził z wyjątkiem szefa Biura Inspekcji, oficerów do zleceń, mnie i dr. Woyczyńskiego. Oprócz tych ubezpieczeń, budynek posiadał stały nadzór agentów tajnych, którzy baczyli nań od zewnątrz.
 
Odpowiedzialność za sprawy bezpieczeństwa Marszałka nie była sprecyzowana zbyt dokładnie. Na terenie Giszu odpowiedzialnym za bezpieczeństwo całego gmachu i zabezpieczenie tajemnic wojskowych był szef Biura Inspekcji, ten więc i za bezpieczeństwo Marszałka na tym terenie odpowiadał. W gmachu belwederskim i w przylegającym doń ogrodzie,formalnym szefem bezpieczeństwa był najstarszy adiutant.Podczas podróży i w ogóle jakiegokolwiek wyjazdu poza te dwa rejony odpowiedzialności przechodziły automatycznie na komendanta „Grupy wywiadowczej", a więc na kapitana Bolesława Ziemiańskiego. Ale znowu kpt. Ziemiański podlegał pod względem służby aż trzem instancjom: szefowi Biura Inspekcji Giszu, najstarszemu adiutantowi w Belwederze i Sztabowi Głównemu. Ponadto, w czasach, gdy premierem był płk Aleksander Prystor — również podlegał i premierowi. Formalnie więc, jak widać, sytuacja była dość zagmatwana, w rzeczywistości jednak wszystkie nici ochrony zbiegały się w rękach kpt.Ziemiańskiego, wytrawnego oficera „dwójki". Pomimo tej pozornej gmatwaniny organizacyjnej, zacięć w funkcjonowaniu służby nigdy nie było, a to przede wszystkim dlatego, że każdy chętnie„wychodził ze skóry", aby sprawność była pełna. I trzeba przyznać,że wszystko bywało w porządku.
 
O każdym zamierzonym ruchu Marszałka uprzedzały adiutantury Ziemiańskiego, który przedsiębrał wówczas wszystkie niezbędne kroki ochronne. Przejścia z Giszu do Belwederu sygnalizowaliśmy mu głównie telefonicznie przy pomocy umówionych terminów, wyjazdy zaś — tylko osobiście. Zasadą było jak najściślejsze utrzymanie tajemnicy każdego opuszczenia gmachu czy też terminu podróży. Rozumieliśmy, że to jest jedna z najlepszych form bezpieczeństwa. Toteż tylko wyjątkowo szersza publiczność dowiadywała się o zamierzonych wyjazdach Marszałka, o Jego mającym nastąpić przybyciu lub nie przybyciu na jakąś uroczystość, rewię wojskową itp. Wiadomości o tych sprawach rozchodziły się zwykle dopiero po fakcie.
 
Gdy Marszałek wyjeżdżał samochodem, to w ślad za Nim zawsze wyjeżdżało drugie auto z kpt. Ziemiańskim i wywiadowcami cywilnymi. Musiało ono jednak jechać w takiej odległości od auta Marszałka, aby to nie wzbudziło Jego podejrzenia. Oczywiście, robiono to ze szkodą dla sprawności ochrony, ale nie było na to rady, gdyż Marszałek wpadał zawsze w wielki gniew, gdy jakieś machinacje ubezpieczeniowe dostrzegł.Niejednokrotnie udawało się nam zażegnać sytuację wyrażeniem przypuszczenia, że „to zapewne, panie Marszałku, auto gospodarcze. Może wiezie prowiant ..."
 
Właściwie, uświadamianie komendanta ochrony o ruchach Marszałka było wobec Niego grzechem, którego przeświadczenie dopóty mnie prześladowało, dopóki nie rozgrzeszył mnie z niego premier Aleksander Prystor. Powiedział mi, gdy mu się ze swoich wątpliwości zwierzyłem, że tak musi być i, że nie mam prawa inaczej postępować. Tak więc już zostało.
 
Przy poruszaniu się w obrębie miasta Warszawy ustalano zawsze odpowiednią trasę, coraz to inną, i nie zawsze najkrótszą. Wyjazdy na Zamek na przykład odbywały się tylko czasem Alejami Ujazdowskimi, Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem; prowadziły one również Marszałkowską i Królewską, czasem Koszykową, Mokotowską, Bracką,Mazowiecką, placem Teatralnym, niekiedy przez Powiśle etc.Trasę tę w ostatniej chwili wręczało się szoferowi Zygmuntowi Malinowskiemu. Oprócz tego środka bezpieczeństwa, stosowano jeszcze wzmocnienie ochrony policyjnej na całej trasie, którą przeprowadzała 11 brygada. W szczególności miało to znaczenie przy przepuszczaniu wozu Marszałka na skrzyżowaniach ulic. Nawiasem mówiąc, Malinowski nie zawsze pilnie przestrzegał przepisów o ruchu i wożąc Marszałka nie mało się ich naprzekraczał.
 
Pewien kłopot mieliśmy z wyjazdami do Sulejówka. Tutaj żadnych specjalnych tras w obrębie miasta nie można było układać. Droga prowadziła przez most Księcia Poniatowskiego i na to nie było rady. Za Grochowem natomiast zmienialiśmy kierunki, jadąc czasem na Miłosną, a czasem na Rembertów.Marszałek te nasze różne okrężne jazdy milcząco tolerował, tylko niekiedy, gdy np. na Zamek jechaliśmy z Giszu przez plac Unii Lubelskiej i Marszałkowską, bardzo coś pod nosem mruczał i ramionami ruszał.
 
Na szosie do Sulejówka zdarzały się czasem wypadki, które aczkolwiek niewinne, bardzo nas swego czasu denerwowały. Oto mieszkańcy Grochowa czy Rembertowa widząc przejeżdżającego Marszałka rano w stronę Sulejówka, spodziewali się Jego powrotu nad wieczorem i niekiedy długimi godzinami wyczekiwali, aby móc rzucić do samochodu (w lecie jeździł Marszałek otwartym wozem)wiązankę kwiatów. Szczególnie kpt. Ziemiański był każdym takim faktem podniecony. Nie myślał on oczywiście o kwiatach, a o tym, co ewentualnie można by z kwiatami rzucić. Pewnego razu, gdy samochód Marszałka dopędził jakiś motocykl, z którego potem wyleciał do naszego wozu pęk bzu, kapitan był zrozpaczony i długo głowił się jak takim wypadkom zapobiec. Coś tam musiał jednak wymyśleć, gdyż później zauważyłem, że kwiaty rzadziej wpadały do wozu.
 
Sam Sulejówek posiadał stałą załogę żandarmeryjną, złożoną z trzech ludzi, oraz normalny posterunek policji. Gdy przyjeżdżał Marszałek, ogólny nadzór nad dworkiem i ogrodem obejmował kpt. Ziemiański i jego wywiadowcy. Naturalnie, uwaga w nocy była zdwajana i istniała mała możliwość, aby intruz mógł przedostać się w pobliże samej willi. Posterunki przy wejściach posiadały ukryte dzwonki alarmowe i w każdej chwili mogły sprowadzić pomoc.
 
Podczas wyjazdów koleją, odbywanych zawsze w specjalnej salonce, doczepiano obok wagon dla ochrony, bądź też rezerwowano dla niej kilka przedziałów do salonki przytykających. Tam lokował się Ziemiański i jego ludzie a także towarzyszący ewentualnie Marszałkowi oficerowie spoza adiutantur (adiutanci jeździli salonką marszałkowską). Na każdej stacji agenci wyskakiwali i natychmiast obejmowali posterunki ze wszystkich stron wagonu Marszałka. Ponieważ byli ubrani po cywilnemu i dobrze w służbie ochronnej wyćwiczeni, nikt na nich nie zwracał uwagi. Przechadzali się zwykle z minami beztroskich gapiów, niczym się nie interesujących, aczkolwiek wiedzieliśmy wszyscy doskonale, że nic nie ujdzie ich wyostrzonej spostrzegawczości.
 
Jak wszystkie te sposoby ochrony były jednak zawodne, świadczy następujący fakt, który zdarzył się w okresie, gdy w Polsce rozwielmożniła się plaga trampów kolejowych. Całe dziesiątki a może i setki indywiduów czepiało się podówczas pociągów będących w biegu, bądź na moment przed ruszeniem ze stacji, i odbywało bezpłatne podróże na dachach, na buforach,schodkach i wszelkich możliwych do ustania lub siedzenia miejscach. Służba kolejowa walczyła z tą plagą i w końcu ją zwalczyła, ale był czas, gdy wielmożniła się ona bardzo na wszystkich drogach żelaznych w Polsce. Otóż pewnego razu, w czasie jej pełnego rozkwitu, jechaliśmy z Marszałkiem do Wilna w dzień. Salonkę uczepiono jako ostatni wagon, a ponieważ miała ona w tylnej ścianie okno, roztaczał się z niej ładny widok na uciekający gdzieś w tył krajobraz. Na jednej ze stacji bodaj w Oranach, gdy byłem właśnie w przedziale Marszałka i wyglądałem przez okno, zauważyłem w momencie ruszania, że z poukładanych w stosy starych podkładów kolejowych wybiegł jakiś człowiek i skoczył na bufor tylny salonki. Nie od razu przyszło mina myśl, że może to być zwykły tramp, na razie przypuszczałem coś znacznie gorszego i przeraziłem się nie na żarty. Chciałem biec do Ziemiańskiego, ale bałem się zostawić Marszałka samego,a jeszcze więcej bałem się Go zaniepokoić. Zamiast więc wzywać pomocy, zaciągnąłem tylko na okno firankę i przymknąłem drzwi od przedziału Marszałka. Wyciągnąłem przy tym rewolwer i obserwowałem co będzie dalej. Tymczasem tramp stał sobie spokojnie i wiedząc, że nawet gdy zostanie schwytany nie grozi mu duża kara, niewiele sobie robił z tego, że zacząłem mu grozić rewolwerem. Najwidoczniej nawet nie przypuszczał, że ślepy traf chciał, aby na swoje nieszczęście trafił między tylu tysiącami wagonów właśnie na salonkę Marszałka Piłsudskiego. Gdy tak staliśmy sobie oko w oko: ja z rewolwerem w ręku i ów tramp bezdomny ale uśmiechnięty, nie przeczuwający nawet o co jest podejrzewany, przyszło mi na myśl, że jednak los lubi płatać ludziom dziwaczne figle. Przecież niewiele brakowało — może tylko tego, abym miał słabsze nerwy, aby ten biedny i niewinny włóczęga, jak się później okazało, leżał już gdzieś obok toru z roztrzaskaną głową. Może nawet później dowodzono by obszernie, że to był zamach na Marszałka...
 
Nie pamiętam jak długo trzymałem tak na muszce rewolweru tego trampa. Mnie wydawało się, że upływały wieki. Wreszcie na dachu salonki rozległy się kroki. To ludzie Ziemiańskiego dostrzegli już intruza i tą drogą do niego się dobierali. Gdy go później schwytano, prosiłem, aby, gdy się okaże zwykłym pasażerem na gapę, nie karano go surowo.
 
Nie był to jedyny tego rodzaju wypadek. Podobny zdarzył się za granicą, w Rumunii. Było to w 1932 r. podczas podróży pana Marszałka z Bukaresztu do Kiszyniowa. Ja wówczas zostałem w Bukareszcie, gdyż Marszałkowi towarzyszył radca poselstwa polskiego w Rumunii a późniejszy dyrektor departamentu politycznego MSZ — Tadeusz Kobylański. Pojechał jednak kpt.Ziemiański, który później opowiedział mi, że w czasie tej podróży musiał toczyć podczas nocy na dachu salonki prawdziwą walkę z jakimś włóczęgą, który jednak w rezultacie uciekł, pozostawiając kapitanowi rękaw marynarki.
 
 W Wilnie, w pałacu, ochrona nie wymagała dużego wysiłku, aby zapewnić warunki pełnego bezpieczeństwa. Gorzej natomiast przedstawiała się sprawa w Pikieliszkach, gdzie Marszałek odbywał samotne spacery po gęsto zadrzewionym parku wzdłuż jeziora, względnie siadywał godzinami na tarasie, skąd był widoczny na dobre dwa kilometry zza jeziora. Co do tego tarasu,to został on potem w ten sposób spreparowany przy remoncie, że dobudowano mu wysoki parapet betonowy, zza którego nie było już widać osób, siedzących za nim. Natomiast co do spacerów w parku stanowiły one zawsze poważną troskę ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo Marszałka. Ziemiański ubezpieczał dwór naokoło na dużej przestrzeni, gdyż, jak zawsze i Pikieliszkach. Najwięcej martwiło go to, że do Pikieliszek można było jednej nocy przyjść zza granicy litewskiej i wrócić z powrotem. Bronisława Pierackiego i po ujawnieniu udziału w nim Ukraińców, a także stwierdzeniu faktu zagnieżdżenia się komórek ukraińskiej działalności antypolskiej w położonej o miedzę od Pikieliszek — Litwie. Co było do zrobienia, aby maksimum bezpieczeństwa zapewnić, było zrobione, i cała przyszłość okazała, że musiało być robione dobrze.
 
Zarówno w Pikieliszkach, jak wszędzie indziej, w sprawy ochrony była wtajemniczona pani Marszałkowa, co bardzo ułatwiało pracę ludziom przy niej zatrudnionym. Bez tego jakakolwiek akcja ubezpieczeniowa byłaby prawie niemożliwa.
 
Wspominając o ochronie Marszałka, trzeba nadmienić, że była chroniona również i Jego rodzina: żona i córki. Ile razy pannie Wandzie i pannie Jagodzie zdawało się, że udało im się cichaczem wymknąć na lody do Lardellego, czy na ciastka do Dakowskiego, tyle razy zawsze przy pobliskim stoliku siadał sobie skromnie jakiś pan i nie spuszczał z nich oka. Na ogół z panienkami kłopotu nie było, gdyż surowo wychowywane przez Matkę, spędzały swój czas między gimnazjum i Belwederem, rzadko udając się do kina czy też z wizytami do koleżanek. Park belwederski zabezpieczał im spacer i świeże powietrze na miejscu. Z charakteru jednak były podobne do ojca. Nie lubiły, aby je chroniono i nieraz robiły adiutantom z tego powodu gorzkie wymówki. Bardzo się też cieszyły, gdy im się wydawało, że ochronę wprowadziły w błąd.
 
Oprócz bezpośredniego zabezpieczenia osoby Marszałka i Jego rodziny, ochrona musiała mieć baczenie na inne rodzaje niebezpieczeństwa, a przede wszystkim zwracać uwagę na produkty potrzebne do przyrządzania posiłków. Przy pewnym nakładzie trudu można było przecież łatwo wyśledzić służącą,gdzie je nabywa i podsunąć zatrute. Dlatego też uwaga ochrony musiała zwrócić się i w tym kierunku. Zwyczaje belwederskie nie odbiegały, jak to już poprzednio skreśliłem, od obyczajów każdego innego domu polskiego w Warszawie. Adelcia brała koszyk i szła na targ „na Koszyki", lub jechała nawet za Żelazną Bramę.
Najwięcej bezpieczeństwa zapewniało nabywanie produktów w różnych miejscach i jak najrzadsze powracanie do tych samych straganów. Trzeba było więc pilnować, aby Adelcia nie kierowała się pozorną wygodą, a i same targi mieć na oku. Przestrzegano ją też pilnie przed nabywaniem czegokolwiek w gotowych paczkach.To samo odnosiło się do sklepów i sklepików, w których brano różne wiktuały dla Belwederu. Utrzymywano tam konfidentów, zbierano poufne' wiadomości o właścicielach i tak jakoś z powodzeniem sprawę ciągnięto. Największa trudność polegała na tym, że ludzie chętnie chcieli się chwalić, że oto kupują coś dla Marszałka i trudno było znaleźć takiego, który by tej pokusie nie uległ. Bardzo wiele razy, a później nawet zawsze jeździłem sam kupować owoce, które Marszałek jadł w Giszu chętnie. Pomimo zachowania różnych ostrożności i tak ogarniał mnie niekiedy strach, czy nie niosę w torbie śmierci... Zawsze też przedtem część tych owoców zjadałem sam.
 
Mieczysław Lepecki
 
Źródło:
M.Lepecki, Pamiętnik adiutanta Marszałka Piłsudskiego, Warszawa 1987, s. 85-93. 
Ostatnio zmieniany czwartek, 17 maj 2012 06:48
Mieczysław Lepecki

Mieczysław Bohdan Lepecki (ur. 16 listopada 1897 w Kluczkowicach k. Puław, zm. 26 stycznia 1969 w Warszawie) – podróżnik, pisarz, publicysta, żołnierz Legionów Polskich, major piechoty Wojska Polskiego. W latach 1931-1935 pełnił służbę w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych, gdzie był adiutantem Pierwszego Marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego. Po 1939 na emigracji we Francji i Brazylii, skąd wrócił do Polski w 1962r.

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version