Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

13 Mar

Wieniawa-Długoszowski - ułan i poeta

  • Napisane przez  Oleandry

Była godzina 9.00 rano, 1 lipca 1942 roku, gdy na balkon apartamentu na piątym piętrze przy nowojorskiej ulicy Riverside Drive 3 wyszedł w piżamie postawny, starszy mężczyzna. Uklęknął i przez chwilę trwał w tej zaskakującej pozycji. Może się modlił. Cała reszta rozegrała się w tempie przypominającym cwał kawaleryjskiej szarży. Mężczyzna podniósł się z klęczek i skoczył w dół. W kieszeni jego piżamy znaleziono kartkę zapisaną słowami pożegnania. Ostatnie zdanie brzmiało: "Boże, zbaw Polskę!". I jeszcze na koniec podpis, jedna tylko litera: "B". 

Tak zakończył życie jeden z najszlachetniejszych Polaków międzywojnia - lekarz, poeta, malarz, a przede wszystkim pierwszy (a kto wie, czy zarazem nie ostatni) kawalerzysta Rzeczypospolitej: generał dywizji, doktor nauk medycznych Bolesław Wieniawa-Długoszowski.

"A potem mnie wysoko złożą na lawecie.
Za trumną stanie biedny sierota - mój koń.
I wy mnie, szwoleżery do grobu zniesiecie,
A piechota w paradzie sprezentuje broń".
B. Wieniawa Długoszowski - "Ułańska jesień" (fragment)

Bolesław Ignacy Florentyn, trojga imion, Wieniawa-Długoszowski przyszedł na świat 26 lipca 1881 roku w majątku Maksymówka w województwie lwowskim, w rodzinie o starych szlacheckich i patriotycznych tradycjach. Wśród przodków miał Powstańców i Listopadowego, i Styczniowego Powstania. Po skończeniu lwowskiego gimnazjum, a potem po zdanej w Nowym Sączu maturze wstąpił na Wydział Medyczny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Studia medyczne skończył z wyróżnieniem w 1906 roku i nawet rozpoczął praktykę lekarską u znanego okulisty, profesora Burzyńskiego. Lekarzem jednak był krótko. Dała o sobie znać jego artystyczna dusza. Ruszył w świat. W Berlinie wstąpił na Akademię Sztuk Pięknych, potem w Paryżu studiował malarstwo. Po drodze, może trochę dla kaprysu, zahaczył o prawo i filozofię. W Paryżu pozował na typowego dandysa, miał przyjaciół wśród artystycznej cyganerii, włóczył się z nimi po Montparnasse i nawet czasem... malował

W końcu zawładnęło nim wojsko. Studiowanie wojskowości rozpoczął jeszcze w Paryżu, w polskim Kole Nauki Wojskowej. Tak trafił do Związku Strzeleckiego, prekursora Legionów. Jak sam później przyznawał zrobił to pod wpływem Józefa Piłsudskiego, który pozostał dla niego niedoścignionym wzorem aż do końca życia. Piłsudskiego zobaczył po raz pierwszy w 1914 roku w Paryżu, gdzie późniejszy Marszałek dokonywał inspekcji francuskich oddziałów Związku Strzeleckiego. Wysłuchawszy jego wykładu w Towarzystwie Geograficznym jeszcze w tym samym dniu w liście do brata napisał: "...Czuję się żołnierzem, znalazłem Wodza." Uczucie było tak silne, że żołnierzem został do końca, jakże tragicznego końca.

W tymże 1914 roku opuścił Paryż, porzucił barwny żywot paryskiej cyganerii i przybył do Krakowa, gdzie rozpoczynał się kurs ćwiczebny Strzelca. Został jego słuchaczem, a niedługo potem sercem i duszą pierwszego po latach niewoli oddziału Wojska Polskiego, legendarnej Pierwszej Kompanii Kadrowej. Razem z nią wyruszył 6 sierpnia za kordon, jak wtedy zwano granicę, między zaborem austriackim i rosyjskim.

Z krakowskich Oleandrów wymaszerował jako piechur. Już po czterech dniach Kadrówka straciła swego enfante terrible. W Wieniawie zagrała krew przodków i wspomnienia młodości. Zdobywszy konia znalazł się w oddziale słynnego legionowego zagończyka, Władysława Beliny-Prażmowskiego. Tak narodził się Wieniawa - kawalerzysta. Pod rozkazami Beliny, w ciągu kilku zaledwie miesięcy 1914 roku, awansował na kolejne stopnie podoficerskie, by w listopadzie zostać podporucznikiem. W marcu następnego roku był już pełnym porucznikiem, a w roku 1917 został dowódcą 4-go szwadronu w dowodzonym przez Belinę 1 pułku ułanów.

Kiedy wyruszył na wojnę nie był już młodzieniaszkiem. Zdecydowana większość żołnierzy Piłsudskiego nie przekroczyła dwudziestego roku życia, a Wieniawa rozpoczynał swą wojskową przygodę mając już 33 lata. To nie przeszkodziło mu ścigać się o lepsze z młodymi kolegami w każdej wojennej okazji. Imponował odwagą, kondycją, a czasem wręcz brawurą. Jako beliniak brał udział w wielu walkach pierwszego kawaleryjskiego oddziału odrodzonego polskiego wojska: w kieleckim, na Podhalu, w ziemi sandomierskiej, na Lubelszczyźnie, pod Siedlcami, wszędzie wykazując się przymiotami, jakie powinny cechować rasowego żołnierza. W jednej z najcięższych legionowych bitew, pod Kostiuchnówką na Wołyniu, kiedy ostrzał rosyjskiej artylerii przerwał wszelkie połączenia telefoniczne i nikt nie potrafił przedostać się pod morderczym ogniem na wysuniętą placówkę zwaną redutą Piłsudskiego, by nawiązać z nią kontakt, Wieniawa zgłosił się na ochotnika. Poszedł dwukrotnie i dwukrotnie wrócił nie draśnięty. Ten czyn, jak po latach stwierdził gen. Kmicic-Skrzyński, spowodował, że szalony ułan stal się, do końca, ulubieńcem Komendanta.

Zresztą, już wcześniej, bo w 1915 roku, Długoszowski znalazł się w najbliższym otoczeniu przyszłego Marszałka. Za zgodą swego dowódcy został oddelegowany do sztabu I Brygady i objął funkcję adiutanta Komendanta. Towarzyszył Piłsudskiemu we wszystkich jego podróżach, inspekcjach, wyjazdach na front, aż do aresztowania i osadzenia wodza w magdeburskiej twierdzy. Został siłą wcielony do armii austriackiej, ale długo w jej szeregach nie pozostał. Zdezerterował i przedarłszy się do Królestwa zaangażował się w działalność Polskiej Organizacji Wojskowej. Jako członek Komendy P.O.W. został wysłany z misją do Moskwy. Wpadł i został aresztowany przez osławioną, stworzoną przez Dierżyńskiego, "Czekę" - prekursorkę takich, budzących strach, sowieckich instytucji jak NKWD i KGB. Siedział w więzieniu na Tagance i wydostał się z niego za wstawiennictwem jakichś bolszewickich osobistości, do dziś nie bardzo wiadomo kogo (wspomina się o samym Dzierżyńskim, o przywódcy polskich komunistów - Leszczyńskim-Leńskim. Kto wie?).

Po pewnym czasie udało mu się wydostać z bolszewickiej Rosji i przez Paryż dotrzeć do Warszawy - stolicy niepodległej już Polski. Rozpoczął się kolejny okres jego życia i kariery. Został w listopadzie 1918 roku adiutantem Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa. Był już wtedy rotmistrzem. Rok później awansował na majora zostając jednocześnie pierwszym adiutantem Piłsudskiego. Jako adiutant najważniejszego człowieka w RP był wysyłany przez Marszałka za granicę w różnych misjach dyplomatycznych, także tych najbardziej poufnych.

W okresie usunięcia się Piłsudskiego do Sulejówka pozostał jego najwierniejszym żołnierzem. Wziął udział wraz ze swym Wodzem w przewrocie 1926 roku. Jest takie zdjęcie z tego okresu, na którym Marszałek Piłsudski zmierza Mostem Poniatowskiego na spotkanie z prezydentem Wojciechowskim. U jego boku, w szwoleżerskim mundurze, idzie pułkownik Wieniawa-Długoszowski. Marszałek ufał mu bezgranicznie. Przy jakiejś okazji miał powiedzieć: "To jest człowiek, któremu ja wierzę bezwzględnie, człowiek najbardziej honorowy w armii". Bo też żołnierski Honor był tym, co ten inteligentny, uczciwy i wykształcony wszechstronnie człowiek cenił najbardziej. Poza tym był także artystą i to niemal we wszystkich swych poczynaniach. Przyjaźnił się z całym niemal artystycznym światkiem Warszawy. Widywano go w towarzystwie Wierzyńskiego, Lechonia, Słonimskiego, Tuwima i innych. Był dla nich jak przysłowiowy "brat łata" spędzając z nimi mnóstwo czasu w artystycznych kawiarniach na intelektualnych i poetyckich dysputach okraszanych jego błyskotliwym humorem. Lubili go, ba, wręcz uwielbiali, dając tego dowód w wielu swych utworach.

Był chyba najbarwniejszą postacią krótkiej polskiej niepodległości. Kiedy do Warszawy przybył z oficjalną wizytą król Afganistanu, Amanullah-Khan, w imieniu rządu witał go dowódca 1 pułku szwoleżerów, pułkownik Wieniawa-Długoszowski. Egzotyczny władca tak był zachwycony powitaniem, że nadał witającemu go polskiemu oficerowi tytuł książęcy, obdarowując Wieniawę przysługującym mu książęcym płaszczem. Kiedy indziej (w 1934 roku), gdy reprezentować miał Polskę na pogrzebie króla Jugosławii, Aleksandra z niejasnych przyczyn spóźnił się na uroczystość. Po powrocie do kraju dostał rozkaz zameldowania się u Marszałka, którego ponoć incydent ten doprowadził do wściekłości. Wieniawa stanął do raportu w smokingu, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Piłsudskiego. Gdy nie panując nad sobą ryknął w stronę stojącego na baczność Wieniawy: "Co to ma znaczyć?", ten najzwyczajniej w świecie odpowiedział: "Komendancie, melduję posłusznie, iż wiem, żem ciężko przewinił i powinienem dostać po pysku. A ponieważ bardzo szanuję swój mundur, przybyłem jako cywil. Polski generał nie może dostać po mordzie w mundurze!" Kary nie było, Piłsudski dał się kolejny raz rozbroić swemu ulubieńcowi. Został generałem brygady w roku 1932, trochę wbrew swej woli. Pożegnać też musiał swoich ukochanych szwoleżerów, został bowiem dowódcą 1 Brygady Kawalerii. Najbardziej żal było mu jego szwoleżerskiego munduru. Kazał sobie wydrukować wizytówki o treści: "Generał Wieniawa-Długoszowski, były pułkownik."

Był blisko Marszałka do końca. Jeszcze 11 maja 1935 roku, dzień przed śmiercią, był ostatnim człowiekiem, który swoim humorem potrafił wywołać uśmiech na schorowanej twarzy umierającego Piłsudskiego. Potem stał wśród innych, najbliższych i najwierniejszych Komendanta, na ostatniej warcie przy jego trumnie, na kolejowej platformie wiozącej w strugach deszczu, nocą, zwłoki ukochanego Wodza z Warszawy na Wawel.

Po śmierci Piłsudskiego Wieniawa zbyt chyba często wyrażał dosadnie swoją opinię o nowej elicie władzy. Mimo sympatii okazywanej mu przez prezydenta Mościckiego, dla wielu osób stawał się niewygodny. Cieszył się jednocześnie tak wielką popularnością, że niektórym musiało bardzo zależeć na usunięciu go, przynajmniej z armii. W 1938 roku otrzymał nominację na ambasadora w Rzymie. Mimo pojawiających się tu i ówdzie opinii, że ta nominacja skończy się kompromitacją Polski, Wieniawa okazał się doskonałym dyplomatą i godnym reprezentantem Kraju. Jeden z jego współpracowników z tamtego okresu, zawodowy dyplomata, Aleksander Zawisza, napisał, że Wieniawa "zyskał sobie w Rzymie opinię najwybitniejszego akredytowanego tam dyplomaty".

Gdy 1 września 1939 roku dowiedział się o napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę poprosił natychmiast o pozwolenie powrotu do wojska, bez względu na przydział i szarżę. Polecono mu pozostać na stanowisku. Podjął więc natychmiast działania pomocy Polakom przedostającym się na zachód. 23 września prezydent Mościcki, będąc już internowanym w Rumunii, wydał dekret wyznaczający (zgodnie z art. 24 Konstytucji) Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego swoim następcą, czyli Prezydentem Rzeczypospolitej. Intrygi rozpoczęte zaraz potem we Francji przez otoczenie Sikorskiego spowodowały, iż Wieniawa sam zrezygnował z proponowanego mu stanowiska, prosząc Mościckiego, aby dla dobra Polski wyznaczył kogoś innego. Oddał tym samym całą władzę Sikorskiemu i jego ludziom, wierząc, że czyni to w interesie dotkniętego klęską Narodu. Usunął się w cień, co nie zakończyło intryg i szczucia przeciw niemu.

Rzym opuścił w czerwcu 1940 roku, już po upadku Francji i przez Lizbonę dotarł do Nowego Jorku. Tam, aby utrzymać rodzinę, parał się dziennikarstwem i introligatorstwem, cały czas próbując dostać jakiś przydział w armii i walczyć. Bezskutecznie. Niechęć do niego obozu Sikorskiego była tak wielka, że wszelkie jego prośby pozostawały bez odpowiedzi. W końcu, w czerwcu 1942 roku Sikorski, będąc w USA, zaprosił Wieniawę na spotkanie w polskiej ambasadzie i zaproponował mu funkcję... posła w Hawanie (?). Generał, mając na względzie rodzinę, którą w Nowym Jorku trudno mu było utrzymać, funkcję tę przyjął. Potraktować jednak tę propozycję musiał z bólem i wielką goryczą, skoro wykupiwszy bilet lotniczy na Kubę na 2 lipca, dzień wcześniej wyszedł na balkon swego nowojorskiego mieszkania i skoczył z piątego piętra w dół, na obcy, amerykański bruk.

Tak zakończył życie człowiek, który niewątpliwie zasłużył na miano najbarwniejszej postaci międzywojennego dwudziestolecia. Lekarz, poeta, malarz, jeden z najbliższych ludzi Marszałka Piłsudskiego, kawaler Virtuti Militari, Krzyża Niepodległości z mieczami, Polonia Restituta, Legii Honorowej, Orderu Orła Białego, Złotego Krzyża Zasługi, włoskiego Krzyża świętych Maurycego i Łazarza, czterokrotnie Krzyża Walecznych i wielu innych odznaczeń. Człowiek, o którym wspomniany już Aleksander Zawisza w zamieszczonym w prasie epitafium napisał: "Niespożyty temperament i ogromna wrażliwość, wielostronne uzdolnienia, duże wykształcenie i wyrafinowana kultura, głęboko ujęte poczucie patriotyzmu i honoru, prawość charakteru i lojalność - oto istotne składniki tej niepospolitej sylwetki generała, dyplomaty i artysty. Kochał ruch i szaleństwo, kochał piękno i gest. Przede wszystkim jednak kochał Polskę, Komendanta i szlachetność duszy".

Urna z jego prochami, po latach, została sprowadzona do kraju i złożona na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

 

Za tekstem autora: Irka S. Pietraszka (Michała K. Żmudzkiego)

Źródło: Oleandry

 

Grób Wieniawy-Długoszowskiego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie
 
Grób Wieniawy-Długoszowskiego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
Zdjęcie: Bartłomiej Osuch 
Ostatnio zmieniany niedziela, 01 lipiec 2012 10:17

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version