Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

14 Lis

Józef Pilsudski. Pierwsze dni Rzeczypospolitej Polskiej (wykład drugi)

SM0 1-U-4058Szanowne panie i panowie! Wczoraj mówiłem o stylu tych dni, w których Polska się stawała. Wskazałem, jako na główną cechę tego stylu – na słabość. Słabość nieodłączna jest od stanu niewoli, od stanu zależności. Dlatego cechę tę można było przewidzieć, oczekiwać jej, gdyż i poprzednie dni dawały zawsze słabość Polakom.

Dziś chcę się zająć inną cechą owej epoki – rozbieżno­ścią usiłowań Polski, cechą, która niekoniecznie wynika tylko ze słabości, która musi mieć więc specjalne swoje przyczyny.

Mówiłem już wczoraj o tej rozbieżności usiłowań, która źródło swe miała w ówczesnej słabości Polski. Wszędzie we wszystkich próbach rządzenia, z wyjątkiem może «rządu lu­belskiego», widzieliśmy jak gdyby konieczność tego przeklę­tego konkubinatu z zaborcą, który jeszcze istniał, z którym Polacy współdziałali czy to z musu, czy to pod wpływem roz­wagi i rozumu, czy to dla tych, czy innych racyj.

Ta jak gdyby konieczność kondominium Polaków i za­borców, wynikająca ze słabości polskiej, wytwarza rozbieżno­ści w poszczególnych częściach Polski, gdyż zależni jesteśmy nie od swojej woli, ale od woli zaborców. Stwarza to mus sta­wiania sobie innych celów w różnych częściach Polski i uży­wania innych środków w każdym z tych, jakby sąsiadujących ze sobą państewek polskich. Rozbieżność, stąd płynąca, wy­wiera ogromny wpływ na przebieg pierwszych dni Rzeczy­pospolitej Polskiej.

Niestety, rozproszenie usiłowań polskich szło jeszcze dalej. Nawet dla jednakowego celu wytwarzał się jak gdyby mus stosowania zupełnie różnych środków. Gdy nad tym faktem się zastanawiałem i próbowałem go zanalizować, zawsze przy­chodziłem do wniosku, że najlepszym określeniem, tłumaczą­cym rozbieżności, tak daleko idące, jest słowo: «ghetto».

Co to jest «ghetto»? «Ghetto» to ugrupowanie ludzkie, które mimo, że musi współżyć w tych czy innych dziedzinach z otoczeniem, wytwarza dla siebie swoje wewnętrzne prawa, swoje ustawy i ustawki, nieznane innym, a które są dla tego ugrupowania ludzkiego silniejsze, niż jakiekolwiek inne ze­wnętrzne działania.

Każde «ghetto» tworzy określenia, niezrozumiałe dla in­nych, każde «ghetto» stwarza język, swój żargon, tworzy słowa, które obowiązują «ghetto», a które nieznane są innym ludziom.
Nie wiem, czy gdziekolwiek w naszej historii jest epoka, czy są gdziekolwiek dni, w których walka o słowa była tak silnie rozwinięta, jak w owym czasie, gdy słowa ukochane przez jednych były wstrętne dla drugich, gdy na podstawie słowa bez treści sypano oskarżeniami, gdy słów jednych nie chcieli rozumieć drudzy i gdy te same słowa, które gdzie in­dziej przez ludzi były używane, jako element zgody, u nas do­prowadzały do walki.

Znam te «ghetta» słów, w których niektóre wyrazy i okre­ślenia są święte i dotknąć ich nie wolno, «ghetta», w których słowa i określenia łączą ludzi dla celów, mających nieraz Z tymi słowami bardzo mały związek. Znam ten żargon niezro­zumiały dla innych, a który ułatwia współżycie «ghetta», uła­twia pracę takiej czy innej kliki, takiej czy innej grupy. Gdzie istnieje prawo języka <ghettowego», istnieją zamiłowania do życia «ghetta» i istnieje wspólna niechęć do wszystkiego, co poza «ghettem» się znajduje, co innego używa żargonu i ina­czej o słowach myśli.

Należałem zawsze do ludzi, którzy byli przeciwnikami «ghetta», którzy się starali wyjść poza nie. Dlatego w każdym ugrupowaniu ludzkim, w którym kiedykolwiek byłem, byłem uważany za coś w rodzaju heretyka, za człowieka, który z za­miłowaniem walczy przeciw słowom, walczy przeciw świętościom, walczy przeciw słowom, które treści nie mają. We wszystkich ugrupowaniach, do jakich w życiu swoim należa­łem: czy to było małe stowarzyszenie gimnazjalne, czy większy związek, zmierzający do jakiegoś celu — zawsze byłem taki sam. Był to mój styl personalny, który nieraz dawał mi wielkie plusy, gdyż «ghetta» łatwiej rozumiałem, gdyż łatwiej pustość dźwięków i słów spostrzegałem i łatwiej istotny sens rzeczy chwytałem, bo mnie nigdy żadne prawo «ghetta» i żadna świę­tość słów, żadne ukłony w kierunku takiego czy innego pu­stego dźwięku nie brały.

Jak panowie wiecie, przeszedłem podczas wojny świato­wej przez silne «ghetto», jakim były Legiony. Znacie barwny styl Legionów, który wytworzył specjalne określenia, zrozu­miałe tylko dla tego zrzeszenia. Dla jego języka trzeba by en­cyklopedię stworzyć, aby zrozumieć znaczenie i siłę jego «ghettowych» określeń. Przyszedłem do Polski ze swojego «ghetta», z tego «ghetta» silnych określeń, nie bojących się niczego, nie dbających o żadne inne «ghetta» i przechodzących z radosnym uśmiechem nad wszystkim w Polsce do porządku dziennego.

Siłę wszelkich «ghett» polskich powiększał element za­skoczenia. Jak widzieliśmy wczoraj, Polska w owym okresie nie tworzy swych losów i dziejów samoistnie. Zapoczątkowa­nie wszystkich prób samodzielności było często zawisłe jedy­nie od tego, czy zaborca słabnął, czy padał; próby te były za­leżne od tych czy innych zmian w Wiedniu czy w Berlinie, od zwycięstw dalekiej «Ententy».

Zależeliśmy od działań innych i dlatego wypadki skakały naprzód lamparcim skokiem, wy­przedzając myśli i działania Polaków, stwarzając coraz to nowe sytuacje, coraz to nowe konieczności, do których słaby dopasować się musiał. Ten element zaskoczenia sprawiał za­wsze to, że «ghetta» polskie, będące w tyle, stanowiły hamu­lec, nie pozwalały na ruch, nie pozwalały na przystosowanie się do nowo stworzonych sytuacyj. A wypadki w stosunku do Polski biegły z szybkością elektryczności, a nie powolnym ru­chem żółwia. Godziny na zegarze dziejowym spieszyły, biły szybko jedna za drugą, jak gdyby wymagały od Polaków, aby szli w takt bicia zegaru, gdy godzina do godziny stawała się niepodobną.

Może najwięcej zaskoczonym byłem ja sam. Przyszedłem z miejsca, gdzie przez rok cały nie miałem w ręce ani jednego polskiego drukowanego słowa, gdzie przez rok cały nie widzia­łem ani jednego Polaka, gdzie przez rok cały nie współżyłem w ogóle z Polską. Czułem na sobie ten ciężar izolacji, odcięcia od całego życia, czułem tę nieznajomość ludzi, zmieniających się w tej godzinie dziejowej szybciej, niż poprzednio, czułem jakieś waśnie, o których nic nie wiedziałem, czułem jakieś spory, z którymi nigdy nie miałem do czynienia. Byłem sam, zupełnie samotny.

Przyjechałem, jak mówiłem, z myślą, że odrodzenie Pol­ski odrodzi i dusze, że znajdę innego człowieka, który łatwiej, niż przedtem, do zadań życia dopasowywać się będzie.

Miałem wtedy ciągle do czynienia z próbą wytworzenia jakiegoś centralnego rządu. Wszystkie usiłowania zbliżenia lu­dzi do siebie, zmuszenia ich do współpracy ze sobą, pękały mi w ręku w jednej chwili, gdym tego zagadnienia dotykał[1]. Ni­kogo namówić nie mogłem, aby przekroczył przekleństwo «ghetta», przekleństwo języka «ghettowego», aby Polacy ze­chcieli się zastanowić nad koniecznością współpracy, nad ko­niecznością umowy i nad koniecznością ugody już nie z za­borcą, lecz z samymi sobą.

Nie mogłem niczego zrobić. Gdym pertraktował z «rzą­dem lubelskim», to ten w całości oświadczył mi natychmiast, że z nikim w całym zaborze rosyjskim pertraktować nie bę­dzie i z nikim do zgody nie pójdzie. Pod wpływem mego nastawania zgodził się wreszcie «rząd lubelski» pójść na próbę pertraktacji z obcym dla tego «ghetta» elementem, ale tylko z takim, który pochodzi z zaboru pruskiego. Zgoda, powiedzia­łem, i wezwałem panów z zaboru pruskiego, aby zechcieli sta­nąć do współpracy, do wspólnej roboty.

Panowie! Dwa ciężkie dni spędziłem na katorźnej robo­cie, aby słuchać «ghettowych» określeń jednej i drugiej strony, które w żaden żywy sposób punktu stycznego nie znachodziły, bo słowa jednych wzbudzały u drugich od razu słowa prze­ciwne, bo mus sprzeczności wyrastał natychmiast Dwa długie katorżne dni spędziłem na słuchaniu tych samych argumen­tów, powtarzanych co godzina, a sprzecznych z sobą. Zdawało mi się, że mam do czynienia z ludźmi, z których każdy mówi innym językiem, chcąc widzieć w słowach to, czego w tych słowach nie było, i robiąc wrażenie ludzi, którzy przyszli jedy­nie po to, aby w twarz sobie pluć, a nie po to, by sobie podać ręce.

Mówiłem w przeszłym wykładzie o stylu pierwszych dni Rzeczypospolitej, o tym musie i nakazie, który szedł na słabą Polskę z lewa i z prawa, z Zachodu i Wschodu, nakazie, który cisnął i dusił, i zmuszał ludzi do wypowiadania słów innych od tych, którymi chcieliby naprawdę mówić. Był mus bycia ra­dykalnym, mus wypowiadania wspaniałych słów, których ni­gdy przedtem nie mówiono, słów o «rządach rzesz pracują­cych», o «ludzie, który musi wziąć władzę w swoje ręce». Ten mus skłaniał, jak mówiłem, panów w Poznańskim do wypo­wiadania słów, których może nawet nienawidzili, do ulegania presji «Soldatenratu»; ten mus kazał rządowi p. Świeżyńskiego wydawać demagogiczną proklamację[2].

Mimo dwóch dni katorżnej pracy dla znalezienia możli­wości współpracy, nie byłem w stanie «ghetta» przełamać, żar­gonu usunąć. Żargon i prawa «ghetta» były silniejsze!

Niemożność osiągnięcia porozumienia wydaje się tym dziwaczniejszą, że wszyscy zdają się mówić rzeczy podobne. Dla przykładu biorę «Kuriera Poznańskiego» z dnia 15 listo­pada 1918 r. Jest w nim umieszczona, cytowana już przeze mnie, odezwa posłów polskich, należących do Koła polskiego w sejmie pruskim i do Koła polskiego w parlamencie niemiec­kim. Znajdziemy w tej odezwie następujące zwroty:

«Ginie świat stary, rodzi się nowy. Z gliszczów i pożarów powstaje nowy ustrój ludzkości, związek narodów, a filarami jego wolność narodów, swoboda obywatelska i sprawiedli­wość społeczna»,

a dalej:

«Doniosłość chwili wymaga skupienia wszystkich sił na­rodowych i podziału brzemienia, odpowiedzialności na koła najszersze. Przyszła Polska ludową będzie i ludem tylko stać może».
Wyrażenia te niedaleko odbiegają od stylu proklamacji «rządu lubelskiego». Dlaczegóż jednak panowie Poznańczycy, gdy w Warszawie się znaleźli, tutaj słów takich uznać nie chcieli? Bo te same słowa inaczej były rozumiane w «ghettowym» języku poznańskim, a inaczej w języku «ghettowym» «rządu lubelskiego», bo «ghetta» te zazdrość i zawiść wzaje­mna unosiła, bo «ghetta» te nienawiścią na siebie pluły.

Proszę zastanowić się, jak było ciężko przedrzeć się przez te «ghetta», aby coś wspólnego dla wszystkich zrobić, aby za­cząć spajać w jeden rym usiłowania, wszczęte po różnych ką­tach Polski i używające tak rozmaitych i rozbieżnych środków.

Każdego historyka, który ówczesne dokumenty i podpisy, pod nimi położone, odczytywać będzie, zastanowi na pewno i ten jeszcze dziwny fakt, że ci sami ludzie w jednym miejscu zgodnie pracować mogą, a w innym miejscu ci sami ludzie kłócić się muszą.

Proszę wziąć «Komisję Likwidacyjną». Składała się ona ze wszystkich możliwych stronnictw[3], ze wszystkich możliwych «ghett». Wszyscy razem w niej się znaleźli i pomiędzy siebie najrozmaitsze funkcje podzielili. Waśnie i spory mogły sobie gdzieś dalej iść, ale to nie przeszkadzało temu, że można było zasiadać do jednego stołu i przy czarnej kawie i papiero­sie spokojnie — jak ongiś w Wiedniu — rzeczy roztrząsać.

Ci sami ludzie, gdy nie o konkubinat z zaborcą a o próbę centralnego rządu polskiego chodziło, stawali się wrogami, nie chcącymi pomiędzy sobą rozmawiać. Wyglądało to tak, jakby w Wiedniu czy Berlinie, pod batem zaborcy, zawiści wstrzy­mywać i godzić się umiano. Umiano w «ghettach» parlamen­tarnych przy czarnej kawie zasiadać i ręce sobie podawać, by niekiedy szynk czy koncesję z rąk zaborcy wyrywać, a nie­kiedy wśród obcych taką czy inną pracę dla Polski zrobić. Ale ten mus opanowania siebie niknął natychmiast, gdy Wiedeń i Berlin znikły.

Zjawiał się mus kłótni i sporów nawet nie między stron­nictwami, a między «ghettami», przekraczającymi podział na partie. Dlatego te same słowa, które były używane w oficjal­nych enuncjacjach posłów polskich do Berlina, stawały się, jak wskazałem, zdrożnymi w Warszawie. Przy tak olbrzymim pomieszaniu w tych pierwszych dniach Rzeczypospolitej «ghett» i żargonów wydawało mi się niekiedy, że, gdy wszyst­kie «ghetta» jednakowo usiłują i dążą wszelkimi środkami do wiecznego plątania węzłów jednego za drugim na sznurze dziejowym, to nie ma siły, aby te węzły, raz po raz wiązane, mo­żna było co chwila rozplątywać i że nie ma innego wyjścia, jak użyć siły Aleksandra Wielkiego, który węzeł gordyjski mie­czem przeciął.

W «ghettach» wszelakich, które niewola u nas stworzyła, wytworzyły się odrębne żargony. Ten mus mówienia innym językiem był tak silny w Polsce, jak silną była niewola. A przy­wiązanie do słów było wtedy ogromne. Słabość siły istotnej nie posiada i dlatego nagość swą ubiera w słowa, słów szuka, aby się upiększyć. Stąd ta psychologiczna niejako konieczność kochania słów, w które stroiła się tęsknota do siły. Dlatego w tym momencie, gdy niewola ustawała, gdy zaczynało się stawanie się Polski, tak wielkie znaczenie i moc miały słowa i określenia, nie mające nieraz z istotą rzeczy nic wspólnego.

Wszędzie wówczas, gdzie polska mowa się rozlegała, tworzyły się lokalne ugrupowania polskie, usiłujące stworzyć siłę własną. Takie usiłowania były zarówno w Polsce central­nej, gdzie zaborców siła osłabła najbardziej, jak i na kresach, gdzie Polacy łączą się dla znalezienia siły zarówno w dzikich warunkach rewolucji rosyjskiej, jak i tam, gdzie istniał nacisk niezłamanej jeszcze potęgi niemieckiej[4]. Wszystkie te lokalne ugrupowania, trzymające się jednego ogólnego nakazu, by siłę Polski wytworzyć, stwarzają równocześnie coraz to inne lo­kalne «ghetta». Tworzą się nowe węzły, utrudniające pochód ku jedności, czyniące ten pochód uciążliwym i trudnym.

Głównymi «ghettami» były zabory. W swoich odczytach, wygłoszonych niedawno w Wilnie o 1863 r.[5], mówiłem, że styl epoki 1863 r. jest całkiem inny, niż styl epoki mojego pokole­nia. Wówczas były tylko mechaniczne związania krwi polskiej z zaborcami, chemicznego związku krew polska nie dopu­szczała. Przy krążeniu krwi państwowej w olbrzymich orga­nizmach zaborczych mamy wtedy zawsze to zjawisko, że sole obce, idące z zewnątrz, artretyzmów i podagry starczej w na­szym organizmie nie wywoływały.

Styl epoki naszej, epoki popowstańczej, był inny. Krew państw zaborczych miała siłę dokonywania w naszej krwi przemian chemicznych, wywołujących w tych czy innych za­łomach podagrę starczą.
Jakże ten właśnie styl jest widocznym w chwili, gdy w r. 1914 godzina dziejowa początek Polski wydzwaniała! Wszy­scy Polacy poszli wtedy na służbę do swoich zaborców. Styl epoki 1863 r. nie pozwoliłby na takie zachowanie się, taki fakt w tamtym pokoleniu byłby niemożliwy.

Po przełomach wojennych, po burzach, pożogach i mor­dach, po trudach i zmęczeniach, które wojna wywołała, po wysługiwaniu się zaborcom, po daniu im krwi swojej, po prze­klętej epoce t. zw. «orientacyj» zjawia się mus, nad którym przejść do porządku dziennego nie było można, mus wytwo­rzenia własnego rządu. Czyż panowie w tych chwilach, gdy Polska się stawała, gdy szły godziny, które Polskę musiały budować, nie znajdziecie przekleństwa epoki niewoli, choć Polska już jest wolna, a jej zaborcy w proch padli? Czyż nie znajdziecie «orientacyj», «ghett», które zaborcom służyły, a teraz zaborcze plwociny w oczy innym Polakom plują, «ghett», rzucających oskarżeniami, «ghett», podstawiających sobie nogi? Sole krwi zaborców tworzą podagrę, sole zabor­ców, w krwi polskiej będące, zmuszały do plwocin, przekleń­stwo niewoli wiązało «ghettowe» węzły i wzniecały spory o słowa, które już żadnej treści nie miały.

Bo niech by sobie ktoś był kiedyś moskalofilem, austrofilem, czy germanofilem. Prosty interes wykluczał, by ktokol­wiek w Polsce w godzinie jej powstania mógł być germanofi­lem, austrofilem czy moskalofilem. To było skończone. A prze­cież tymi oskarżeniami pluły na siebie stronnictwa. Te krzyki i wrzaski niczym innym nie były, jak echami przeszłości, która znikała, a rzeczywistością było to, że — gdy cały świat w po­koju poczynał żyć — na Polskę, zmęczoną wojną, szła nowa pożoga, nowa burza, i że Polska o synów wołać musiała.

Panowie! Gdy epokę tę badam i śladów siebie w tych dniach szukam, doznaję jakiejś niechęci. Byłem zawsze prze­ciwnikiem wszelkich «ghett», przeciwnikiem przykładania sło­wom zbyt wielkiej wagi. Byłem człowiekiem, rozkochanym - w «realite des choses»[6], szukającym rzeczy samej, która sło­wami nieraz określić się nie daje, a o której zawsze jednak pamiętać trzeba. Byłem człowiekiem, który fizycznie choruje, gdy decyzji powziąć nie może, który spiesznie wszystko na bok odrzuca, by mieć przed sobą najprostsze rozstrzygnięcia: «tak» lub «nie» i który wtedy, gdy «tak» lub «nie» powiedzieć sobie nie może, wybiera trzecie rozstrzygnięcie: «odłożyć».

Człowieka tego los rzucił, aby przeniósł kłótnie, brak de­cyzji i spory o słowa, w których wartość do tego nie wierzono. Dałem panom wczoraj przykłady tego stylu szumnych słów i robienia tego, co z tymi słowami było sprzeczne. Jak Polska szeroka i długa, wszędzie i ciągle biegła ta sprzeczność słów wielkich z małymi czynami.

Kłócono się o drobiazgi, najczęściej o słowa. «Realite des choses» zanikła w powodzi sprzeczności słów, w mnóstwie węzłów, zaplątywanych codziennie, co godzina na sznurze dzie­jowym, węzłów, które prosiły i błagały, by miecza wydobyć i ciąć je jeden po drugim.

Gdy sięgam pamięcią w owe czasy, gdy myślą dzień po dniu i tydzień po tygodniu przebiegam, gdy przypominam so­bie ówczesną pracę innych i swoją, to nie szukam goryczy, a prawdy jedynie, która daje historię, tę wielką mistrzynię ży­cia. Prawda cicho jeszcze stąpa przez Polskę, która historii swojej dotychczas nie zna.

A prawda jest tak łatwa: wszyscyśmy grzeszyli, wszyscy byliśmy słabi, wszyscyśmy od musów dziejowych uciekali. Czyż prawda tak trudna jest do powiedzenia? Czyż trzeba przez słowa kłamliwe nowe węzły plątać? Czyż łgać ciągle o Polsce trzeba, gdy się o sobie mówi?

Powtarzam zawsze i błagam: prawdy pod korcem nie chować, bo ona wyjdzie, skoro jedno kłamstwo drugiemu za­przeczać musi. Nie wiem, czy dzieci nasze, swoimi oczkami na nas patrząc, nie wyczuwają tej powodzi kłamstwa, w której rodzice żyją, i czy nie trwożą się główki dziecinne, gdy widzą starszych tak zakłamanych.

Mówiłem o stylu dziejowym pierwszych dni Rzeczypospolitej, o słabości polskiej i jej skutkach, o «ghettach», które stworzyło przekleństwo niewoli. Niech mi będzie wolno na za­kończenie usprawiedliwić i te objawy:

Nie lubię ckliwych poetów, lecz umieją oni niekiedy da­wać cudne określenia. Rosyjski poeta Natson[7] mówi gdzieś w jednym ze swych małych wierszyków, jak to serce ludzkie jest dziwne, że kajdany kwiatami wiosny ubierać musi.

Z przeżyć moich sięgam do dni największego mojego tryumfu, gdy hejnał zwycięstwa bił mi w piersi, gdy dzień wielki swój święciłem, gdym do Wilna swego, jako zwycięzca, wkraczał[8], gdym konno po ulicach Wilna jechał, gdy przede mną szwadron podkowami po bruku tętnił i gdy wtedy w takt podków śnił mi się — dźwięk łańcucha. I gdzieś pod powieką u zwycięzcy łza tęsknoty się zbierała za snami pięknymi nie­woli, które Mickiewicza nam dały, za cierpieniami i bólami, za zapachem kwiatów, które kajdany ubierają.

Podczas naszej długiej stuletniej przeszłości, gdyśmy wol­ności nie mieli, wytworzyliśmy, biegnąc tęsknotami z poko­lenia na pokolenie, swoje życie niewoli i swoje życie kajdan. Ileż cudów piękna dało to życie, ileż tęsknot, bólów i cierpień, ileż szczytów pozwoliło osiągnąć!
Idą teraz godziny za godzinami, zwycięstwo za nami, przed nami szerokie życie. Burz dla nerwów nie ma, piękno jakby stygnie i człowiek czeka na nowego człowieka, aby pię­kno odrodzenia gdzieś wyszło, piękno chwil wiosny — wiosny nowego polskiego życia.

Gdy myślę o tym, zbliżając się co krok do grobu, to za­wsze mi się zdaje, że odrodzenie, piękno i pieśń odrodzenia nie z naszych niewolniczych piersi się wyrwie — że piersi dzie­cinne i głosiki dziecięce tę pieśń, gdy dorosną, wyśpiewają, że one zobaczą Polskę odrodzona, pełną śmiechu i szczęścia, gdy my, niestety, spotkaliśmy Polskę z kwasem śledzinników i burczeniem ludzi o chorych żołądkach.

 

Na zdjęciu: pomnik ofiar pogromu niemieckiego z 16 listopada 1918 r. w Miedzyrzecu Podlaskim.

Zdjecie ze zbiorow Narodowego Archiwum Cyfrowego.


Przypisy:
[1] Jest tu mowa o pertraktacjach, prowadzonych w dniach 11—17 listopada 1918 roku przez Józefa Piłsudskiego z przedstawicielami stronnictw politycznych. Por. t. V, str. 18—19.
[2] Por. t. VIII, str. 107.
[3] Skład partyjny Komisji Likwidacyjnej dn. 28. X. 1918 r. był następujący: 6 ludowców, 4 narod.-demokr., 4 socjalistów, 3 polskich demokr., 2 polskich konserwatystów, 1 ze zjednoczenia naród., 1 z partii postępowej, 1 z partii robotn.-narod., 1 ze Śląska.
[4] Jest tu mowa o okupacji wojskowej niemieckiej na Kresach; por. t V, str. 123.
[5] Por. t. VIII, str. 50-89.
[6] Por. t. VI, str. 185.
[7] Natson Siemion Jakowlewicz, poeta liryczny rosyjski z drugiej połowy XIX w.
[8] Dnia 21 kwietnia 1919 roku

Ostatnio zmieniany środa, 14 listopad 2012 14:55
Redakcja

Napisałeś/aś artykuł? Znasz nieopublikowaną dotąd anegdotę, cytat, ciekawostkę? Znalazłeś/aś w sieci wartościowy materiał lub stronę? Posiadasz archiwalne zdjęcia bądź pamiątki? Napisz do nas, pomóż w budowie portalu.

Strona: jpilsudski.org

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version