Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

17 Gru

Józef Piłsudski. Dno oka, czyli wrażenia chorego człowieka ze sesji budżetowej w Sejmie

W zeszłym roku, gdy zapadłem na niewyjaśnioną dotąd chorobę i gdy grupa lekarzy badała mnie ze wszystkich stron, jeden z nich zawołał: – Oto zapomnieliśmy, trzeba jeszcze Panu Marszałkowi zbadać dno oka, zrobimy to jutro. Wyznam, że struchlałem, powiedzmy otwarcie stchórzyłem, nie wiedziałem, że oko ma jakieś dno. Było to może dziecinne i śmieszne, lecz niestety tak było. Nazajutrz już rano miałem to badanie. Przyszedłem na to badanie cały spotniały, spotkałem zaś tak miłego doktora w wojskowym mundurze, gdyż badanie odbywało się w szpitalu Ujazdowskim, że to nieco mnie uspokoiło, gdy sobie powiedziałem, że wreszcie w ostateczności strachu mogę tego doktora postawić na baczność i nie pozwolę mego oka ruszyć. Nadzwyczajnie miłe i serdeczne ujęcie sprawy przez doktora i brak jakichkolwiek ostrych instrumentów, co od razu sobie zanotowałem po obejrzeniu gabinetu, zaczęło mnie uspokajać do tego stopnia, że już bardziej odważnie siadłem na wskazanym mi fotelu, a z zupełnem już i ulgą usłyszałem wyjaśnienie, że zostawia mnie w zupełnej ciemności z jedynym obowiązkiem nacelowania oka w jednym tylko kierunku i patrzenia przez pewien czas w jakieś śmieszne aparaty, przypominające aparat fotograficzny. „To, to potrafię”, pomyślałem już z zupełnym spokojem i po kilku chwilach patrzenia w jakieś światełka, operacja została zakończona...


I po co używać jakichś strasznych nazw dla prostej zupełnie operacji i po co nieopatrznie straszyć ludzi taką okropnością, jak badanie oka? Czyż nie można zrobić tego rozumniej bez narażania na strach ludzi!
Jeżeli tę całą śmieszną, należąca do historii perso­nalnej anegdotę opowiedziałem, to dlatego, iż w czynnościach większości sejmu istnieje także to straszne „dno oka" w postaci Trybunału Stanu. Nigdy dotąd w Polsce pomimo wielkich nadużyć, nawet powiedzmy łajdactw, żaden minister nie był zaczepiony groźbą Trybunału Stanu, oprócz znanych wielkich brudów, związanych z ministrem finansów Kuchar­skim, które zresztą nie zostały odesłane do prania w Trybunale Stanu, gdyż większość sejmu z tem się nie zgodziła, Jedynie zadęty poseł Moraczewski, który sprawę przeciwko Kucharskiemu prowadził, zo­stał wyśmiany i zlekceważony za chęć pociągnięcia jakiegokolwiek ministra przed Trybunał Stanu. Zdarzyło się to jednak po raz drugi w naszej historii w stosunku do kolegi mego p. ministra finansów Czechowicza, człowieka, który pracą swoją uporządkował otrzymany w zupełnym nieporządku system po datków i doprowadził swoją pracą państwo do tego, że przykładem świecić może wszystkim innym pań­stwom, gdy Polska przy jego zarządzie skarbem, dotychczas bilansuje swój budżet nie deficytem, lecz przewyżką dochodów nad wydatkami. Czyżby więc obecny sejm, sięgając do tak wyjątkowych praw, jak Trybunał Stanu, chciał w ten sposób powiedzieć, iż woli brudy i nadużycia, niż uczciwą pracę? Nie mogę nie powiedzieć także, że ta postawa sejmu ma jedną stronę, która zaprzecza wszelkiemu poczuciu najzwyklejszej najprostszej sprawiedliwości. Byłem wtedy na nieszczęście ciężko chory, tak iż przypuszczałem, że jedną stoję po tamtej stronie życia i dla tego bytem mocno zobojętniały na wszystkie zjawiska tego świata. Pamiętam jednak dobrze, że przyjechał do mnie p. Bartel szef mego gabinetu, stwierdzając mi początek owej operacji, straszącej Trybuna­łem Stanu i pytając mnie o me zdanie w tej sprawie. Odpowiedziałem, że uważam się oczywiście jako szef byłego gabinetu odpowiedzialnym za te przekroczenia tak zwanej ustawy skarbowej, które są związane z budżetem inwestycyjnym. Pamiętałem bowiem dokładnie, że całe moje starania bardzo usilnie kierowałem zawsze dla zgwałcenia p. Czechowicza, aby wszystko to, co jest inwestycją, nie szło pod obrady sejmu. Zawsze bowiem obawiałem się, ze wtedy będą nie inwestycje, ale zgodnie z tradycją sejmu lekkomyślne trwonienie pieniędzy podatko­wych...


Gdy już myślę o sądach, jako o próbie wymiaru sprawiedliwości, to od razu stwierdzę, że niema na świecie takiego sądu, któryby się ośmielił znegliżować oświadczenia czyjegokolwiek, że oskarżony nie jest winien, a winien jest oskarżający. Jest to tak zgodne z wymiarem jakiejkolwiek sprawiedliwości, że gdyby znalazł się sąd któryby tej prostej prawdzie sprawiedliwości zaprzeczył, to otrzymałby na­zwę nikczemnego sądu i gdyby w ucieczce przed skutkami nikczemności schował się w mysią dziurę, to tam jeszcze nadeptać go nogą trzeba, ażeby znikł i zdechł, jako próba wymiaru sprawiedliwości...


I gdy pomyślę, co może prowadzić ludzi do tego znikczemnienia, to nic mogę nie powiedzieć, że usprawiedliwić i wyjaśnić to znikczemnienie może jedynie przeświadczenie o wogóle nikczemności zwyczajów i obyczajów sejmu w Polsce. W tych zwyczajach i obyczajach leży wychowanie posła w sposób najbardziej nieprzyzwoity, najbardziej hultajski jaki so­bie wyobrazić można, gdyż główną myślą i głównem staraniem tych panów, jest zawsze utrzyma­nie zupełnej bezkarności posła za wszystkie jego czynności, chociażby nawet jak najbardziej nieprzy­zwoite i najbardziej sprzeczne z najelementarniejszem poczuciem honoru. Polska przecie chowała swych posłów w pierwszym sejmie tak zwanych „suwerenów" w bezkarności zdrady państwa podczas wojny, bezkarności polityki szpiegostwa w stosunku do armji, będącej w polu i umierającej za Ojczyznę. W drugim zaś sejmie, w którym prawie połowa posłów po chodziła z owej kuźni zdrady państwa, posłowie wychowali się w korupcji, tak daleko sięgającej, tak gęsto uprawianej, że stos posła kosztował niekiedy nie więcej, jak pięćdziesiąt złotych. Z tej zaś błotnistej prawdy sejmu wyszło przecież do studziesięciu po­słów i w obecnym sejmie. W tej anormalnej atmosferze moral insanity, słabe głowy tak przesiąkają swoją niczem nieusprawiedliwioną wielkością, że staje się dość niemożliwem obcowanie z takimi ludźmi, tak powiedzmy, jak dość trudnem jest obcowanie, nawet dla lubiących bardzo dzieci, z dziećmi z zakładów poprawczych. W sposobie zachowania się wychowanych w moral insanity panach jest coś tak bezczelnego i tak zciemniałego pod względem umysłu, gdyż nawet idiota jest bezkarny, a nieszczęsna Polska i to szanować musi, że każdy cokolwiek rozum­ny człowiek z trudem wytrzymuje to towarzystwo, gdyż wymagają od niego, żeby szanował głupstwo, chociażby sobie pluł w oczy, że milczał, gdy go obrażają i lizał ich zafajdane ubranie.


Jednym z moich licznych projektów dla uleczenia tego raka życia polskiego była myśl o daniu przed wysłuchaniem ministra korepetytora dla panów po­słów dla nauczania, jak rozumnie stawiać pytania, lecz porzuciłem te myśl, gdyż nie wątpiłem, że panowie posłowie odmówią wycofania części ich gaży dla opłacenia korepetytorów i w dodatku przy chorobie na fajdanitis poslinis nie można przecież nikogo bez ryzyka postawić dla nauczania. W tych warunkach praca tych, co krajem rządzą , którzy tyle roboty swej wkładali w swoje resorty, że praca ich prze­waża najczęściej przeciętnie wymaganą ilość pracy ludzkiej w tych warunkach, powtarzam — życie ta­kich ministrów z panami chorymi na fajdanitis poslinis stać się musi jakąś katorgą nie do zniesienia. To też nigdy nie zapomnę określenia jednego z najinteligentniejszych naszych ministrów, że po rozmowie musowej dla niego z panami posłami ma on wraże­nie, że wyszedł z menażerii, napełnionej złośliwemi małpami, załatwiającemi wszystkie swoje potrzeby publicznie, nie starającymi się wcale być podobnymi do ludzi. I doprawdy, nigdy nie rozumiem, jak w takim fajdanitis poslinis szukać jakiego prestiżu sejmu, kiedy to tylko obniżanie człowieka...
P. Czechowicz stanął do rozpraw sejmu. Ja nie chcę urażać honoru p. Czechowicza, lecz doprawdy poco honor w brudnych miejscach umieszczać!! Wyznam, że będąc chorym, przeczytałem dwa pisma, o! tak dla zabicia czasu i dlatego mogę spokojnie po­stąpić odpowiednio do tytułu, że piszę tylko o wrażeniach chorego człowieka. Albowiem w kwestji zasadniczej oczekiwałem, jako prostej logiki wydarzeń od rzucenia budżetu p. Bartla i więcej myślałem o tem, jak postąpić przy formowaniu gabinetu, niż o pracy panów ministrów w sejmie. Posyłałem codziennie p. Prezydentowi zapewnienie, że czuję, iż powracam do zdrowia, i że zupełnie spokojnie na mnie będzie mógł włożyć obowiązek formowania nowego gabinetu. Nie mogę jednak nie powiedzieć, że różne perypetie, które się zaczęły dziać z p, Czechowiczcm w ludożerskiem towarzystwie, niezmiernie mnie bawiły. Po pierwsze wyskoczył tam nagle jakiś Liebermann, jako główny tenor w tej smrodliwej operetce. Pan ten ciągle stawiał jakieś tezy tak, jak gdyby był Lutrem chcącym te tezy przybić do wrót kościelnych. Gdy starałem się zrozumieć cel i treść tych tez, co kilka dni wyrzucanych na świat, tom ani razu nie mógł dojść do ich pojęcia i zrozumienia.


Gdym zmęczony chorobą, wieczorami niekiedy sobie przypominał tę śmieszny komedię, to zawsze widziałem, jak ten Liebermann występuje jako fakir i stwierdza, że na raz się zakręci, że nóg nie będzie widać wcale a tylko kręcący się w młynek tułów, lecz za to skądciś wydobędzie tezę, którą rzuci zdumionemu światu i widziałem istotnie, jak p. Liebermann powoli tracił nogi, nie opierając się zupełnie na ziemi, jak widoczne były połę fraka adwokackiego, unoszące się nad jego brzuchem i odwrotną częścią ciała i jak to z gęby to z innych części ciała wydobywał jakieś kulki, rzucając niemi dookoła siebie Liebermann był to komiczny dyszkant opery sejmowej. Ciężkim zaś bardzo ciężkim tenorem był niejaki p. Woźnicki. Ten i pan, jak zresztą p. Liebermann, posłują Już w trzecim sejmie, jest więc żelaznym posłem, i do niego w całej rozciągłości zastosować można to, co mój wiłem o chorobie fajdanitis poslinis. Znałem tego pana oddawna, gdyż w pierwszym jeszcze sejmie zajmował stanowisko tak zwanego mego sympatyka. Był już wtedy bardzo ciężki na umyśle tak, że nieraz rozmowę kończyłem propozycją, aby może zechciał o swych wysokich myślach pomówić z moją Wandą, wówczas jeszcze dwuletnią, zamiast rozmawiać ze mną. Gdy zaś stał się już teraz ludożercą, polującym, czy na tłuszcz p. Czechowicza, czy na jego worek, to stężał mocno w swym umyśle. Naturalnie zdarzają się takie wypadki, że wielki Stwórca świata komuś zapomni zawiesić w głowie latarnię. Cóż na to poradzisz? Czyż można Panu Bogu zaglądać w jego kuchnię ludzką? A może wielki Stwórca w swojem miłosierdziu nad naszą wielką skołataną Ojczyzną chciał z tego durnego hebesa stworzyć ilustrację bodaj najjaskrawszą, jako „fajdanitis poślinis", nie tylko nikczemną, ale i idiotyczną.


Niewątpliwie wielkie przysłowie polskie twierdzi, że lepiej z rozumnym przegrać, niż z durnym wygrać. Przysłowie słuszne dlatego fajdantis poslinis, gdy jeszcze jest piekielnie głupim jest najbardziej wstrętnym i obrzydliwym. Bo trudno latarni w głowie nie zawieszono i może się stworzyć przysłowie „głupi jak Woźnicki", ale za to każdy minister ma słuchać z powagą głupstw tego pana, paskudnych jego oskarżeń i ma zafajadaną i zapoconą od wysiłku myślowego zawodowego idioty, bieliznę jeszcze lizać. Kiedy więc słuchając przy słabnącej już gorączce bujd sejmo­wych, w których to komiczny dyszkant Liebermana, to tępy do niemożliwości tenor Woźnickiego się rozlega, myślałem wciąż, że logicznem zakończe­niem tej fajdanistycznej opery musi być odrzucenie budżetu. Tymczasem w tej nieodpowiedzialnej a zafajdanej dostatecznie atmosferze ta logika nie obowiązuje. Zamach na Czechowicza. który może trochę tłuszczu stracił, lecz worka nie popuścił, został za­kończony triumfalnym marszem fajdanów poselskich i protestem nowego prądu zbawczego dla Polski, reprezentowanego przez klub Bezpartyjnego Bloku. Natomiast budżet rządu, który się solidaryzował i ciągle to powtarzał, z oskarżonym przed Trybunałem Stanu p. Czechowiczem, budżet ten został uchwalony i w ten sposób rząd otrzymał tak, jak votum zaufania...


Najciekawszym jest, że rząd, którego główny przedstawiciel solidaryzował się z oskarżonym, ma teraz dla większego prestige'u fajdanitis poslinis organizować Trybunał Stanu na jednego ze swych kolegów i ma siebie tak shańbić, jak się shańbiła więk­szość sejmowa swoją sprawiedliwością. Rząd ma i się postawić na równi jednej ze śmierdzącym fajdanisem. Jeżeli, czegobym zresztą w tym wypadku życzył, miałbym być prezesem gabinetu to oświadczam publicznie, że TRYBUNAŁ STANU NIE OŚMIELI Ml SIĘ ZEBRAĆ ANI RAZU, gdyż takiej równi z fajdanistami ja sobie nie życzę. Dodatkowym zupeł­nie przysmaczkiem, całkiem już oryginalnym, o kto rym się dowiedziałem, jest, że na ostatnie posiedzenie budżetowe Sejmu jakby dla upiększenia chorych na fajdanitis poslinis ludzi, ściągnięto do Sejmu ja­kieś bojówki partyjne. Żałuję mocno, że byłem tak chory, że nie mogłem być czyny w tym dniu, gdyż nie mógłbym poprostu wytrzymać bez ataku na te bojówki, złożone z bandytów, którychbym posiekł publicznie na podwórzu sejmowem. Cóż to za nowe magnaty polskie, zbierające swe wojska dla tego, by Polska nierządem stała. Cóż za prawa przyswa­ja sobie fajdanitis poslinis, aby bandyckie spory czynić udziałem w pracach państwowych. Wyznam, że podziwiam p. ministra spraw wewnętrznych, że mógł pozwolić na takie bezeceństwa. Usprawiedli­wienie może jedyne ma p. Składkowski w tem, że zastępować musiał chorego szefa gabinetu, lecz osobiście ostrzegam, że fajdanitis w tym wypadku idzie za daleko i że panowie fajdanitisi wraz z bandytami mogą znacznie więcej odpowiedzieć, niż sobie wyo­brażają za takie bezecne czynności. Pomijając ten bohaterski akt bandytów akt bandytów fajdanitisów, cała afera sesji budżetowej zakończyła się komizmem, który jak mówiłem jest już obrzydliwy i wstrętny. Ośmiesza i znieważa wszystko: i sejm, i rząd, i nie­używane dotychczas słowo Trybunał Stanu, wszystko wymalowane na kolor fajdanitisów. A teraz, gdy niekiedy na te brudy patrzę, to jednak przypomina mi się moje biedne dno oka. Ten Trybunał Stanu jest zdumiewająco podobny do dna oka.

9 kwietnia 1929

Źródło: Nowy Dziennik, 96/1929, s. 2

Redakcja

Napisałeś/aś artykuł? Znasz nieopublikowaną dotąd anegdotę, cytat, ciekawostkę? Znalazłeś/aś w sieci wartościowy materiał lub stronę? Posiadasz archiwalne zdjęcia bądź pamiątki? Napisz do nas, pomóż w budowie portalu.

Strona: jpilsudski.org

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version