Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

22 Lis

Legiony - krajobraz po filmie

20180816 141419„Za komuny lepiej było”

Minęło prawie 40 lat od czasu, gdy korzystając z gierkowskiej odwilży, nieżyjący już Bohdan Poręba, czyli jak o nim złośliwie mówiono „czołowy piewca narodowego komunizmu”, nakręcił „Polonię Restitutę”. W filmie i serialu widzowie mogli zobaczyć wymarsz Kadrówki, bitwę pod Kostiuchnówką, kryzys przysięgowy i niewolę magdeburską Komendanta. Między tymi sekwencjami toczył się intelektualny pojedynek Józefa Piłsudskiego i Stefana Żeromskiego o to, którą drogą Polacy mają podążać do niepodległości. Pomimo że Legiony w filmie Poręby stanowiły tylko jeden z wielu wątków, sceny batalistyczne nie powalały (nawet jak na ówczesne standardy), a większość wypowiadanych w filmie kwestii była tak patetyczna, jak to tylko u Poręby być mogło, to właśnie te epizody najbardziej zapadały w pamięć. Wielka w tym zasługa Janusza Zakrzeńskiego w roli Brygadiera i Stefana Szmidta, który zagrał majora Albina Satyr-Fleszara. Nie bez znaczenia było zapewne też to, że w filmie wybrzmiała nie śpiewana wówczas publicznie „Pierwsza Brygada”, która wzruszyła wielu widzów.

Po roku 1989 w zasadzie żaden reżyser nie podjął tematyki Legionów. (Nie biorę pod uwagę serialu Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego „Marszałek Piłsudski”, bo uważam, że to bardziej teatr telewizji, niż film z prawdziwego zdarzenia.) Dlatego też ucieszyła mnie wiadomość, że znalazł się reżyser, który w związku ze zbliżającą się setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości zapowiedział, że Legionom poświęci cały film. Okazało się jednak, że z tym terminem było mniej więcej tak, jak z przysłowiową „zimą, która zaskoczyła drogowców”. Zaskoczenie filmowców było tak wielkie, że zarówno „Legiony” Dariusza Gajewskiego, jak też „Piłsudski” Michała Rosy i serial „Ziuk” Jarosława Marszewskiego, widzowie mogą obejrzeć dopiero w tym roku.

„Prawda promocji – prawda ekranu”

Trudno. Skoro czekało się już tyle lat, można było poczekać jeszcze rok. Zwłaszcza, że film „Legiony” zapowiadano jako dzieło na hollywoodzkim poziomie, z budżetem 27 milionów złotych. To miała być „najdroższa krajowa superprodukcja ostatnich lat. Zapierająca dech w piersiach opowieść o miłości, młodości, walce i zwycięstwie, zrealizowana przy użyciu najnowocześniejszych technik. Prezentująca sceny batalistyczne, jakich w polskim kinie jeszcze nie było”. Fabuła miała skupiać się na „bojowym czynie Legionów Polskich z lat 1914-1916, czyli od wymarszu z Oleandrów aż po bitwę pod Kostiuchnówką. Natomiast epilog to wydarzenia z listopada 1918 r.”.

Tyle wynikało z oficjalnych zapowiedzi. A co z tego wyszło? Na pierwszy plan filmu zostały wysunięte perypetie miłosne wywiadowczyni          I Brygady i zakochanych w niej piechura i ułana. Ich historia przypomina trochę amerykański hit kinowy „Pearl Harbor”, a scena wynoszenia rywala spod ognia jest jakby żywcem wyjęta z „Na zachodzie bez zmian”. O jakości gry aktorów i o scenariuszu jednak nie będę się wypowiadać, bo krytyk filmowy ze mnie żaden. Chcę raczej skupić się na wątku historycznym stanowiącym tło filmu. W tej kwestii niestety nie jest w „Legionach” najlepiej.

Wydarzenia historyczne przedstawione w filmie sprowadzają się w zasadzie do trzech epizodów. Są to: wymarsz Kadrówki, szarża pod Rokitną i jeden dzień z bitwy pod Kostiuchnówką.

Przyjrzę się im po kolei. Jedna z pierwszych scen, w której poznajemy głównych bohaterów, przedstawia przemyt broni z zaboru rosyjskiego dla formujących się oddziałów strzeleckich. Z kolejnej sceny, w której broń ta dociera do Oleandrów, można by wywnioskować, że do tej pory ani strzelcy, ani drużyniacy prawdziwego karabinu na oczy nie widzieli. Na ich widok dostają nagle „małpiego rozumu” i okładają się jak smarkacze. W tym momencie na ekranie pojawia się Król-Kaszubski, który niczym dobry ojciec dzieciom tłumaczy, po co wszyscy tu się znaleźli. Ta scena jest tak nieprawdopodobna, że aż nie bardzo wiadomo, jak ją skomentować. Przecież ci ludzie szkolili się co najmniej od 1910 roku – od kiedy można było w Galicji jawnie zakładać organizacje strzeleckie. Niektórzy mieli staż w Związku Walki Czynnej, a jeszcze inni w Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Broń w rękach mieli nie jeden raz. A przede wszystkim na pewno wiedzieli po co i dlaczego tu przyszli – bez dziecinnego wykładu-kazania o „trzech cesarzach, których w dupie mamy”!.

Kolejny epizod to szarża pod Rokitną. Batalistyka na światowym poziomie – cwałujące konie, wybuchy, lejąca się krew. To robi wrażenie. Zastanawia tylko jedna kwestia: czy rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz faktycznie przed całym dywizjonem wyrażałby swoje zdanie na temat celowości szarży? Mówiłby, że zadanie, które przed nimi stawiano, to jawne samobójstwo? Proponowałby zmniejszenie strat i szarżowanie tylko jednym szwadronem? W gronie oficerów taka scena byłaby jak najbardziej przekonująca. Jednak, skoro rotmistrz wygłasza pełne wątpliwości słowa przed frontem ułanów, staje się niewiarygodna. Ponadto w połączeniu z później padającymi patetycznymi słowami o Kłuszynie, Chocimiu i Wiedniu, staje się wręcz śmieszna.

Dzień z bitwy pod Kostiuchnówką został przedstawiony jak najbardziej realnie – atak rosyjskiej piechoty, kanonada artyleryjska, podkopy i wybuchy. To podczas właśnie tej bitwy żołnierze ukuli powiedzenie: „kto pod kim dołki kopie… ten ma dużo erkazytu”. W najbardziej dramatycznym momencie jeden z głównych bohaterów czołga się pod ostrzałem, by połączyć zerwane przewody łączące ładunek wybuchowy z detonatorem. Co w tej scenie może budzić wątpliwości? Ładunek wybuchowy jest wkopany w ziemię tak, że zdobywający okop Moskale są nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa. Jednak kabel od tego ładunku leży na wierzchu, pomiędzy kolejnymi liniami polskich okopów. Ja na saperce się nie znam, ale to wydaje się dziwne. Zresztą jest w filmie jeszcze jedna scena z podkładaniem ładunków, która nasuwa pytania do fachowców. Oto główna bohaterka i jej koleżanka, obie przebrane za wiejskie dziewczyny, mają za zadanie wysadzić most kolejowy. Ładunki niosą w zawiniątkach ustylizowanych na beciki z niemowlakami. Udaje się im podłożyć bomby i podpalić lont, ale pilnujący mostu czujni sołdaci w pewnym momencie orientują się w polskim podstępie. W ostatniej chwili udaje się im unieszkodliwić jeden z ładunków. Wtedy nadjeżdża pociąg. Drugi z ładunków wybucha i całe przęsło spada do wody. Mam pytanie: czy naprawdę jeden niewielki ładunek jest w stanie spowodować takie spustoszenia?

„Ło Jezu, a cóż to za wojacy?”

Postaci historycznych w filmie jest niewiele. Najważniejsza z nich to Stanisław Król-Kaszubski. Bądźmy szczerzy – to nazwisko większości widzów zapewne nie mówi nic. Z jednej strony to źle, że taki bohater jest mało rozpoznawalny. Z drugiej – dzięki temu scenarzyści mogli całkiem nieźle „podrasować” jego życiorys, żeby wzmocnić dramaturgię przekazu. I tak zamiast rewolucjonisty 1905 roku, filmowy Kaszubski jest bohaterem wojny rosyjsko-japońskiej. Po schwytaniu Króla do niewoli jego dawny towarzysz, Polak w armii carskiej, robi wszystko, by przeciągnąć go na stronę rosyjską. To niezły pomysł. Mimo że jest tylko wytworem wyobraźni scenarzystów, to ten wątek całkiem sensownie nakręcono i jakoś specjalnie nie razi. Ostatecznie byli przecież wśród legionistów bohaterowie wojny rosyjsko-japońskiej, np. Leon Berbecki.

Inna historyczna postać przedstawiona w filmie to Stanisław Topór-Kisielnicki. Pojawia się w zasadzie na moment, aby poinformować jednego z głównych bohaterów, że został przeniesiony z piechoty do kawalerii, do innej brygady. Później widzowie oglądają Kisielnickiego szarżującego i ginącego pod Rokitną. W tej scenie po upadku z konia walczy złamaną szablą i dostaje kolejne postrzały (warto wiedzieć, że faktycznie w ciele Topora znaleziono 10 kul). Na ekranie pojawia się również wspomniany wyżej Zbigniew Dunin-Wąsowicz – w scenie poprzedzającej słynną szarżę. Jest też jeszcze moment, w którym pojawia się Tadeusz Kasprzycki mówiący jedno zdanie po obaleniu słupów granicznych.

Wreszcie sam Komendant Piłsudski – widzowie oglądają go może przez minutę, gdy wypowiada pierwszą część słynnego rozkazu do Kompanii Kadrowej. Nasuwa się pytanie: dlaczego nie przytoczono całego rozkazu? Można było to ująć w filmie – wiem, że materiał był nakręcony.

Ponadto według napisów i bazy filmu polskiego aktor Maciej Marczewski odtwarza postać Kazimierza Sosnkowskiego, ale konia z rzędem temu, kto wypatrzy na ekranie legendarnego Szefa.

„Że przystroił w mundur ciało, to na leguna trochę mało”

To w zasadzie wszystko, czego widzowie mogą się dowiedzieć o Legionach z „Legionów”. Trochę mało. To zaskakujące, bo konsultantami filmu byli profesorowie Wiesław Jan Wysocki i Wiktor Cygan, czyli nie byle kto – prawdziwi znawcy tematu. Nie brakuje również literatury fachowej, z której mogli skorzystać reżyser i scenarzyści. Wreszcie najważniejsze jest przecież tyle wspaniałych pamiętników legionowych! Wystarczyło wziąć pierwszy z brzegu i można było nakręcić coś bardziej prawdziwego. Tymczasem widzowie nie zobaczą nie tylko wielu wydarzeń kluczowych dla legionistów, ale nie poznają praktycznie żadnej z rozterek, jakie im towarzyszyły. Składać przysięgę czy nie składać?  Opowiedzieć się po stronie Komendanta czy CK-mendy? Jak odnieść się do zachowania królewiaków, którzy z rezerwą a niekiedy wrogością reagują na wkraczające oddziały? Żadnego z tych pytań film nie stawia i na żadne z nich nie próbuje odpowiedzieć. Mało tego, z filmu nie dowiemy się, dlaczego w ogóle powstają Legiony? Niby ktoś coś mówi o powstaniu, które ma wybuchnąć w Kongresówce. Potem ktoś w tle czyta komunikat o powstaniu Legionów. Jednak wszystko to gdzieś ginie. Na dobrą sprawę wygląda to trochę tak, jakbyśmy sami wojnę Rosji wypowiedzieli.

Zamiast tych wszystkich istotnych spraw mamy „bardzo inteligentną” rozmowę na temat: dlaczego Piłsudski nosi wąsy.

Jeszcze jedna kwestia mnie zastanawia. Dlaczego twórcy nie wykorzystali praktycznie nic z bogatego repertuaru piosenek legionowych? Ten film aż prosi się o scenę śpiewających (na przykład przy ognisku czy czyszczeniu broni) żołnierzy. Tymczasem w „Legionach” słychać jedynie fragment pieśni „Naprzód drużyno strzelecka” – podczas sceny wymarszu z Oleandrów.

Jeśli jest coś, za co ten film trzeba pochwalić – to za mundury. W „Legionach” naprawdę widać, że ułani to „chłopcy malowani”, a piechota to „szara piechota”. Podobnie jest z bronią. Mosin, czy Mauzer nie udają Manlichera (przynajmniej na pierwszym planie). Niestety gorzej jest z szablami. Egzemplarze, które widać w rękach straceńców spod Rokitny, to polskie szable tzw. „siedemnastki” powstałe dobre półtora roku później. Podkomendni Dunina-Wąsowicza siekli Mochów austriackim żelastwem.

Uwzględniając historyczne i edukacyjne aspekty „Legionów” niestety moja ocena filmu to zaledwie 3.

W prawdziwych Legionach powstała Rada Pułkowników, która postulowała do władz austriackich o „legionizację Legionów”. Okazuje się że taki sam postulat należało by postawić przed twórcami filmu: „więcej Legionów w „Legionach”.

Piotr Siwicki

foto: autor

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ostatnio zmieniany piątek, 22 listopad 2019 19:15

Media

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version