Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

09 Sie

Chrzest z jodyny na ułana

wieniawa legionyDo samej śmierci, a może nawet i dłużej, będę równie dumny z faktu, że karierę moją wojskową i wojenną rozpocząłem w szeregach królowej wszystkich broni, piechocie, jak szczęśliwy z tego powodu, że Bóg litościwy po krótkich i zaszczytnych, lecz ciężkich cierpieniach powołał mnie ustami Beliny do grzesznego ułańskiego nieba.

Zasługi moje w piechocie – wyznaje to szczerze – były i bardzo mizerne, i bardzo krótkotrwałe: 6 sierpnia 1914 r. wymaszerowałem z Pierwszą Kompanią Kadrową z Oleandrów, jako szeregowiec w czwartym plutonie. Wraz z całą kompanią szalałem z radości, gdy przekraczając dawną granicę austriacko-rosyjską obalaliśmy słupy graniczne nie dla symbolu jedynie, lecz w głębokiej wierze, że już nigdy odtąd obca a zbrodnicza ręka nie będzie ojczyzny naszej dzieliła na części.

Na pierwszym etapie w Słomnikach, po całodziennym marszu, przypadła mej sekcji całonocna służba ubezpieczeniowa, a nazajutrz dalszy marsz do Miechowa.

Wejście nasze i naszą czupurną piosenkę, grożącą carowi rychłą szubienicą przyjęła przerażona mieścina pustką i trwożliwą ciszą, przerywaną jedynie stukotem pospiesznie zamykanych okien, z wyjątkiem tego jednego, z którego jakaś biała niewieścia dłoń cisnęła nam pod nogi garść czerwonych dalii.

Czyż muszę dodać, że wszystkie nasze serca pierwszych żołnierzy polskich z czasu wielkiej wojny, legły najtkliwszymi uczuciami u stóp ukrytej za białą firanką, a tak w tej chwili drogiej i bliskiej nieznajomej?

W Miechowie na brusach wyostrzyliśmy nasze bagnety i przeżyliśmy pierwszy alarm, niestety fałszywy, bo spowodowany ostrzelaniem austriackich dragonów przez nazbyt gorączkową czujkę. Tam też zacząłem powątpiewać w ogólny zapał wojenny rodaków, a zwłaszcza straciłem wiarę w patriotyzm tego krakowskiego szewca, który sprzedał mi za drogie pieniądze buty z „nie wyraszplowanymi” wewnątrz podeszwami, wskutek czego obie stopy miałem w ranach i maszerować mogłem dalej jedynie dzięki pomocnej radzie jednego z bardziej doświadczonych kolegów, który mnie wtajemniczył w arkana onucy i słomianego wiechcia.

Niedługa zresztą przyszło mi maszerować.

W Wodzisławiu, leżącym kilkanaście kilometrów od Miechowa, Herwin, dowódca kompanii postanowił oddziałek swój na podwodach pchnąć do Jędrzejowa. Spośród zaś obeznanych z jazdą konną mnie i Sępowi (Sępińskiemu) kazał w konnej szpicy ubezpieczać posuwanie się kompanii.

I oto nadszedł kres mojej piechotnej służby!

Gwarząc z Sepem, a równocześnie wypatrując pilnie dokoła, niewydajnym kłusem fornalskiego siwka przetruchtowałem już kilka kilometrów, gdy usłyszałem za plecami raźny tętent kilku koni.

W chwilę potem zrównał się z nami Belina, mknący na czele swego patrolu. Dziewięciu ludzi wraz z dowódcą. Cała nasza kawaleria. Już wtenczas duma nasza i chluba

– Cześć obywatelom!

– Cześć, obywatelu komendancie!

– Wieniawa – zagadnął mnie Belina, który znał mnie gdyż przez cztery dni poprzedzające wymarsz z Kadrówką, byłem sekcyjnym w jego szkolnej kompanii – dlaczego nie powiedzieliście mi, że jeździcie konno?

– Nie pytaliście mnie o to – komendancie.

– Od dzisiaj należycie do mojego patrolu.

– Rozkaz. Ale tymczasem jestem przydzielony do Kadrowej Kompanii.

– To już moja głowa. W Jędrzejowie zgłoszę się po was do Herwina z rozkazem Komendanta Głównego, przydzielającego was do konnego patrolu.

Z tymi słowami pożegnał mnie ruchem dłoni i dawszy koniowi ostrogę doskoczył do swego oddziałku, który już był nas wyminął.

Nadzieja służby w kawalerii uśmiechała mi się uwodliwie. Choć, jak już wspomniałem, dumny byłem szalenie z mego debiutu piechotnego w szeregach Pierwszej Kadrowej, choć z kolegami z mego plutonu i z całej kompanii zdążyłem się związać szybko w tym niezapomnianym marszu dojrzewającą a serdeczną przyjaźnią, choć z nowiutkim manlicherem na ramieniu i z tornistrem na plecach czułem się tak, jakby mnie kto na sto koni wsadził, niemniej przeto na grzbiecie jednego konia było mi jakoś lepiej, raźniej i bardziej jeszcze wesoło. Przynajmniej na razie. Tradycje w rodzinie miałem raczej kawaleryjskie i ułańskie, które dopiero mój ojciec przerwał, służąc w 1863 r. w piechocie pod Czachowskim, nadto wraz z innymi zazdrościłem naszym kawalerzystom pierwszej już potyczki z nieprzyjacielem pod Michałowicami i w ogóle łatwiejszych możliwości kontaktu z Moskalami.

Wkrótce po rozkwaterowaniu się w Jędrzejowie zostałem wezwany do dowódcy kompanii. Zastałem tam Belinę.

– Obywatelu Wieniawa – odezwał się do mnie nieodżałowanej pamięci Herwin-Piątek, żołnierz natchniony, asceta, traktujący służbę w szeregach legionowych, a zwłaszcza w Kompanii Kadrowej za posłannictwo, wymagające zakonnych rygorów i abnegacji. – Obywatelu Wieniawa – Belina chce was zabrać do swego patrolu. Czy godzicie się na porzucenie kompanii?

Belina nie dał mi czasu do odpowiedzi na to dość kłopotliwe dla mnie pytanie. Ze zwykłą dla siebie popędliwością rzucił się na Herwina za niewojskowy sposób stawiani sprawy, oświadczył, nie bez pewnej racji, że nic tu nie mam do gadania, powołał się na rozkaz Komendanta Głównego, nb. wydębiony pod pretekstem, że dla swego ruchliwego i ciągle delegowanego oddziałku potrzebuje opieki sanitarnej, którą ja, wobec mojego doktoratu medycyny, będę mógł pełnić w nagłych wypadkach obok normalnej kawaleryjskiej służby.

Rozkaz Komendanta Piłsudskiego rozstrzygnął oczywiście kwestię mego przydziału bezapelacyjnie.

Odmeldowałem się więc natychmiast u Herwina, pobiegłem duchem do dowódcy plutonu Kruszewskiego Jana, by tę samą załatwić formalność, z żalem pożegnałem się z kolegami i z moim manlicherem, bo musiałem go zostawić w kompanii, by w kilka minut potem, po zameldowaniu się u Beliny, w mniej licznej, ale wyborowej kompanii pierwszych Beliniaków, oblewać zardzewiałe ostrogi, u jakiegoś Żydka jędrzejowskiego kupione pośpiesznie, srogie buciory, bodajże ofiarowane mi przez miejscowego aptekarza i nie wiem już dzisiaj jakim sposobem nabytą kozacką szaszkę.

Nazajutrz już gnaliśmy jak sfora gończaków za patrolem kozackim, który pod sam prawie Jędrzejów podjeść się odważył, ale na nasz widok, mimo liczebnej przewagi, czmychnął z zajęczą chyżością. A potem my z kolei kopnęliśmy się w stronę Kielc – aby zobaczyć i meldować później komu należy, co się tam święci. Zaczęło się dla mnie niezrównane, najpiękniejsze na świcie życie kawalerzysty w służbie podjazdowej, żmudne i uciążliwe, ale radosne, beztroskie, upajające. Dość wspomnieć uwolnienie więźniów politycznych z więzienia w Chęcinach, pierwszą potyczkę z dragonami pod Szydłówkiem, niespodziewaną bitwę w ulicach Kielc, bitwę pod Czarnówkiem, gdzie pierwszy raz posmakowaliśmy wespół z piechotą ognia armatniego, osłonę odwrotu naszej piechoty przed lękliwym i żółwim pościgiem całej prawie dywizji jazdy rosyjskiej, która macała nas płochliwymi patrolami, bitwę pod Brzegami nad Nidą, grzmotem naszych antycznych, ale zuchwałych werndli rozgłośną, te nasze podjazdy i ciągłe patrole w sumiennej kawaleryjskiej pracy, którą w ciągu kilku dni zdobyliśmy uznanie nie tylko naszych dowódców, ale także Austriaków, od początku patrzących na nas zawistnym, kosym okiem.

Na odprawie w Jędrzejowie oświadczył Komendantowi Piłsudskiemu generał Le Gay, dowódca brygady jazdy, operujący w łączności z nami, że kilkunastu polskich kawalerzystów dostarcza mu więcej wiadomości o nieprzyjacielu, niż cała jego brygada.

Skrzydła u ramion rosły nam w tej ułańskiej terminatorce, ale z innymi, bardziej delikatnymi częściami ciała działo się coraz gorzej. Długie pięciokrotne karabiny Mannlichera starego typu, z umieszczonym z boku celownikiem na dalsze odległości, wybijały nam krwawe, niegojące się rany w krzyżu. Ja zwłaszcza cierpiałem bardziej od moich kolegów. Chociaż od dzieciństwa zaprawiony do konia przez dziewięcioletni bez mała pobyt za granicą wyszedłem zupełnie z treningu. Ciągła styczność z angielskim siodełkiem, nieodpowiednim do wojennej całodziennej jazdy, odbiła się fatalnie dla niezmiernie ważnych dla jeźdźca szczegółach anatomicznych.

Od trzeciego dnia dosiadanie konia po każdym noclegu lub odpoczynku stało się dla mnie udręką, każdy kłus torturą. Jeździłem na jednej wielkiej, rozjątrzonej ranie, ciągnącej się nielitościwie od kolana do kolana. Zaciskałem zęby, pogwizdywałem z determinacją, recytowałem po cichu a z zapamiętaniem wszystkie znane mi wiersze we wszystkich znanych mi językach i kłusowałem – raz-dwa, z postanowieniem, że albo przetrzymam, albo zdechnę, ale na siodle. Belina i koledzy namawiali mnie, żebym wypoczął i podleczył się przez kilka dni. Uparłem się. Bieliznę miałem całą we krwi, zakrwawione rajtuzy, jeździłem na żywym mięsie, ale oddziału porzucić nie chciałem.

Na koniec, po kilku dniach, właśnie w okresie bitwy pod Brzegami, podczas popołudniowego wypoczynku, natknąłem się na doktora Roupperta, obecnego szefa sanitarnego, który Kadrową Kompanię wyposażył w opatrunki i razem z nami wymaszerował z Oleandrów.

– Obywatelu doktorze – zwróciłem się doń z prośbą­ – żołnierz, rodak, tułacz, bliźni, głos błagalny do was wznosi. Dopomóżcie dawnemu koledze po fachu. Niedoszłej chlubie okulistyki, choć dziś odstępcy i zaprzańcowi.

– Cóż to brakuje, obywatelu?

– Ba! Mam raczej czegoś za dużo, przede wszystkim zaś konnej jazdy. Cierpię z tego powodu niewymownie, w niewymownych okolicznościach.

– Pokażcie no więc ten kawaleryjski krajobraz.

Ruchem pozbawionym zupełnie dziewiczej wstydliwości zabrałem się do ściągania rajtuzów, a potem, z sykiem odrywając przyschniętą do ran bieliznę, zademonstrowałem doktorowi tę część ciała, gdzie – jak powiada Prus – nogi tracą swą szlachetną nazwę.

Obywatel doktór złapał się za głowę.

– Człowieku! – zaczął krzyczeć na mnie – Przecież wy w tym stanie ani chwili nie możecie zostać w szeregach. Sami jesteście doktorem. Niezależnie od bólu dotkliwego wasza rana grozi zakażeniem. Musicie iść bezzwłocznie do szpitala.

– Człowieku – obywatelu – dziedzicu, oznajmiam wam uroczyście i solennie, że do szpitala nie pójdę. Wojna się skończy lada dzień, a ja będę gnił w szpitalu i nawet kaprala się nie dosłużę. Na to nie ma zgody, Chcecie mi pomóc, to polakierujcie mnie jodyną i obdarujcie paczką waty, a jeśli nie… do widzenia. Siadam na konia na surowo.

Uległ w końcu przezacny Stachurek, ale przedtem, zwoławszy żołnierzy przechodzącego opodal szosą batalionu piechoty, kazał im admirować moje rany i natchnionych słowach wychwalał moją zaciętość i kawaleryjską wytrzymałość.

Stałem podczas jego wykładu okrakiem, pochylony ku przodowi, w pozycji zasadniczo „niezasadniczej”.

Potem doktór, owinąwszy na koniec patyka spory kawał waty i ostrzegłszy mnie, żebym trzymał się ostróg, bo inaczej wyskoczę ze skóry, zaczął powoli i systematycznie malować mnie jodyną.

Do licha! Znałem bardziej wyszukane rozkosze! A tu, zwłaszcza z powodu licznej asysty, nie wypadało nawet nalegać na pośpiech i trzeba się jeszcze było odgryzać piechurom za łatwe, a trafne wobec bliskiego celu żarty. Wreszcie skończyło się. Opatuliłem się watą, zapiąłem bieliznę i rajtuzy, uścisnąłem dłoń doktora, do piechurów raz jeszcze obróciłem się zachodnim frontem z zapraszającym a wymownym gestem i pobiegłem ku Belinie. W samą porę.

– Do koni! Podciągać popręgi! – rozległ się właśnie jego rozkaz.

W chwile później kłusowałem wraz z innymi za Beliną. Rany krwawiły jeszcze, paskudziły się i bolały jakiś czas, ale po kilku dniach przyschło na mnie wszystko, aż po jakichś dwóch tygodniach odpadł ze mnie, jak skóra z węża, pancerz stwardniałej zapiekłą krwią waty i od tego czasu mogłem jeździć konno, chociażby na rozpalonej blasze.

Moją zaś zawziętością i wytrzymałością wzruszony doktor Rouppert protekcjonalnie pozwolił mi zostać w ułanach, mimo iż w myśl rozkazów, których on właśnie był stróżem i wykonawcą, należało mi, jako lekarzowi, przejść do służby sanitarnej.

– Nie mogłem się zdobyć na to, żeby cię tak srogo skrzywdzić – Wiedziałem, jak bardzo jesteś przywiązany do swej broni i sam przecież pod Brzegami jodyną namaściłem cię na ułana ostatecznie i nieodwołalnie.

Media

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version