Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Historia wymarszu I Kompanii Kadrowej

Oleanry LegioniściJuż od kilku dni, od 1 sierpnia 1914 r., zmieniony do niepoznania, w postaci, pod którą najbystrzejsze oko nie mogłoby się dopatrzeć długoletniego bywalca kawiarni de la Rotonde i „Closerie de Lilas” na Montparnasie, doktora medycyny in partibus infidelium, trochę malarza, cokolwiek literata itd., odziany w strzelecki mundur, ze łbem wygolonym jak kolano (acz porównanie to nie jest najtrafniejsze), wybijałem zapamiętale straszliwymi buciorami marsz ćwiczebny, jako skrzydłowa szarża drugiego plutonu drugiej kompanii szkolnej w koncentracyjnym obozie strzeleckim w Oleandrach krakowskich. Pewność, że wojna jest nieuniknioną, pewność już niewątpliwa dla największych optymistów między europejskimi dyplomatami i dla największych pesymistów pośród naszej gromady, pozwalała mi ochoczo znosić wszystkie trudy i przykrości obozowego życia, jak czyszczenie butów, trzepanie sienników, spanie gromadne, a zwłaszcza wstawanie ze świtem dnia. Każdy, kto zdaje sobie sprawę, że przeciętny człowiek znacznie chętniej poświęca ideały swe dla nałogów, niż na odwrót nałogi dla ideałów, oceni łatwo wysiłek, potrzebny do nałamania się do nowego stylu życia u osobnika będącego – przynajmniej pod względem ilości wad, nałogów i narowów – nieprzeciętnym człowiekiem.

Oleandry rozbrzmiewały od rana do nocy okrzykami komend, szczękiem broni i tupotem marszów, a w chwilach wolnych od musztry, żartami, dowcipami i buńczuczną, jurną piosenką, która towarzyszyła nam przez długie lata wojny, w czasie największych trudów i niedoli, jednako wesoła, beztroska i przekorna.

Jak czarodziejskie kwiaty wyrastają na oczach widzów pod magicznym wpływem dłoni fakira, tak, w tym nastroju pracowitego człowieka, wśród wiary zebranej ze wszystkich stron Europy (większość bowiem w szczepach stanowili w tym czasie studenci z uniwersytetów polskich i zagranicznych) rodziły się szybkie serdeczności i przyjaźnie.

Czwartego (powinno być: trzeciego – przyp. red.) sierpnia przymaszerował do Oleandrów pierwszy oddział Drużyn Strzeleckich, organizacji prowadzonej przez młodzież narodową. Nastąpiło uroczyste zjednoczenie organizacji Strzelca i Drużyn. Do sfrontowanych naprzeciw siebie oddziałów przemówił w kilku słowach Komendant Główny Józef Piłsudski, o wspólności zadań, o czekającej nas walce za wolność i niepodległość, o konieczności i znaczeniu zespolenia dla tego celu wszystkich wysiłków. Na znak pojednania zamienił Komendant orła strzeleckiego ze swej czapki na odznakę dowódcy oddziału drużyniackiego. Był nim, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, Norwid-Neugebauer. Oznajmiono nam potem, że z obu oddziałów zostanie wydzielona jedna kompania pod nazwa Pierwszej Kompanii Kadrowej.
Wyznaczonych do służby w nowej jednostce zaczęto wywoływać numerami. Podobnie ja koi towarzysze, nie bardzo zdawałem sobie sprawę, o co idzie w formowaniu nowej kompanii. Domyślałem się jednego więcej symbolu pojednania.

Spodziewałem się jednak czegoś więcej, sam nie wiedząc czego, bo stojącego z bronią u nogi paliła ochota i szarpał lęk i niepewność; wywołają mnie czy ominą?

-    Numer 45!

Oman nie krzyknąłem z radości i wyskoczywszy z szeregu, jak porwany trąbą powietrzną, w trzech susach doskoczyłem do nowego zastępu. Od tego momentu już spokojniej już obserwowałem dalszy ciąg ceremonii. Padały nowe numery i coraz nowy dochodził do nas kolega. Znajomków, towarzyszy z dawnych sekcyj i plutonów witaliśmy radośnie – „Kalina – byczo! – Brzęk – bywaj bracie! – Roch! I jego przydzielili, to morowy chłop! – Młot – szlusuj tu do mnie!” Wybrańcy promienieli radością – zazdrośnie spoglądali na nas pozostali.
W pewnej chwili drogi i zacny W. Sieroszewski, pośród młodych najmłodszy, wśród zapaleńców najbardziej gorący i promienny, skoczy ku Komendantowi, by w postawie służbistej, ale prawie zbuntowanym wzrokiem i zapalczywymi słowami, o przydział do kompanii nalegać. Wiedział on pewno więcej od nas i wiedział, o co prosi, lecz na nic zdały się jego błagania. Skarcony spojrzeniem i groźnym słowem przywołany do porządku, musiał wrócić na swe miejsce.

Nam zaś jeszcze tego dnia wydano nowy rynsztunek, tj. stare austriackie tornistry, błyszczące menażki, mocne rzemienne pasy i, co najważniejsza, nowiutkie, „jak z igły”, karabiny Mannlichera z bagnetami, w kilka dni później zgodnie z proroczą dla nas strzelecką pieśnią, w Miechowie „o ojców grób” ostrzonymi. Dołożył na do tego Litwinowicz po 80 ładunków, niektórym, po starej protekcji lub nowej przyjaźni, ukradkiem po jednym magazynku dodając. My zaś zaczęliśmy rozumieć coraz więcej, a radość i duma napełniały nas coraz bardziej.

Nazajutrz zaalarmowano kompanię przed świtem. W trzy migi byliśmy pod bronią. Komendant Kompanii Kasprzycki „Zbigniew” odczytał nam rozkaz Komendanta Głównego.

Żołnierze, spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przekroczycie granice rosyjskiego zaboru.

Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami. Nie naznaczam szarż, każę tylko bardziej doświadczonym wśród was pełnić funkcje dowódców. Szarże uzyskacie w bitwach. Każdy z was może zostać oficerem, jak również każdy oficer może znów zejść do szeregowców, co, mam nadzieję, się nie zdarzy”.

Wyruszyliśmy potem. Choć ciążył pełny rynsztunek bojowy (po jaka cholerę napchałem tyle książek do tornistra?), maszerowaliśmy krokiem raźnym, żeby jak najprędzej dostać się do granicy, bo przecież jasnym było, że idziemy nie na żarty, nie na jakieś manewry, że nareszcie idziemy na Moskala.

Sny dziecinne, marzenia chłopięce, nadzieje wbrew nadziei, stały się wreszcie rzeczywistością.

Nagle zagrzmiały słowa komendy: Tyraliera w lewo! – Pluton pierwszy kierunek na kopiec – odstęp normalny! Pluton drugi… ­– kierunek… odstęp…! Pluton trzeci…! Pluton czwarty…! Biegiem marsz!”.

Zrobiliśmy na Błoniach atak ćwiczebny i na tym się skończyło. Jak gorzki zawód. Rozczarowani i zawiedzeni, z nosa na kwintę wróciliśmy do Oleandrów.

Następnego dnia, 6 sierpnia, ponowny alarm. Kompania stanęła w dwurzędzie na dziedzińcu. Dowódca kompanii złożył raport Komendantowi, który w otoczeniu małej grupki strzeleckich dostojników przeszedł przed frontem kompanii. Każdemu z nas zajrzał w oczy przechodząc i każdemu z nas od tego spojrzenia coś w piersiach zakipiało. Potem przedefilowaliśmy przed nim, patrząc według komendy na prawo i w spojrzeniach naszych oddając mu się bez reszty na wierną służbę.

Jej i Jemu.

I po raz wtóry krew gorącym ukropem zbiegła się w jakimś najtkliwszym punkcie pod lewą piersią. A potem pomaszerowaliśmy. Szliśmy najpierw droga na Krzeszowice. Dokądże to idziemy? Czyż we dworze Potockich mamy szukać Moskali? Kołem szerokim obeszliśmy Kraków, po wczorajszym doświadczeniu ciągle niepewni i niedowierzający. Wreszcie weszliśmy na szosę kielecką. Gdzież teraz skręcimy – na prawo do Krakowa, czy na lewo?
Kroczący na czele kompanii Kasprzycki, wyszedłszy na szosę, zachodzi na prawo. Rozpacz! Nagle „Zbigniew”, rzuciwszy przekornym spojrzeniem na kompanię, zakręcił na lewo. Ku granicy!
Gromkim „hurra”! odpowiedziała na ten zwrot kompania.

Odtąd już nie maszerowaliśmy, ale nas coś niosło – coś porywało. Zagrzmiała stara strzelecka pieśń Hej strzelcy wraz, potem drugi pluton zahuczał pieśnią przez nieodżałowanego Ostera-Ostrowskiego (zginął w 1916 r. śmiercią bohaterską) w marszu ułożoną:

Raduje się serce, raduje się dusza

Gdy Pierwsza Kadrowa na Moskala rusza

Oj d! Oj da dana! Kompanio kochana,

Nie masz to jak pierwsza, nie!

Za nimi czwarty pluton, dowodzony przez Jasia Kruszewskiego, zaczął wyrykiwać moją, na francuską ułożoną nutę:

Człek mądry był jak rabin,

Na szczyt się wiedzy piął,

Do ręki wziął karabin,

A mądrość diabeł wziął.

Kiedy cię serce boli,

Lub dusze kryje mrok,

Zbędziesz się melancholii,

ćwiczebny dudniąc krok

Więc naprzód z pieśnią zuchu,

A smutek jechał sęk,

Ma człek gnić z dziurą w brzuchu,

Lepiej, by z śmiechu pękł. Itd.

Rozśpiewani i rozradowani odwaliliśmy kilka kilometrów, dzielących nas od granicy, sami nie wiedząc kiedy i jak. Słupy graniczne minęliśmy w milczeniu, maszerując na baczność, salutowani przez gromadkę strażników celnych i oddziałek dragonów austriackich, gapiących się na nas ze straszliwym respektem. W rozkolebanym lekko terenie szosa powoli wznosiła się ku górze.

Kiedy stanęliśmy na szczycie wzniesienia, skąd szeroki roztaczał się widok na północ, na Królestwo, Kasprzycki zatrzymał i sfrontował kompanię, a stanąwszy przed frontem, zwrócił się do nas z następującymi słowami:

„Koledzy! Weszliśmy na ziemię Królestwa Polskiego jako pierwszy od 1831 roku oddział regularnego wojska polskiego. Powitajmyż tę ziemię po żołniersku!”
- Baczność! Zakończył swe przemówienie już tonem komendy. – Prezentuj broń! Kompania w prawooo – patrz!

Stanęliśmy wyprężeni, z karabinami usztywnionymi  u lewego boku, spojrzeniem żołnierskim, jak za Wodzem naczelnym, tak po ziemi przed nami leżącej, po ziemi kochanej wodząc. Naprzeciw nas, za skrętem w dół spływającej szosy, w dwurzędzie, niby kompania honorowa, na nasze powitanie wysłana, słała się aleja smukłych, strzelistych – rzekłbyś – również „na baczność” wyciągniętych topoli. Żarkie, wysoko już na niebie stojące słońce kładło swe błogosławiące promienie na tej ziemi, jakby w dreszczu oczekiwania zastygłej, na jej łanach złotych i łąkach szmaragdowych, na ukrytych wśród ciemnych sadów wioskach, na widniejącym na horyzoncie sosnowym lasku, zwierciadliło się w stawie opodal i w skocznych pętlach rzeczułki, a pewno i w naszych dygocących entuzjazmem sercach, jak w rozkołysanych pierwszym podmuchem wojennej zawieruchy, najwyższych falach morza Polski.
-    Baa-czność! – zabrzmiała wreszcie komenda – kolumna czwórkowa w lewo – czwórki w lewo zwrot! – kompania – marsz!

Ruszyliśmy naprzód – na Słomniki, Miechów, Kielce – do Warszawy.

Wędrowaliśmy długie, długie lata, aż wreszcie doszliśmy. Ale wówczas, w sierpniu 1914 roku, niewielu takich było w Polsce, co wierzyli, że dojdziemy.

Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version