Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

04 Paź

Sagi krakowskie - "Jabłka spod jabłoni". Opowieść o Belinie-Prażmowskim i jego bliskich.

  • Napisane przez  Katarzyna Kobylarczyk
Wszystko zaczęło się od tego, że wezwał go do siebie Komendant. Władysław miał wtedy 26 lat, a Komendant powiedział: "To jest bardzo niebezpieczne. Jest 90 procent pewności, że wszystkich was powieszą". Belina zgodził się od razu. Zapytał tylko, ilu ludzi może ze sobą wziąć (wytargował siedmiu). Rozmawiał z każdym z nich z osobna - odpowiadali w dwóch słowach. Jabłoński: "Ty idziesz, ja idę". Skotnicki: "Psiakrew, idę!".
Dwa uderzenia dłuta

-W tym dziele, jakim jest wywiad, brakuje mi jeszcze dwóch uderzeń dłuta... - odezwał się w słuchawce profesor Andrzej Laszczka (który tak samo jak dziadek Konstanty, wybitny rzeźbiarz, lubi, kiedy dzieło jest dopracowane).

Zróbmy zatem jeszcze dwa uderzenia dłuta. Zacznijmy, na przykład, od jednej z rzeźb Konstantego. "Forma rwana - piszą o niej historycy sztuki. - Niespokojna, odbijająca grę światła - impresjonistyczna...". Nosi tytuł "Beliniacy".

Beliniacy

Oczywiście wszyscy dzielnie siedzieli na koniach. Tak przynajmniej pisze Andrzej Strug: porucznik Grzmot wyglądał w siodle jak archanioł Michał, rotmistrz Zaruski jak towarzysz pancerny, Janusz Głuchowski jak Wołodyjowski.

Nie umywali się do Beliny.
Władysław Belina-Prażmowski wsiadał na konia - po swojemu. Siedział w siodle niby niedbale, ale "koń grał pod nim jak na skrzypcach". - "U mnie koń wszędzie przejedzie" - mówił i ruszał na stromą glinianą ścianę sandomierskiego wąwozu (co z tego, że spadł)...

Wszystko zaczęło się od tego, że wezwał go do siebie Komendant.

Władysław miał wtedy 26 lat, a Komendant powiedział: "To jest bardzo niebezpieczne. Jest 90 procent pewności, że wszystkich was powieszą".

Belina zgodził się od razu. Zapytał tylko, ilu ludzi może ze sobą wziąć (wytargował siedmiu). Rozmawiał z każdym z nich z osobna - odpowiadali w dwóch słowach. Jabłoński: "Ty idziesz, ja idę". Skotnicki: "Psiakrew, idę!".

Szef sztabu Komendanta pocieszył ich: "Choć będziecie wisieć, historia o was nie zapomni!".

A potem wypili jeszcze tylko kieliszek wiśniaku u Hawełki, który zmarł bezpotomnie, przekazując interes subiektowi Franciszkowi Macharskiemu - i tak zaczął się pierwszy patrol i ułańska legenda Władysława Beliny-Prażmowskiego.

Potem będą o nim mówili: konna torpeda, wódz plemion indiańskich, ataman, watażka, heros, rycerz kresowy, zagończyk... Będą mówili, że jest: wyzywający, dziki, radosny, bohaterski, bezczelny, okrutny; że ma: wilczy węch, złote, dobrotliwe serce, marsowy uśmiech i wariacki sposób wojowania.

Raz cudem wróci spod karabinowego ognia: "Ale straciłem dwadzieścia dwa konie" - poskarży się Marszałkowi.

"Niepoprawny koniarzu!" - krzyknie Marszałek. - "Co mi tam wasze konie. Ułani wrócili, to grunt. Kamień mi z serca spadł, rozumiecie, Belina!".

"Dobrze Komendantowi mówić: ułani" - odpowie niepocieszony. - "Co wart ułan bez konia...".

Sam straci na wojnie trzy: jasnogniadego Pioruna, Białkę i araba Śnieżkę. Na ostatnim, Irmaku, po sześciu latach wojny, wróci do domu, do Godziszowa. Do żony Anastazji i synów: Zbigniewa i Janusza.

Laszczka. Skała

Konstanty Laszczka oddał Legionom całe oszczędności i dwóch synów. Kiedy wojna się skończy, najstarszy, Bogdan - zostanie architektem.

Z czasem będzie kierował biurem architektoniczno-konstrukcyjnym urzędu wojewódzkiego, a potem, do śmierci pracował w "Miastoprojekcie" u zbiegu ulic Kraszewskiego i Focha. Zaprojektuje też schronisko na Hali Kondratowej i przebudowę austriackiego fortu Skała w Przegorzałach. Zamieni go w obserwatorium astronomiczne, gdzie w niebo spoglądać będą prof. Banachiewicz i Kazimierz Kordylewski.

A tuż po pierwszej wojnie praktykę zawodową zdobędzie przy restauracji wzgórza wawelskiego, u profesora Adolfa Szyszko-Bohusza, którego dalszy krewny, prof. Andrzej Szyszko-Bohusz, ogłosi później, że śmierć nie przerywa łańcucha życia, a potomstwo dziedziczy nie tylko cechy rodziców, ale także ich świadomość.

Profesor Szyszko-Bohusz nazwie tę hipotezę teorią nieśmiertelności genetycznej.

Prażmowscy. 11 pokoi

Irmak był ukochanym koniem ojca i Alina Angelus pamięta, jak leżał chory na derkach, rozesłanych na gazonie przed domem, a wszyscy czekali na weterynarza...

To właściwie jedyne wspomnienie Aliny z Godziszowa. Więcej nie pamięta - może jeszcze to, że ojciec lubił wypoczywać w sadzie w hamaku.

Lepiej przypomina sobie dopiero Kraków: sprowadzili się tu w 1929 r., ojciec założył firmę rymarską "Tabor". Produkował siodła i sprzęt dla wojska. Alina szła już do czwartej klasy szkoły powszechnej, kiedy został wybrany prezydentem miasta. Zamieszkali wtedy na pierwszym piętrze Pałacu Larischa. Na obiad chodziło się na plac Wszystkich Świętych, przez 11 pokoi, ustawionych w amfiladzie.

Ojciec uwielbiał Alinę. Była jego najmłodszym dzieckiem i jedyną córką. Urodziła się jeszcze w Godziszowie, w 1923 r., trzy lata po Lechu, trzecim synu Władysława Beliny-Prażmowskiego. Na chrzest przyjechał wtedy sam Józef Piłsudski. Parę lat temu obiecał Belinie, że będzie ojcem chrzestnym jego syna Janusza. Od tej pory czekano z sakramentem, aż obowiązki względem Ojczyzny pozwolą Marszałkowi spełnić obietnicę.

I spełnił. Przyjechał do Godziszowa, przywiózł chrześniakowi dzieła Adama Mickiewicza z dedykacją "aby choć parę razy w swym życiu wspomniał o swym Ojcu Chrzestnym, co z ojcem jego na boje chadzał i Polskę dla dzieci budował".

Alina miała wtedy trzy tygodnie, Janusz - sześć lat.

Belina był dla Aliny najwspanialszym z ojców.

Nie miał zbyt dużo czasu dla dzieci, ale bardzo kochał rodzinę i najmłodsza córka miała u niego specjalne przywileje. Dużo opowiadał, a mówił chętnie i ładnie: o wojennych wyprawach, o polowaniach... Wspominał jak całą noc przesiedział w kolibie, czekając na zwierza, a rankiem pod lufę wyszedł mu niedźwiedź z niedźwiedzicą i małymi. Nie strzelił. Nie chciał zabijać im taty.

Ojciec potrafił być duszą towarzystwa. Nie było dnia, by ktoś nie wpadł w gości: przyjaźnił się z Wieniawą i Sosnkowskim...

Pasjami kładł pasjanse, a największą ambicją rodzeństwa było dostać się wtedy do niego i stawiać karty razem z nim.

Nauczył Alinę punktualności i dokładności. "Jeśli masz się spóźnić choćby pięć minut, uprzedź o tym" - mówił.

Bilecik

Napisany otwartym, szerokim pismem bilecik tkwi w malutkiej kopercie.

"Kochany i łaskawy panie prof." - zaczyna nadawca. - "Najmocniej przepraszam za zawód, lecz w tej chwili przyjechał mi mój przyjaciel na parę godzin do Krakowa i jest mi zupełnie niemożliwem stawić się na miłe posiedzenie u Pana. Zechce łaskawie mi Pan napisać, czy jutro mam się stawić o zwykłej godzinie".

Bilecik jest zaadresowany "Wielmożny Pan Laszczka, prof. ASP", a podpisany: "Józef Piłsudski".

Laszczka. Szachy

Jest rok 1929, kiedy Marszałek pozuje Konstantemu Laszczce do pomnika "Piłsudski - prawodawca". Przychodzi do pracowni na Akademii Sztuk Pięknych i zasiada w przygotowanym dla niego miejscu.

Konstanty najpierw rzeźbi go nagiego, z mieczem na kolanach i księgą praw w ręku.

Dopiero potem, na dalszym etapie prac, ubierze pomnik w mundur.

W przerwach panowie grają w szachy.

Niestety, nie wiadomo, kto wygrywa - strateg czy rzeźbiarz.

W każdym razie, kiedy marszałek umrze i rządy sanacji zaczną przybierać formę autorytarną, rzeźbiarz podpisze protest przeciwko obozowi w Berezie Kartuskiej. Sanacyjny minister nie uzna za to wyboru rzeźbiarza na kolejną, czwartą kadencję rektorską Akademii Sztuk Pięknych.

Natomiast portret stratega na rynku w Kołomyi obalą w 1939 r. sowieckie czołgi.

Prażmowscy. Kopyta i skrzydła

Braci Prażmowskich jest trzech: Zbigniew, Janusz i Leszek. Od najstarszego Zbigniewa Alina jest dziesięć lat młodsza.

Bracia polują z ojcem. Grają w tenisa, szaleją na koniach. Alina dopiero do tego dorasta. Powoli uczy się jeździć konno. - Ty nie jeździsz, ty się wozisz! - śmieją się bracia.

Dla nich konie - to żywioł. Leszek, trzeci syn, idzie do Grudziądza, do Szkoły Podchorążych Kawalerii. Kiedy w 1937 r. Zbyszek zginie w niewyjaśnionych okolicznościach, Leszek odziedziczy jego ukochanego konia - Pepitę.

Tylko Janusz, chrzestny syn Marszałka, od małego kręci śmigłami blaszanych samolotów-zabawek. W gimnazjum prenumeruje "Skrzydlatą Polskę". Śledzi techniczne nowinki, bada nowe modele, idzie z postępem. Zdaje na Wydział Mechaniczny Politechniki Lwowskiej.

Ma wadę wzroku.

Żeby latać na szybowcach, dwa razy przechodzi operację oczu.

Zdobywa odznaki szybowcowe. Uparcie próbuje dostać się do wojska, do lotnictwa. Wojsko odmawia, dyskwalifikuje go wzrok.

Marzenie Janusza spełni się dopiero 23 kwietnia 1943 r. Będzie wtedy kapralem obserwatorem w 300. Dywizjonie Bombowym RAF i wyleci nad Kanał La Manche.

Zginie w pierwszym locie bojowym.

Laszczka. Habilitacja

Po powrocie z Legionów Czesław, drugi syn rzeźbiarza Konstantego Laszczki, zostanie lekarzem.

- O Czesławie najkrócej dowie się pani stąd - profesor Andrzej Laszczka, syn Czesława, kładzie na stole teczkę, którą przygotował dla archiwum katedry historii medycyny.

Dokumenty ułożone są chronologicznie. Najpierw dyplom: na pergaminie, z pieczęcią w czerwonym wosku, zamkniętą w blaszanej puszce.

Potem zdjęcie: zakład anatomii patologicznej UJ, asystent Laszczka dokonuje sekcji (w prosektorium doskonale opanował podstawy wiedzy internistycznej). - Ojciec uchodził za przystojnego mężczyznę - wtrąca profesor. - Nazywali go Piękny Czesio.

Dalej: praca w II klinice chorób wewnętrznych i na oddziale gruźliczym, pismo rektora Szafera...

I wreszcie zaświadczenie od profesora Latkowskiego: "Poświadczam, iż Czesław Laszczka (...) przez cały czas swej pracy odznaczał się wielką sumiennością i pilnością oraz wielkim zamiłowaniem do pracy naukowej, a mając gruntowną znajomość patologii nabytą przez długoletnią asystenturę przy katedrze anatomii patologicznej wyrobił się na pierwszorzędnego klinicystę w zakresie chorób wewnętrznych. (...) Opanował też metody operacyjne leczenia gruźlicy płuc, między innymi metodą przecinania zrostów opłucnej. Jest jedynym w Krakowie specjalistą w tym kierunku. Wielka szkoda, że z powodu różnych, niekorzystnych dla nauki okoliczności nie mogłem przeprowadzić habilitacji jego...".

- Po wojnie nie dopuszczono już ojca do pracy naukowej. Pracował w Instytucie Gruźlicy, był ordynatorem oddziału chorób płuc w szpitalu, który dzisiaj nosi imię Jana Pawła II. To jest właściwie jego habilitacja - mówi Andrzej Laszczka.

Bo kiedy profesor Latkowski pisze to pismo, jest 31 sierpnia 1939 r.

Nazajutrz do Polski wejdzie Hitler.

Prażmowscy. Eden

Ojciec umiera, kiedy Alina ma 16 lat.

W weneckim hotelu dostaje - jeden po drugim - kilku udarów serca. Hotel nazywa się "Eden".

W Krakowie trumna Beliny zostaje uroczyście przeniesiona z dworca do kościoła Mariackiego (mijają przy tym, jeśli kondukt przechodzi obok północnego wejścia do świątyni, cztery piękne płaskorzeźby Konstantego Laszczki).

Rok później wybucha wojna.

Leszek, najmłodszy syn Beliny, kończy właśnie podchorążówkę. Bierze udział w kampanii wrześniowej. Trafia do Starobielska, stamtąd - do niemieckiej niewoli. Ucieknie pod koniec wojny, wstąpi do Polskich Sił Zbrojnych, będzie walczył w 1. Pułku Szwoleżerów i zdobywał Bolonię w II Korpusie...

Janusz po kampanii wrześniowej przedostanie się na zachód. Spełni się jego marzenie: dostanie się do RAF-u i wyleci w swój pierwszy bojowy lot...

Alina spędzi wojnę w majątku brata mamy, w Rożkach pod Sandomierzem. Zda maturę na tajnych kompletach i zostanie sanitariuszką w sandomierskim obwodzie AK.

A potem wojna się skończy i zaczną dziać się dziwne rzeczy.

Dziwne rzeczy

Alina Angelus, już mężatka, zdaje na Akademię Medyczną, na stomatologię. Przynosi dziekanowi odpis swojej metryki. Jako świadek chrztu na metryce figuruje Józef Klemens Piłsudski, marszałek Wojsk Polskich...

Alina zdaje egzamin, ale na studia się nie dostaje. Z braku miejsc.

Dziwne rzeczy zaczynają nagle przydarzać się wielu ludziom.

Matka Marii Osterwy-Czekaj, żona Juliusza Osterwy, z domu Sapieżanka, bratanica kardynała, długo nie może znaleźć żadnej pracy.

W końcu przyjmują ją jako maszynistkę do PZU. Po trzech miesiącach okresu próbnego przynosi metrykę.

W metryce jest napisane: "Matylda Maria, księżniczka Sapieżanka".

"Pani chyba rozumie, że ja nie mogę pani przyjąć?" - mówi dyrektor PZU.

Księżniczka Sapieżanka znajduje pracę w muzeum narodowym. Żeby dostać etat, przedstawia zaświadczenie, że rodzina Sapiehów uważała jej małżeństwo z Osterwą za mezalians. Na zaświadczeniu musiało podpisać się dwóch członków PZPR.

Matce Aliny, za "faszyzację życia międzywojennego", odbierają 360 złotych emerytury.

Alina zdaje na studia przez kolejne trzy lata i przez trzy lata odpowiedź władz uczelni jest taka sama: odrzucona z braku miejsc.

Brat Leszek pisze z Anglii, chce wracać. Odradzają mu. Mogłoby się okazać, że dla niego też nie ma w nowej Polsce miejsca...

Po trzech latach Alinie udaje się znaleźć księdza, który przepisuje metrykę chrztu. Na odpisie nie ma marszałka Piłsudskiego, a panieńskie nazwisko Aliny brzmi już tylko "Prażmowska". (Zawsze kiedy ktoś się orientuje, że nazwisko ma dwa człony, wynikają z tego kłopoty).

Alina zdaje na stomatologię.

Leszek pisze teraz z Kanady. Założył fermę, 30 akrów.

Jeszcze na piątym roku stomatologii ktoś się orientuje. - Prażmowska? Co ona tu robi?!

Alina kończy stomatologię z pierwszą lokatą, ale o asystenturze nie ma co marzyć. Cieszy się, że dostaje posadę w krakowskim ośrodku zdrowia.

Leszek w kanadyjskim General Motors robi karierę od robotnika do kontrolera.

A w Polsce dziwne rzeczy nadal przydarzają się wielu ludziom...

Korzystałam z książki Piotra Hubiaka "Belina i jego ułani" (Kraków 2003)

 

KATARZYNA KOBYLARCZYK

Artykuł ukazał się w Dzienniku Polskim  

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 02 kwiecień 2012 18:35

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version