Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

11 Wrz

Przewrót majowy szykowany od lat? Marna to narracja

  • Napisane przez  Tomasz Czapla

4„Niesiemy Ci, oprócz wdzięcznych serc, i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable” – te słowa, wypowiedziane przez generała Gustawa Orlicza-Dreszera 15 listopada 1925 roku w Sulejówku, stały się dla wielu historyków dowodem na kilkumiesięczne przygotowania piłsudczyków do dokonania zamachu stanu. Pół roku później owe „szable”, w postaci karabinów, zagrały na ulicach Warszawy i przyniosły krwawe żniwo: 379 zmarłych i ponad 900 rannych. Czy jednak Marszałek od dłuższego czasu szykował wystąpienie przeciw legalnym władzom? Bynajmniej – zamierzał wprawdzie powrócić na polityczną scenę, ale powrót miał odbyć się w zaciszu ministerialnych gabinetów. Wypadki potoczyły się jednak inaczej…

Maj, który rozpoczął się w grudniu

Genezy wydarzeń majowych należy szukać nie w słynnej sulejówkowej manifestacji i mowie Orlicza-Dreszera, ale w galerii „Zachęta”. Tam, 16. grudnia 1922, pierwszy prezydent Rzeczpospolitej, Gabriel Narutowicz, został zamordowany przez Eligiusza Niewiadomskiego. Zanim do tego doszło, głowa państwa doświadczyła „polskiego piekiełka”, tego samego, które przez 4 lata było udziałem Piłsudskiego. „Zawada”, „żydowski elekt” – tak o pierwszym obywatelu RP pisała endecka prasa, wtórowali jej prawicowi politycy, a wkrótce do głosu doszły masy. Niestety, te ostatnie nie poprzestały na telefonicznych i listownych obelgach – w drodze na zaprzysiężenie Narutowiczowi „towarzyszyły” grudy śniegu i błota, rzucane przez podjudzoną tłuszczę. Mimo wszechobecnej nagonki, elekt złożył przysięgę, ale wkrótce zakończył prezydenturę, i to w tragicznych okolicznościach. Co ciekawe, jak przyznał później na sali sądowej zabójca, kule, które trafiły Narutowicza, pierwotnie były przeznaczone dla…Piłsudskiego. Rezygnacja Komendanta z ubiegania się o prezydencki fotel de facto uratowała mu życie, ale stanowiło to dlań nikłe pocieszenie. Polskie społeczeństwo pokazało w grudniowych dniach swoje najgorsze oblicze i jak się wydaje, Piłsudski uznał wówczas, że jego rodacy nie dojrzeli do demokracji, a co najgorsze, do niepodległości. Czy słusznie?

Z jednej strony faktem jest, że warszawska ulica udowodniła, że szacunek należny prezydentowi jest jej obcy. Z drugiej, trudno było przypuszczać, aby Polacy, pozbawieni przez ponad sto lat własnego kraju i takich instytucji, jak parlament, reprezentowali wysoką kulturę polityczną. W każdym razie były Naczelnik Państwa odpowiedzialnością za zdemoralizowanie społeczeństwa obarczył polityków. Nie tylko tych spod znaku Narodowej Demokracji – w rozmowie z Władysławem Baranowskim przekonywał, że jest „ciągle zwierzyną w klatce, do której każdy śmierdziel (tutaj: poseł – przyp. red.) strzelać może…” Piłsudski, oskarżany przez, głównie endecką, opozycję o wszystko, co najgorsze: kradzież królewskich insygniów, telefoniczne konszachty z bolszewikami, bycie niemieckim agentem itd., stopniowo nabierał niechęci do całej polskiej klasy politycznej. Zabójstwo Narutowicza i poprzedzające je wydarzenia tę niechęć wyraźnie wzmogły, a wzajemnych relacji nie mogły poprawić późniejsze konflikty nt. ustawy o organizacji władz wojskowych. Marszałek z każdym dniem, tygodniem i miesiącem utwierdzał się w przekonaniu, że politycy wykorzystują organy państwa dla swoich prywatnych interesów, w tym najdroższą mu armię. Nie zamierzał się biernie temu przyglądać, ale, póki co, cieszył się szczęściem rodzinnym w podwarszawskim Sulejówku.

Komendant w krzywym zwierciadle Garlickiego

Musiały minąć dwa lata, aby Marszałek, po wycofaniu się z życia politycznego w lipcu 1923 roku, przeszedł do politycznej ofensywy. Niemniej, przez ten czas nie dawał o sobie zapomnieć za sprawą licznych odczytów i wywiadów, równocześnie starając się utrzymać dotychczasowe wpływy w wojsku. Niektóre z podejmowanych w tym celu działań, jak gołosłowne oskarżenie Sztabu Generalnego o fałszowanie dokumentów nt. wojny polsko-bolszewickiej czy brutalne dyskredytowanie wojskowych tej miary, co generałowie Tadeusz Rozwadowski i Józef Haller, nie przynoszą Piłsudskiemu chwały. Zarazem, obraz Komendanta jako człowieka cynicznego i przepełnionego żądzą władzy, zawarty w biografii pióra Andrzeja Garlickiego, jest dosyć daleki od prawdy. W ujęciu Garlickiego Marszałek z lat 1922-1926 jawi się jako skrajnie nieodpowiedzialny polityk, wręcz warchoł, który nie waha się przed doprowadzeniem do rozkładu aparatu państwa, rozlewu krwi i wojny domowej, aby zdominować scenę polityczną. Według historyka „samotnika z Sulejówka” interesuje głównie zdobycie władzy dla samej władzy, a jego wszelkie propozycje, czy to dotyczące utworzenia nowego rządu, czy ustawy o władzach wojskowych, stanowią tylko zabieg propagandowy. Ponadto, przed majem 1926 Piłsudski ma co najmniej dwukrotnie starać się przejąć rządy w sposób siłowy, a jego podkomendni - trzykrotnie.

Według Garlickiego próba zamachu stanu stała się udziałem piłsudczyków (choć bez wiedzy Piłsudskiego) już w grudniu 1922 roku. Współpracownicy Marszałka mieli bowiem wykorzystać chaos panujący po śmierci Narutowicza i obsadzić swoimi ludźmi siedziby resortów siłowych. Ich dalsze plany – dokonanie kapturowych mordów na wybranych działaczach prawicy i przejęcie władzy przy pomocy wojska – zmroziłyby pewnie krew w żyłach niejednego państwowca. Akcję udaremnił sprzeciw Ignacego Daszyńskiego, ale piłsudczycy, tym razem u boku swego wodza, mieli ponownie podnieść rękę na legalną władzę niecały rok później. W listopadzie 1923 roku w Krakowie doszło do krwawych starć między armią, a robotnikami i, jak pisze Garlicki, piłsudczycy dążyli wówczas „do eskalacji wydarzeń, do spowodowania całkowitego rozkładu aparatu państwowego”. A Komendant? Czekał, „aż sytuacja odpowiednio się zaogni”, tj. upłynie wystarczająco dużo robotniczej i żołnierskiej krwi, i zamierzał wystąpić „jako zbawca, jako obrońca ładu i porządku”. Postawa godna nie męża stanu, a watażki, tyle że Garlicki opiera swoje wywody na wątłych przesłankach. O ile wydarzenia grudniowe opisał wcześniej Władysław Pobóg-Malinowski, o tyle pisząc o tzw. wypadkach krakowskich, Garlicki oparł się głównie na późniejszej o kilka lat relacji Mieczysława Mastka. Tyle tylko, że jest to relacja z drugiej ręki…

„Samotnik z Sulejówka” wraca do gry

Biograf Marszałka sugeruje też, że po raz kolejny Piłsudski szykował pucz w listopadzie 1925 roku, kiedy odbyła się, wspomniana we wstępie, manifestacja wojskowa w Sulejówku. Komendanta odwiedziło wtedy kilkuset oficerów służby czynnej, a w myśl kreślonego przez Garlickiego scenariusza, po słowach Orlicza-Dreszera o szablach miał nastąpić marsz na Warszawę. Nie doszło zaś do niego być może wskutek „typowej dla Piłsudskiego obawy przed podjęciem decyzji” – historyk nie waha się wbić kolejnej szpilki w swojego bohatera. Bez wątpienia Marszałek zdecydował się na kontrowersyjny krok, mieszając wojsko do bieżącej polityki, ale jego celem nie było przeprowadzenie zamachu stanu. Zamierzał raczej, jak pisze Mariusz Wołos, „przestraszyć politycznych konkurentów, mocno akcentując poparcie, jakim cieszył się w szeregach armii”. Jeśli zaś chodzi o organizowanie sprzysiężeń wojskowych, Piłsudski wyraził się jasno w październiku 1923: „Tego absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam”. Z kolei w grudniu 1925 jeden z najbliższych współpracowników Komendanta, Kazimierz Świtalski, pisał o jego planach tak: Dostać się do wojska. Pójść, zapewne w roli ministra spraw wojskowych, ostro i brutalnie przeciw Sejmowi. Sejmu nie rozwiązywać, a ograniczyć jego zbieranie się”. O przygotowywaniu puczu ani słowa, ale charakterystyczne, że Garlicki tę relację pomija.

Najczęściej, jako dowód na przedmajowe plany zamachowe Piłsudskiego, przytacza się meldunek Gustawa Paszkiewicza (z listopada 1925) o rozmowach z nim, prowadzonych przez pułkowników: Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i Romana Abrahama. Ten ostatni miał stwierdzić m.in. że „cała załoga Warszawy przeszła na stronę Marszałka”, który „jutro, pojutrze obejmie władzę”. Diabeł, jak to zwykle bywa, tkwi jednak w szczegółach i głębsza lektura tekstu pozwala wysnuć wniosek, że piłsudczycy nie tyle werbowali uczestników puczu, co sondowali, jak na potencjalny powrót ich przywódcy do armii reagują poszczególni oficerowie. Słowa niewiele kosztują, a że Komendant nie kontrolował ściśle, jak jego podkomendni weryfikują nastroje korpusu oficerskiego, sondaże mogły przybrać skrajną formę. Tymczasem sam Piłsudski prowadził subtelną, wielokierunkową grę, która miała mu utorować drogę do armii. Z jednej strony umacniał swoją legendę wśród żołnierzy poprzez odczyty i publikacje, a także doroczne Zjazdy Legionistów i uroczyste obchody swoich imienin. Z drugiej, toczył batalię o ustawę poświęconą organizacji władz wojskowych, konsekwentnie broniąc swojego dekretu na ten temat z 1921 roku i odrzucając inne propozycje. Z trzeciej, neutralizował konkurentów do władania wojskiem, niestety niekiedy zgodnie z zasadą „wszystkie chwyty dozwolone” – ofiarami oskarżeń bez pokrycia padli wspomniani już Rozwadowski i Haller, a także Władysław Sikorski i Stanisław Szeptycki.

Powrót? Tak, ale na moich warunkach

Choć metody stosowane przez Marszałka mogą budzić wątpliwości, kwestii powrotu do armii nie traktował on instrumentalnie – jak sądzi Garlicki. Celem Piłsudskiego nie było zwycięstwo w grze „o najwyższą stawkę – pełnię władzy”, ale zabezpieczenie wojska przed zgubnymi, jak sądził, wpływami polityków i odbudowa jego siły jako gwaranta polskiej niepodległości. Oczywiście, Marszałek nie był aniołem, kierowała nim też ambicja, ale swoje główne dążenia wyłożył dobitnie podczas spotkania z najbliższymi współpracownikami (maj 1925). Jak pisał Felicjan Sławoj-Składkowski, „Komendant uporczywie walczy o konieczne prawa dla naczelnego wodza, bo pierwsza rzecz to utrzymanie niepodległości, która może być zagrożona w każdej chwili. […] My mamy […] pozostać w wojsku […], bo chodzi tu o służbę Polsce”. Jeśli Piłsudski nie byłby szczery, wypowiadając się w zaufanym gronie, nie wiem, kiedy mógłby pozwolić sobie na szczerość…Tymczasem na jego poczynania w coraz większym stopniu zaczął wpływać kontekst zewnętrzny. Mowa o traktatach lokarneńskich, które de facto otwierały drogę Berlinowi do kwestionowania granicy z Polską. Klęska II RP? Bez wątpienia, a jeśli dodać do tego traktat berliński (24.04.1926), pogłębiający współpracę Niemiec i ZSRR, rysuje się nieciekawy obraz. Zwłaszcza, że współpraca obu sąsiadów Rzeczpospolitej dotyczyła głównie spraw wojskowych. Piłsudski był świadom zagrożenia i obiektem jego troski stawała się stopniowo nie tylko armia, ale i MSZ.

Dla Komendanta nie miało znaczenia, z czyich rąk przyjmie ministerialny fotel – prowadził rozmowy zarówno z lewicą, jak i prawicą. Zarazem, nie zamierzał oddawać przeciwnikom pola w sprawie ustawy o władzach wojskowych, swoje weto głosząc na łamach prasy. Tę kwestię usunął jednak w cień kryzys rządowy – 20. kwietnia dotychczasowy premier, Aleksander Skrzyński, podał się do dymisji, a dwutygodniowe targi o utrzymanie/odwołanie gabinetu ujawniły w pełni niedojrzałość polskiej demokracji. Niedojrzałość, z którą korespondowało coraz silniejsze społeczne przekonanie o konieczności rządów „silnej ręki”. Czyjej? Może Piłsudskiego, może Hallera, może Sikorskiego – kandydatów nie brakowało. Niemniej, żaden nie podejmował prowadzących ku puczowi przygotowań, a słynny rozkaz szefa MSW, generała Żeligowskiego, oddający Marszałkowi do dyspozycji niektóre jednostki (mające później uczestniczyć w zamachu majowym) z dzisiejszej perspektywy wygląda jak fake news. Inny biograf Komendanta, Włodzimierz Suleja, przeszukał archiwa wzdłuż i wszerz i nie natrafił nawet na ślad owej decyzji. Tymczasem przesilenie polityczne zakończyło się powstaniem rządu z Wincentym Witosem na czele. Dla lewicy władza tzw. Chjeno-Piasta oznaczała „najczarniejszą reakcję faszystowsko-monarchistyczno-paskarską” (odezwa PPS), dla Piłsudskiego „ludzi gotowych – w jego oczach – deptać imponderabilia i szarpać na kawałki […] wciąż jeszcze słabe państwo” (Mariusz Wołos).

Od starcia prasowego do starcia zbrojnego

Witos i Piłsudski najpierw wymienili ciosy za pośrednictwem dziennikarzy, wypowiadając się w wywiadach w wysoce prowokacyjny sposób. Lider ludowców zarzucił Marszałkowi tchórzostwo i nawoływał do porzucenia sulejówkowej samotni, Piłsudski oskarżył premiera o „bezceremonialny stosunek do wszystkich funkcji państwowych”, a także „handel posadami i rangami”. Stosunki między politykami przypominały beczkę prochu, pod którą ktoś musiał w końcu podpalić lont. Ta rola przypadła Komendantowi, który, jak stwierdza wspomniany profesor Wołos, postanowił pójść „o krok dalej […]. Teraz demonstracja wojskowa, z Piłsudskim na czele, miała się odbyć w samej Warszawie pod hasłem obrony armii i państwa”. Dzięki niej były Naczelny Wódz zamierzał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: obalić (ale bezkrwawo!) rząd Witosa i objąć władzę nad wojskiem w nowym gabinecie. Dowodów na to, że piłsudczykowska manifestacja była organizowana ad hoc, jest aż nadto – o decyzji swojego wodza nawet Wieniawa i Orlicz-Dreszer dowiedzieli się w ostatniej chwili (relacja generała Stanisława Skwarczyńskiego), oficerowie Piłsudskiego ruszyli ku Warszawie bez map stolicy, a sam Komendant pojechał na spotkanie z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim – do Spały – jedynie w towarzystwie adiutanta. Ostatecznie panowie spotkali się na moście Poniatowskiego, ale mimo długoletniej znajomości, nie byli w stanie się porozumieć. Zamiast nich, przemówiła artyleria…

Marszałkowi w maju 1926 roku przyświecały szlachetne intencje, ale nie bez powodu mówi się, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Czy Piłsudski nie podjął zbyt wielkiego ryzyka, nie kapitulując po rozmowie z prezydentem i decydując się na starcie zbrojne z wojskami rządowymi? Zdaniem autora artykułu, niestety tak – gdyby Witos i jego ministrowie kontynuowali walkę (do czego mieli pełne prawo) i przenieśli się do Poznania, Polsce groziłaby wojna domowa. Piłsudski zapewne by w niej zwyciężył, ale czy miałby czym rządzić, gdyby do akcji wkroczyli agresywni przecież sąsiedzi? Nie da się też zapomnieć o krwawym bilansie przewrotu, za który w pierwszej kolejności odpowiada Marszałek. Niemniej, warto podkreślić, że Komendant od początku starał się zminimalizować skutki bratobójczych walk i ograniczyć je do warszawskich ulic. Kilkukrotnie inicjował akcje mediacyjne, wysyłając swoich emisariuszy do Belwederu, a po zwycięstwie starał się szybko zasypać podziały narosłe w polskiej armii. Czas miał pokazać, czy ta sztuka się udała.

Przy pisaniu tekstu korzystałem z publikacji: „Z genezy zamachu majowego” Pawła Dubera, „Józef Piłsudski 1867-1935” Andrzeja Garlickiego, „Zamach majowy” Włodzimierza Sulei oraz „Jak uniknąć wojny domowej” Mariusza Wołosa.

Tomasz Czapla

 

Zdjęcie: Narodowe Archiwum Cyfrowe

logo rgb 0

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version