Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

22 Mar

Odrodzenie „Strzelca” w 1989 roku. Rozmowa z Leszkiem Moczulskim, pierwszym Komendantem Głównym Związku Strzeleckiego „Strzelec”

  • Napisane przez  Przemysław Wywiał

Przemysław WywiałPanie Profesorze, był Pan pierwszym Komendantem odrodzonego po odzyskaniu przez Polskę w 1989 roku suwerenności „Strzelca”. Kiedy powstała idea odtworzenia Związku Strzeleckiego? Kto był pomysłodawcą?

120px-moczulski_leszekLeszek Moczulski - Idea odtworzenia Związku Strzeleckiego powstała dawno i była zupełnie naturalna. Mieliśmy dużo czasu na opracowanie odpowiednich planów do rozpoczęcia działalności – od końca lat 50. do połowy lat 70. W tym czasie przygotowaliśmy prognozy wydarzeń, analizy kiedy będzie można wznowić walkę na rzecz niepodległości i w ramach tych działań postanowiliśmy uruchamiać kolejne – eskalując wydarzenia – coraz bardziej ważne struktury. Efektem tych działań było powołanie Konfederacji Polski Niepodległej, czyli już partii politycznej z jawnym programem wyzwolenia Polski spod sowieckiej hegemonii, no i obalenia narzędzia sowieckiego, jakim była władza komunistyczna w Polsce. Wszystko to odbywało się w środowisku piłsudczykowsko-niepodległościowym.

Uznaliśmy – po wielu dyskusjach (niejednokrotnie bardzo dramatycznych) – że odchodzimy od tej pierwotnej koncepcji Piłsudskiego, tzn. że Polska może odzyskać niepodległość tylko na drodze walki zbrojnej. Nastąpiła przecież zmiana czasów, pojawiła się zupełnie inna technika wojskowa i poważnie o działaniach powstańczych nie można było myśleć. Zamiast tego przyjęliśmy inną koncepcję: przede wszystkim walki cywilnej. Wiedzieliśmy jednak, że dochodzić może do rozmaitych zdarzeń o charakterze siłowym i że potrzebna nam będzie organizacja, która zapewniałaby ochronę i porządek na manifestacjach. I tutaj zupełnie naturalne było – jako, że sięgaliśmy cały czas do wzorów historycznych – że będzie to „Strzelec”. Formowanie „Strzelca” mogło nastąpić dopiero na samym końcu naszych wysiłków: wiedzieliśmy bowiem, iż tutaj opory władzy będą najsilniejsze. Nawet jeśli będzie to organizacja nieuzbrojona to na pewno zorganizowana zostanie na wzór wojskowy, umundurowana i wyposażona choćby w umiejętności walki wręcz.

Niektórzy ludzie zaczynali się przygotowywać do tego wcześniej. Byłem w więzieniu, gdy w 1981 roku w okresie festiwalu „Solidarności” w krakowskiej młodzieżówce naszej organizacji postanowiono zorganizować Marsz Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej z Krakowa do Kielc. Był to etap pośredni w odtworzeniu „Strzelca”. Aktywną rolę odgrywał tu Wojciech Pęgiel. Marsz Szlakiem Kadrówki miał charakter imprezy strzeleckiej – mimo, że formalnie Związku Strzeleckiego powoływać jeszcze nie można było. „Kadrówka” to była taka pierwsza próba. Pierwszy marsz odbył się w 1981 roku. W kolejnych marszach brała udział nieliczna, choć nieukrywająca się grupa.

W tym samym czasie, kiedy w Krakowie odrodziła się idea organizacji Marszów, z kolei w Warszawie, gdzie ścierały się różne koncepcje dotyczące form organizacji młodzieżowej KPN, Krzysiek Król zaczął wydawać pismo pt. „Strzelec”. Nawiązywało ono w sposób oczywisty do idei strzeleckiej, choć nie zapowiadało jeszcze założenia organizacji. Pismo było bardzo blisko tradycji piłsudczykowskiej oraz skupiało wokół siebie grupę ludzi działających w stolicy, którzy mieli się powoli przygotowywać do sformowania „Strzelca”. Pismo ukazywało się dość nieregularnie przez kilka lat. Ostatecznie w połowie lat 80. przestało wychodzić.

W międzyczasie powstały również pierwsze grupy samoobrony. Miały one zapewnić ochronę przed napaściami i pobiciami ze strony „nieznanych sprawców”. W naszym zamyśle te nieformalne grupy też miały nawiązywać do tradycji strzeleckiej, ale nie posługiwały się tą czy inną nazwą. Były to grupy ludzi wyćwiczonych w walce wręcz. Po raz pierwszy skorzystaliśmy z nich do zadań zaczepnych czy obronno-zaczepnych podczas pielgrzymki Ojca Świętego w 1979 roku. Zauważyliśmy wtedy, że dzieje się rzecz następująca: Ojciec Święty jeździł po Polsce do różnych miejscowości, przybywała tam masa ludzi i niektóre przybywające grupy ludzi były napadane przez bojówki bezpieczniackie. Musieliśmy poszukać jakiegoś rozwiązania tego problemu. Gdy Jan Paweł II miał jechać do Krakowa, przygotowaliśmy tu oddział karateków, który puściliśmy na ulicę. Jego zadaniem było szukanie grup bezpieczniackich przygotowujących się do napadów na pielgrzymów i atakowanie ich. Kończyło się to z reguły pobiciem bezpieczniaków: po pierwsze byli zaskoczeni, a po drugie nasi chłopcy byli lepiej przygotowani do walki wręcz.

W maju 1988 roku dość samorzutnie przez jakieś rozmaite grupy została zorganizowana olbrzymia manifestacja w Krakowie, w następstwie której prawie całe Stare Miasto zostało opanowane przez rozmaite grupy młodzieżowe i otoczone przez ZOMO ściągnięte również z sąsiednich województw. Trwało to trzy dni. Okazało się, że nikt nie potrafił tego rozwiązać. Akurat przyjechałem wtedy do Krakowa i pewni działacze – m.in. Jan Rokita – zwrócili się do mnie, żebym coś z tym zrobił, bo może dojść do tragedii. W ciągu godziny zrobiliśmy mobilizację krakowskiego KPN i w jednym miejscu rozbiliśmy z drugiej strony kordon milicjantów. Znalazłem jakiegoś przestraszonego wiceprezydenta miasta, który się przez trzy dni ukrywał w zarządzie miejskim (nikt go zresztą tam nie szukał). Kazałem mu się połączyć z komendantem policji gen. Grubą. Spytałem Gruby, czy chce rozlewu krwi, czy żeby się to spokojnie skończyło. On mówi: „No, chcę spokojnie”. Spotkaliśmy się i ustaliliśmy, że wszystkie oddziały milicyjne cofną się o 50 metrów. Wtedy demonstranci też mieli się wycofać o 50 metrów. On wtedy spytał: „Ale co będzie jak się ludzie nie posłuchają?” Ja na to: „No jak pana się milicjanci nie posłuchają to rzeczywiście będzie trzeba coś innego wymyślić. O mnie i moich ludzi się pan nie musi martwić”. Wróciłem i rzeczywiście milicjanci zrobili krok do tyłu, zobaczyli, że nasi się też cofają i poszli do samochodów. Na rynku zrobiono potem wiec zwycięstwa, po czym wszyscy demonstranci rozeszli się do domów.

W tym momencie było już oczywiste, że musimy mieć zorganizowaną wojskowo formację, czyli że musimy mieć „Strzelca”. Był problem nazwy, ponieważ historycznie były dwie – a nawet więcej wliczając Polskie Drużyny Strzeleckie – organizacje strzeleckie w ramach Komendy Głównej kierowanej przez Józefa Piłsudskiego: Towarzystwo Sportowe „Strzelec” w Krakowie i Związek Strzelecki we Lwowie. Już przed wojną pojawiły się spory co do nazwy jednolitego Związku Strzeleckiego. Już przed wojną przez krótki okres – bo potem nazwę zmieniono na Związek Strzelecki – organizacja nosiła nazwę Związek Strzelecki „Strzelec”. Myśmy wrócili właśnie do tej, absolutnie pierwotnej nazwy, m.in. dlatego, że jedni byli u nas za „Strzelcem”, drudzy za Związkiem Strzeleckim.

Szybko zostało zorganizowane w Juszczynie szkolenie na zasadzie takiego kursu podoficerskiego, oficerskiego. W Juszczynie mieliśmy jedną z naszych baz w pobliżu kościoła. Miejscowy proboszcz ks. Adolf Chojnacki (nieżyjący już) był bardzo zaangażowany w działalność opozycyjną i pomagał nam w organizacji tam wielu imprez także w poprzednich latach. O ile dobrze pamiętam, w Krakowie zostały wybrane władze „Strzelca” i Komendant Główny. Kolejne osoby już powoływano metodą wojskową. W działaniach tych uczestniczył jeden z zawodowych oficerów, którzy działali w KPN, Staszek Dronicz. Nie pamiętam, kto był komendantem tego obozu w Juszczynie, być może był to Wojtek Pęgiel. Ta pierwsza grupa liczyła 20-30 osób.

W znacznej mierze byłem nominalnym Komendantem, ponieważ miałem dużo innych obowiązków.

Bardzo szybko powstały pierwsze komendy okręgowe: w Warszawie, Poznaniu, Krakowie. W Poznaniu i chyba w Krakowie struktury zakładał Pęgiel. Pierwsze publiczne wystąpienie „Strzelca” miało miejsce w czasie Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej. Tam wystąpił pluton strzelecki w mundurach  wojskowych (panterkach wzoru peerelowskiego, bo takie tylko wtedy można było dostać, ale w maciejówkach). Pluton miał rozmaite zadania rozpoznawcze, zapewniał też bezpieczeństwo marszu. Ponadto w poszczególnych miejscowościach, gdzie mieściły się komitety gminne i miejskie PZPR, przeprowadzał akcje odkręcania i zabierania tablic, które potem wyrzucano (chyba ktoś jeszcze ma taką tablicę z Chęcin).

 

Wspomniał Pan o Stanisławie Droniczu. Skąd się brali w tym pierwszym okresie inni instruktorzy i kadra „Strzelca”?

- Takich oficerów jak Dronicz, który ok. 1990-1991 wrócił do wojska, mieliśmy w okręgach KPN więcej. W Przemyślu było ich przykładowo dwóch czy trzech. Niektórych z nich znalazł Dronicz. Była też taka oficerska organizacja „Viritim”, która powstała w 1989 roku w wojsku. Początkowo była to organizacja tajna, jednak bardzo szybko się ujawniła. Miała charakter opozycyjny. Stamtąd niektórzy oficerowie przyszli do nas. Poza Droniczem i może jeszcze jednym, który został potem posłem z ramienia KPN, byli traktowani trochę jak bezpartyjni fachowcy. Jedni wstąpili do KPN, inni nie, ale traktowaliśmy ich nie jako działaczy politycznych, ale właśnie jako fachowców od szkolenia. Potem pojawili się także oficerowie rezerwy. Niektórzy z nich byli związani już wcześniej z Marszami. „Strzelec” wziął udział w Marszu dopiero w 1989 roku, ale wcześniej w Marszach brały udział grupy ochronne.

Wśród pierwszych organizatorów „Strzelca” można tu wymienić choćby Milana Trojana z Poznania. W Kielcach powstała grupa strzelecka, która nie weszła do KPN, ale od razu do „Strzelca”.

 

Jak Pan sobie wyobrażał „Strzelca” w III RP? Jaką rolę miał on spełniać w nowej rzeczywistości?

orze- Początkowo „Strzelec” był potrzebny jako partyjna bojówka – choć słowo „bojówka” oczywiście nie w pełni oddaje tutaj treść. Ogólnie chodziło nam o nawiązanie do okresu międzywojennego. „Strzelec” miał stanowić stowarzyszenie ideowo-wychowawcze o charakterze paramilitarnym. Chcieliśmy, by po unormowaniu się sytuacji w kraju „Strzelec” stał się masową organizacją o charakterze paramilitarnym, współpracująca z wojskiem i częściowo przygotowującą ludzi do służby wojskowej. Wiązało się to z opracowaną przez KPN strukturą sił zbrojnych złożonych z dwóch członów: bardzo ograniczonej liczebnie armii zawodowej i armii ochotniczej typu milicyjnego (służba trwałaby trzy-cztery lata bez skoszarowania; ludzi powoływano by tylko na ćwiczenia, broń przechowywana byłaby w jakiejś placówce na miejscu, choć nie – jak w Szwajcarii – w domu). Oddziały te byłyby przygotowane zarówno do działań w ramach obrony terytorialnej, jak i działań partyzancko-dywersyjnych. Związek Strzelecki miał skupiać młodzież i stanowić niejako przedsionek do służby ochotniczej. Ze służby ochotniczej można byłoby ewentualnie przejść do służby zawodowej.

Związek Strzelecki miał być z jednej strony wbudowany w system obronny kraju, a z drugiej miał łączyć młodzież wokół wartości patriotycznych.

 

Jak odniosły się do odrodzonego „Strzelca” władze państwowe i wojskowe? Czy otrzymaliście jakieś wsparcie?

- Władze państwowe były przerażone!

Na początku mieliśmy dwie takie duże akcje polityczne, które przynajmniej częściowo były ochraniane przez „Strzelca”. Pierwsza akcja zaczęła się zaraz po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego. Jeszcze przed powołaniem rządu rozmawiałem z Mazowieckim, którego znałem od wielu lat. Spytałem go jaki będzie stosunek rządu do KPN-u: czy będzie taka sama odległość do KPN jak do PZPR. On na to: „No nie, nie może tak być, bo w rządzie będą ministrowie z PZPR, a was w nim nie będzie – to przecież niemożliwe. Ani was nie będzie ani nie przewiduję, żebyście mogli w rządzie być”. Ja na to mówię: „Dobrze, pan będzie miał ministrów z PZPR, a my będziemy trochę dalej, będziemy się zajmować PZPR-em...” I zajęliśmy się PZPR-em w ten sposób, że wchodziliśmy do kolejnych gmachów Komitetów, od razu obwieszaliśmy je transparentami KPN-owskimi i informowaliśmy, że budynek zostaje przejęty na cele społeczne i grzecznie prosiliśmy obecnych o opuszczenie go. Nieraz wyglądało to bardzo efektownie. W Lublinie na przykład odbywał się akurat zjazd wszystkich sekretarzy komitetów gminnych i zakładowych z całego województwa. Było ich tam 200-300. Gdy wszyscy zebrali się na sali, przyszła ok. 30-osobowa grupa KPN-owska. Pięciu zaczęło z miejsca przez okna wywieszać transparenty. Zajęto też archiwum, żeby uniemożliwić wynoszenie czegokolwiek. Pięć osób weszło na salę, przeszło w milczeniu, a jeden chłopak wszedł na mównicę i powiedział: „Rozwiązuję całe zebranie, dziękuję państwu, KPN przejmuje budynek na cele społeczne, państwo są wolni – możecie wracać do domów”. No i wtedy zrobił się szum na sali i dało się słyszeć głosy: „Towarzysze, nie dajmy się sprowokować, wychodzimy – nie dajemy się sprowokować”. Gdy komuniści wychodzili, patrzył na nich tłum, który w międzyczasie zebrał się po drugiej stronie ulicy. To było takie uderzenie w psychikę działaczy PZPR. Takich Komitetów, w których przeprowadziliśmy akcje, było ponad 40. Strzelcy – tam gdzie już powstały struktury strzeleckiego – zapewniali bezpieczeństwo takich akcji: tworzyli posterunki przy wejściach, zabezpieczali mienie. Mieli też wkroczyć jako umundurowana formacja gdyby doszło do jakichś przepychanek. Pierwsze trzy budynki PZPR – w tym Frontu Jedności Narodu – zajęliśmy w Warszawie, Katowicach, Radomiu. Zwołano w tej sprawie nawet specjalne posiedzenie rządu, a przeciwko tym trzem pierwszym akcjom wysłano policję. Potem władze zrezygnowały z kontrakcji.

Już wcześniej – chyba nawet w trakcie Marszu Szlakiem Kadrówki, kiedy na chwilę pojawiłem się w Warszawie – doszło do mojego spotkanie z gen. Czesławem Kiszczakiem. Żalił się wówczas, że odkręcono wszystkie tablice Komitetów między Krakowem a Jędrzejowem (czy nawet Chęcinami).

Od wiosny 1990 roku prowadziliśmy akcję blokady baz radzieckich, w której brali udział nieumundurowani strzelcy. Blokada polegała na tym, że nie wchodziliśmy do środka bazy, a tylko blokowaliśmy ją od zewnątrz: nie wolno było wchodzić i wychodzić. Na ogół wyglądało to w ten sposób, że na bramie siadali strzelcy i członkowie młodzieżówki KPN, ozdabiali bramę flagami polską, ukraińską i innymi, pilnowali jej. Nie mieliśmy pełnego spisu baz radzieckich, więc zdarzało się nawet , że radziliśmy się samych Rosjan, gdzie jeszcze można ich blokować. Początkowo dowódcy radzieccy nie reagowali na nasze akcje, ale po jakimś czasie zaczęli dzwonić po pomoc do polskiej policji. Bali się bowiem, że w którymś miejscu wejdziemy zbyt głęboko i ich przepędzimy. W Warszawie-Rembertowie była radziecka baza łączności, gdzie służyło dwa-trzy tysiące żołnierzy. Zajmowali oni bardzo duży obszar, ale na szczęście było tam mało bram, co ułatwiło nam zadanie. Ludzi ze „Strzelca” i młodzieżówki KPN było może ze stu. Nasi ludzie zaczęli wymieniać z żołnierzami radzieckimi znaczki KPN na czapki wojskowe, pasy. Wiedzieliśmy przecież, że ci zwykli żołnierze nie byli niczemu winni – winni byli „komandiry”. W jednym miejscu doszło nawet do bójki, naszemu chłopakowi złamano rękę. Na ogół jednak akcja przebiegała spokojnie. Rosjanie wezwali polską policję na pomoc. Policja zrobiła kordon między nami a nimi. W ten sposób jednak policja pomagała nam blokować bramę. W tej sprawie dzwonił do mnie premier, który obawiał się reakcji Rosjan i tego, że zaczną strzelać. Myśmy wcześniej jednak już byli pewni, że żołnierze nie mają amunicji. Całą akcję blokowania radzieckich baz zaczęliśmy bowiem ostrożnie – od nieuzbrojonej komendantury radzieckiej w centrum miasta, gdzie byli tylko urzędnicy – oficerowie administracyjni. Podczas takich blokad rozmawialiśmy z radzieckimi dowódcami. Ja też rozmawiałem z zastępcą komendanta – bo komendant, który miał ze mną rozmawiać, wolał wyjechać w tym czasie do Berlina (to był ostatni dowódca rosyjski w Afganistanie i perspektywa takiej rozmowy ze mną chyba była dla niego ubliżająca). Rosjanie zgodzili się, że opuszczą Polskę natychmiast po tym, jak zażąda tego rząd polski. A rząd polski bał się tego żądać. Akcja trwała tak długo aż wreszcie – i to chyba pod naciskiem rosyjskim, bo było to demoralizujące dla ich wojska i kompromitujące dla całego ZSRR, gdyż pisała o tym i ich prasa, i zachodnia – po kilku miesiącach Mazowiecki, który wcześniej twierdził, że Rosjanie stacjonują w Polsce dla obrony naszych interesów i granic zachodnich, rozpoczął rozmowy o wycofaniu wojsk radzieckich. Gdy rozmowy takie rozpoczęto, przerwaliśmy akcję.

Bano się również, że ściągamy oficerów z wojska. Jednym z nich był Włodek, oficer 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej. W wojsku bano się tego. Równocześnie KPN był opozycyjny w stosunku do rządu Mazowieckiego, potem też Bieleckiego. W tej sytuacji w wojsku powołano wojskowego „Strzelca”. Początkowo jego organizatorzy mieli duże problemy z naborem chętnych: po prostu odkomenderowywano tam żołnierzy, prawie nie było w nim ludzi spoza wojska. Na pierwsze Marsze Szlakiem Kadrówki wysłano żołnierzy w ramach tego „Strzelca”. Nie za bardzo wiedzieli oni, co to jest „Strzelec”, co to jest Marsz. Brali już chyba udział w Marszu w 1991 roku. Pierwszy wiceminister obrony, który to organizował, to był Bronek Komorowski, potem w następnym rządzie także Romek Szeremietiew (zresztą były KPN-owiec). Podkupywano naszych strzelców np. wyższymi stopniami.

 

Czym Pan sobie tłumaczy to, że obecnie ruch strzelecki jest obecnie taki rozbity? Że istnieje dużo organizacji odwołujących się do tradycji strzeleckiej, które nie potrafią się porozumieć i zjednoczyć?

- Chciałem, by – tak jak to było w okresie międzywojennym – „Strzelec” był związany z wojskiem. Praktycznie – oczywiście przy zachowaniu pewnej autonomii – od samego początku byliśmy gotowi związać „Strzelca” z wojskiem. Politycy i wojskowi nie ufali nam jednak i bali się tego, że zamierzamy opanować wojsko od środka. Trudno byłoby nam opanować wojsko siłą kilkuset strzelców, ale mimo to takie obawy istniały. W tym czasie do wojska przyszli cywilni politycy, np. Onyszkiewicz, który bał się nas bardziej niż Komorowski. Romek Szeremietiew – jeszcze działając w KPN – był przewidywany na organizatora „Strzelca”. Tak naprawdę spośród tych różnych ministrów i wiceministrów cywilnych, którzy przychodzili do MON, to jeden Romek miał jakieś przygotowania do pełnienia tej funkcji. Romek wiedział, jaką rolę „Strzelec” powinien odgrywać w wojsku. Chciał on skorzystać z wzorców międzywojennych. Bano się po pierwsze, że strzelcy opanują wojsko od środka; po drugie, że jeśli „Strzelec” pozostanie poza wojskiem, to będzie to siła zmilitaryzowana, zdyscyplinowana, która będzie chciała oddziaływać na bieg spraw w państwie (tak jak strzelcy brali udział w wyrzucaniu ludzi z budynków Komitetów, tak mogliby wyrzucać ludzi z ministerstw). W związku z tym powołano „Strzelca” w wojsku – po to, żeby odciągać młodzież od nas. Wojsko miało masę rzeczy, których my nie mogliśmy dać: instruktorów, mundury, uzbrojenie, sprzęt.

Równocześnie zaczęły powstawać kolejne konkurencyjne organizacje strzeleckie.

Państwo do tej pory nie docenia tej formy i do tej pory nie wypracowało jakiejś spójnej koncepcji. Ta spójna koncepcja, którą my proponowaliśmy, została odrzucona, bo władze bały się, że to jest koncepcja, którą my chcemy wykorzystać przeciwko nim. Byliśmy w tym czasie w opozycji, więc jakoś te obawy mogły być uzasadnione.

W pewnym momencie – z braku środków i kadry – trudno już było organizować „Strzelca” poza strukturami państwowymi. W związku z tym istniejący „Strzelec” wegetował i zszedł z pola widzenia. Początkowo, kiedy istniała jeszcze dość zwarta grupa oficerów strzeleckich, jakoś sobie z tym radzili, ale zaczynało się to potem sypać. W niektórych okręgach komendanci potrafili nawiązać dobre kontakty z garnizonem (zwłaszcza gdy komendantem był oficer rezerwy, który miał w wojsku kolegów), ale w innych bywało gorzej. Zaczęły się różne rywalizacje, podziały itd. Taki stan bałaganu panuje nadal. Od czasu do czasu przyjeżdżają do mnie ludzie ze „Strzelca”, składają mi obszerne meldunki. Inni przyjeżdżają, żeby pytać, co robić. Moim zdaniem, jedyna formuła istnienia „Strzelca” to jest ta formuła przedwojenna, czyli związanie organizacji z wojskiem. Bardzo trudno jest jednak przekonywać do tego ministrów obrony. Choćby obecny szef MON nie miał nigdy nic wspólnego ze „Strzelcem”.

 

Mówi Pan, że państwo obawiało się „Strzelca”. A czy dało się odczuć na początku lat 90. zainteresowanie ze strony służb specjalnych? Jak wyglądała sprawa szkolenia w puszczy solskiej, rozbitego przez policję?

- Już teraz nie pamiętam szczegółów tego szkolenia – powinni je znać ludzie z Lublina i Rzeszowa. To był jakiś letni obóz strzelecki.

Konfederacja Polski Niepodległej i wszystko, co było z nią związane stanowiło przedmiot żywego zainteresowania ze strony służb. Nie wiem, do kiedy takie zainteresowanie wykazywano. W każdym razie wiem, że jedna ze spraw, które prowadzono przeciwko mnie i założono ją tuż po powstaniu KPN, była czynna pod tym samym kryptonimem jeszcze w sierpniu-wrześniu 1991 roku. Prowadził ją płk Śledź „Jabłoński” z SB, który przejął ją po moim wyjściu z więzienia w 1986 roku. Ciekawe materiały na ten temat znalazły się w „szafie Lesiaka”.

 

Rozmawiał Przemysław Wywiał

(grudzień 2009)

Foto: Wikipedia

Ostatnio zmieniany środa, 04 kwiecień 2012 20:19

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version