Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Jest to jedna z tysięcy podobnych historii młodych ludzi, którzy w najcięższych chwilach stracili wszystko, ale wynieśli takie cechy charakteru, które pozwoliły im odbudować nowe życie i stać się wartościowymi ludźmi.

 

Wileńskie harcerstwo Aleksandry Frelich.

 

Okupacja w Wilnie.

 

1 września 1939r. wojska niemieckie przekroczyły granice Polski. Wybuchła wojna. Armie polskie stawiały opór w obronie państwa licząc na rychłą pomoc zachodnich sojuszników. Pomoc taka nigdy nie nadeszła. Ze wschodu natomiast Rzeczpospolita dostała cios, który zaważył na losie setek tysięcy Polaków. W myśl paktu Ribentrop-Mołotow 17 września 1939r. Rosjanie zajęli wschodnie rubieże Rzeczypospolitej. 19 września 1939r. wojska radzieckie wkroczyły do Wilna. W październiku Rosjanie przekazali miasto Litwinom, w czerwcu 1940r. ponownie je zajęli. Zaczęły się prześladowania, deportacje i wywózki na Syberię.

Pod koniec czerwca 1941r. do Wilna wkroczyły wojska niemieckie. Nowe władze w sposób zaplanowany rozpoczęły eksterminację ludności wileńskiej, w pierwszej kolejności Żydów i polską inteligencję. Tak wspomina te czasy pani Aleksandra Chomiczewska-Mazaraki, wówczas harcerka Ola Frelich:

(…) Agresja Niemców przez pierwsze lata okupacji skierowana była na niszczenie Żydów.
W Wilnie mieszkało ponad 38% Żydów, co stanowiło ok. 100 tyś. mieszkańców. Była to grupa ludzi wolnych zawodów, których znaliśmy, przy których się mieszkało. Bardzo oddani, mądrzy lekarze, świetni prawnicy z którymi moja rodzina utrzymywała kontakty zawodowe czy nawet przyjacielskie. Mama kończyła farmację, a na farmacji było 80% żydowskich słuchaczy – była to grupa związana z posiadaniem nieruchomości, stąd mnóstwo aptekarzy Żydów. Z końcem lat dwudziestych, o ile pamiętam, wyszło rozporządzenie lub ustawa mówiąca, że właścicielem apteki może być tylko farmaceuta. Zatem wszyscy ci starszawi już panowie, zresztą doskonali fachowcy hurmem zgłosili się na farmację. Moja mama była młodziutką dziewczyną, ale była córką właściciela apteki. Dziadek mój był farmaceutą, nie musiał się dokształcać. Tak więc mama trafiła w to starsze od siebie i zdecydowanie żydowskie środowisko. Wspominała swoich kolegów bardzo serdecznie. Byli to ludzie bardzo kulturalni, wyrobieni towarzysko, opiekuńczy w stosunku do tych kilku studentek. Panie na owe czasy raczej nie studiowały.

Równocześnie całe stare miasto i przedmieścia zamieszkałe były przez ogromną liczbę niezamożnych handlarzy, rzemieślników tak jak wszędzie w miastach kresowych. Była to biedota, bardzo zubożała, zamknięta w sobie ale solidarna grupa ludzi. Od nich właśnie Niemcy zaczęli eksterminację Wilna. Pędzili przez miasto do podmiejskich lasów, miejscowość nazywała się Ponary. Ustawiali ich na brzegu dołów i strzelali, aż do wykończenia danego transportu. Do ostatniej chwili, ci biedni ludzie sądzili, że jadą do kopania umocnień, jakieś roboty.(…)

 

Rodzina

 

Aleksandra Frelich urodziła się w Wilnie w 1930 r. Ojciec jej Antoni Frelich był oficerem
3 Pułku Saperów Wileńskich, absolwentem Wyższej Szkoły Inżynierskiej Wawelberga w Warszawie. Pracował w Dowództwie Obszaru Warownego „Wilno”. W rodzinnym domu nie raz słyszało się głos ojca „ idę do Deowaru, …. wracam z Deowaru”, ale Ola i jej rodzeństwo podziwiało tatę za jego ogromną wewnętrzną dyscyplinę i silny charakter. Po latach pani Aleksandra wspomina tak przyziemne i bliskie żołnierzowi sprawy (…) Pamiętam jego szablę, używaną jedynie w sytuacjach galowych oraz błyszczące jak lustro oficerki, które w nieskończoność pucował zaprzyjaźniony z dziećmi ordynans (…)

Matka Halina Frelich z domu Chomiczewska ukończyła Wydział Farmaceutyczny Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie z myślą o pracy w aptece swojego ojca. Rodzice szczególnie dbali o polskość domu i patriotyczne wychowanie dzieci.

(…) Byłam córką oficera, wobec tego w domu bywali głównie oficerowie, prawie zawsze była to grupa wywodząca się z domów ziemiańskich, co dodatkowo nadawało szczególnego rysu patriotyczno-historycznego. Sięgało się do tego, że ojciec w wojsku, dziadek brał udział w
I Wojnie Światowej, a pradziadek w walkach powstania 1863 r. To napawało nas dumą, a równocześnie poczuciem, że należy tę linię historyczną kontynuować. Nie z szablą w ręku, nie tak jak przedwojenna kadra oficerska, bo oni szli na front, albo zginęli najczęściej pod Smoleńskiem. Myśmy natomiast chcieli przynajmniej poznawać historię, a jak się tylko trochę dorosło, to włączyć się do jakieś linii oporu w sensie dostępnego nam harcerstwa. (…)

 

Szkoła

 

(…) Pierwszy rok szkolny to okres z 39 na 40r. Funkcjonowały polskie szkoły. Litwini pozwolili istnieć tym szkołom, ale już w następnym roku szkolnym powstały rosyjskie szkoły z polskim personelem, dyrekcję stanowili „towarzysze”. Zapamiętałam taką pierwsza lekcję, ponieważ się ośmieszyłam. Na pierwszą lekcję przychodził towarzysz dyrektor i zwracał się do dzieci. Siedziałam w pierwszej ławce, a ten zwrócił się do mnie „kak wasza familia?” A ja mówię – familia to mój ojciec, moja mama, moja babcia i tak dalej cała reszta. Byłam przekonana, że familia to moja rodzina, chodziło mu oczywiście o nazwisko. Powiedział, że wreszcie będziemy mogli podjąć normalną naukę, dowiemy się wszystkiego o opiekuńczej roli Związku Radzieckiego. Odbywały się normalne lekcje z polskimi nauczycielami. W szkołach podstawowych język polski był wykładany, ale wprowadzono też język rosyjski. Potrzeba było całego roku szkolnego, żebyśmy opanowali cyrylicę i nauczyli się pisać tymi bukwami. Nie paliliśmy się do tego, dlatego nasze umysły były takie mało chłonne. Krzywdy nam nie robiono, ba nawet na długiej przerwie dostawaliśmy talerz krupniku, a ponieważ wtedy było ciężko z jedzeniem, to ta odrobina kalorii i czegoś ciepłego dawała wsparcie w pierwszej połowie dnia. A potem, kiedy wkroczyli Niemcy, żadnych polskich instytucji nie było. (…)

 

 

Tajne komplety

 

(…) Prawie rok uciekł nam na próbach zorganizowania prywatnego nauczania i wtedy zrodziły się komplety. Tak nazywały się nieduże grupy dzieci dobierane wg rocznika szkolnego. Dwie nauczycielki były instruktorkami harcerskimi. Z chwilą, kiedy się trochę poznaliśmy, a one poznały naszych rodziców, powiedziały nam, że uczyć nas będą nie tylko podstawowych przedmiotów, ale po pewnym przygotowaniu ideologicznym potraktują nas jako harcerzy i na tej kanwie rozwijały się przyszłe zastępy.

Komplety odbywały się po różnych domach, ale nie we wszystkich można było się spotykać, np. jedna z moich koleżanek mieszkała w śródmieściu przy głównej ulicy Mickiewicza, gdzie szereg mieszkań było zajętych przez oficerów niemieckich albo folksdojczów. Tam nie można było prowadzić kompletów, bo wchodzenie grupy sześciorga, ośmiorga dzieci od razu wpadłoby w oczy.

Natomiast moi rodzice w tym czasie mieszkali na peryferiach i obok mieszkały trzy moje koleżanki. One miały swoje prywatne domki. Były to takie miejsca, gdzie młodzież stale się kręciła i nie budziło to podejrzeń.

Spotykałyśmy się codziennie w innym mieszkaniu, niekiedy zajęcia odbywały się za Wilją, za Zielonym Mostem. Z Pohulanki na Zielony Most dziecięcym truchtem szło się godzinę, ale tam było bezpiecznie. Nie nosiliśmy książek, jeśli już się tak wydarzyło, to zawijaliśmy w jakiś niegroźnie wyglądający pakunek. Przeważnie był jeden podręcznik na cała grupę, który odziedziczyło się po starszej młodzieży z przedwojennych szkół. Przepisywaliśmy sobie część materiału, a resztę czytało się na miejscu. Moja najukochańsza druhna Maria Polakiewiczówna była geografem i uczyła nas geografii i historii. Obowiązywała nas tylko jedna książka i to książka z lat trzydziestych – geografia była nadal aktualna , historię natomiast trzeba było dopowiedzieć o te ostatnie rozdziały. I tak było do końca wojny.

Podczas tajnych kompletów pojawiła się możliwość objęcia nas działalnością harcerską. Przedwojenni instruktorzy, to była młodzież gimnazjalna, albo starsza, np. moja druhna była absolwentką geografii, czyli dorosłym człowiekiem. Dowiedziałam się potem, że była ona w najwyższych władzach wileńskiego harcerstwa, ale wtedy oczywiście nie starała się nam tym imponować. Kadra instruktorska sprzed 1939r. miała doświadczenie i wiedzę, równocześnie prowadzili naukę wg programów przyjętych przed wojną, które potem mogły nas doprowadzić do matury. Dano nam , może troszeczkę słabsze przygotowanie, bardziej wyrywkowe, ale moja dwa lata starsza siostra, kiedy przyjechaliśmy po wojnie do Poznania, po półrocznej weryfikacji zdała tą ogólnopolską maturę, czyli nie była dużo słabiej przygotowana. Niektórzy kończyli nawet pierwsze lata studiów w ramach nauczania tajnego, no może nie wiem, czy w Wilnie, bo z akademickim środowiskiem się nie zetknęłam, ale wiem, że Warszawa dawała możliwość podjęcia studiów, które potem były zaliczane jako pełnowartościowe przygotowanie. (…)

 

Szare Szeregi.

 

(…) Ja mam o dwa lata starszą siostrę Krysię, która była o te dwa lata wcześniej wciągnięta do Szarych Szeregów i nigdy mi nic nie opowiadała, dopiero, kiedy ja i moje koleżanki dojrzały do tego, żeby nas wciągnięto do kolejnego zastępu, wtedy podzieliły się z nami doświadczeniem, kto ich prowadzi, co robią i myśmy ich już nie dogoniły. Ja byłam w zastępie „Jaskółki”, a dziewczyny o dwa lata starsze to „Bobry”. Były to harcerki na tyle dojrzałe, że już wtedy włączano je do przenoszenia grypsów, do pomocy rodzinom, którym kogoś aresztowano, do ostrzegania domów, które były pod inwigilacją. Takie smarkule nastoletnie „Jaskółki” na razie skończyły kurs pierwszej pomocy sanitarnej, wolno nam było zanosić jakieś worki z kaszą i mąką do domów związanych z Armią Krajową i Szarymi Szeregami. Ale nasza działalność ograniczała się do takich bardzo przyziemnych akcji i nigdy nie padały żadne nazwiska. Pomagaliśmy rodzinom tych, co siedzieli na Łukiszkach – najstraszniejszej kaźni w Wilnie, tych aresztowanych, czy rozstrzelanych, ale nigdy nie wiedzieliśmy, kto się za tym kryje. Wszystko, co się działo musiało być oparte o absolutną tajemnicę. Im mniej się pisało, im mniej było dokumentów, tym mniejsze zagrożenie było, że ktoś wpadnie, że ktoś nie wytrzyma – to była konspiracja. Stąd, jeśli chodzi o skład zastępów, hufców o dane personalne naszej kadry wileńskiej – to wszystko opierało się tylko na imionach, a dopiero po wojnie, a właściwie z chwilą wydania w Warszawie książki o Szarych Szeregach, ja po raz pierwszy znalazłam w druku skład mojego zastępu i drużyny. Tam są skromne, ale rzeczowe wiadomości dotyczące działalności harcerstwa na Kresach Wschodnich.(…)

 

Mały Krzyżyk – Wielka Sprawa.

 

Zbliżał się wieczór i godzina policyjna, na ulicy Pohulanka słabł ruch. W bramach pohulankowych posesji bystre oczy „Jaskółek” wypatrywały nadchodzących druhen. Ten wieczór zapadł na długie lata w pamięci dwunastoletniej Oli Frelich. Zastęp harcerek dostał tajemnicze zadanie. O wyznaczonej godzinie musiał stawić się na cmentarzu Rossy przy mogile Pani Marii Piłsudskiej, w której również pochowane zostało Serce jej Wielkiego Syna – Marszałka Józefa Piłsudskiego. Wykorzystując ciemności nadchodzącej nocy, znanymi sobie zaułkami harcerki dotarły na cmentarz. Nie było, bowiem łatwo przedzierać się ze śródmieścia do Rossy, kryjąc się przed patrolami żandarmerii niemieckiej oraz policji litewskiej. Tam na „Jaskółki” czekał ktoś szczególny – ich ukochana druhna podharcmistrzyni Maria Polakiewiczówna. Szum drzew połączył się z szeptem dziecięcych głosów …. Mam szczerą wolę, całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu.

Jak dzisiaj wspomina pani Aleksandra: (…) Drżącym głosem z naprawdę ogromnym przejęciem składaliśmy Przyrzeczenie. Wtedy dostałam ten Krzyż Harcerski. Krzyż oczywiście nie był nowy, bo nikt wtedy Krzyży nie produkował. On jest z takiej cieniutkiej blachy. Pochodził od kogoś z kadry harcerskiej, nie mogłam znać personaliów od kogo pochodził, kto na rzecz nowoprzyjętych oddał swój Krzyż. A ponieważ nasza druhna tkwiła w tym środowisku, sama była instruktorem, więc miała mnóstwo przyjaciół. Widocznie ten Krzyż miał ktoś w rodzinie, albo uważał, że oddanie jakiemuś narybkowi będzie pięknym gestem. To była wielka ofiara, dla mnie dodatkowo obligująca. Dłuższy czas musiał być wcześniej używany, bo tu jest taka tarczka (nakrętka), która od częstego używania zrobiła się luźna i zwykle zakładało się na gwint kawałek szarego materiału albo nitki, by Krzyż przykręcić do ubrania. Jedyne chwile kiedy mogłam nosić krzyż, to były tylko zbiórki w jakimś prywatnym domu. Nikt nie był na tyle szalony, żeby poza domem pokazywać się z Krzyżem Harcerskim. Był to nasz taki skarb, od którego robiło się gorąco na sercu, bo potem się go chowało. Dla każdej z nas był to naprawdę drogi i cenny przedmiot. Był symbolem czegoś pięknego, właściwie jedyny materialny dowód naszego harcerstwa, bo wszystko inne opierało się tylko na słowach i pamięci. To była rzecz materialna, prawdziwy symbol przypięty do jakiegoś tam szarego strzępka, który udawał mundur. (…)

 

Ukochana druhna Marysia

 

Maria Polakiewicz urodziła się w Tomsku na Syberii. Z Wilnem związała się od 1922 roku, kiedy to w ramach repatriacji przyjechała tutaj z rodziną. W roku 1932 zdała egzamin dojrzałości w Państwowym Gimnazjum Żeńskim im. Ks. Adama Czartoryskiego. W roku 1939 otrzymała absolutorium z geografii Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Podczas studiów, w 1936 roku wstąpiła do Związku Harcerstwa Polskiego. Podharcmistrzyni Maria Polakiewiczówna była zastępcą komendanta Pogotowia Harcerek Chorągwi Wileńskiej. Podczas wojny aktywnie działała w Szarych Szeregach i Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. Prowadziła pracę ideowo-wychowawczą wśród młodzieży harcerskiej, kierowała wykonywaniem rożnych prac pomocniczych w zakresie informacji i propagandy, brała udział w pracach o charakterze wojskowym w służbie pomocniczej Związku Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej. Szczególną aktywność wykazywała w organizacji i prowadzeniu tajnego nauczania jako jego organizatorka i kierowniczka na terenie jednej z dzielnic Wilna. Od 1941 roku pracowała w Instytucie Geologicznym w Wilnie jako pracownik naukowy. W ramach akcji repatriacyjnej, w maju 1946 roku przyjechała wraz z rodziną do Polski i osiedliła się na stałe w Toruniu. Zmarła w 1987r.

 

Miły wieczór

 

Byłem w domu seniorki i piłem kawę. Słuchałem historii sprzed siedemdziesięciu lat. Przede mną siedziała elegancka, starsza pani. Wracała wspomnieniami do rodzinnego miasta, z którego wyjechała ostatnim transportem repatriacyjnym do Polski w 1946 roku. Nigdy potem nie odwiedziła Wilna, choć wspomniała, że jej starsza siostra miała więcej odwagi i pojechała tam zwiedzić miejsca dzieciństwa.

Poruszony opowieścią zdałem sobie sprawę, że jest to historia zwykłych ludzi o niezwykłym poczuciu patriotyzmu i poświęcenia dla własnego Kraju. Harcerska służba w Szarych Szeregach była aktem wielkiej odwagi z jednej strony, z drugiej zaś była świetną metodą samokształcenia i wychowania obywatela już od młodzieńczych lat. Nikt wówczas nie miał wątpliwości, że harcerz był się synonimem młodego człowieka o twardych cechach charakteru, odważnego, uczciwego i karnego, pełnego miłości bliźniemu i oddanego swemu Krajowi.

 

Na stole leżał stary, brązowy Krzyż Harcerski pokryty grubą patyną zieleni – jedyny materialny dowód pracy harcerskiej w okupowanym Wilnie. Pani Aleksandra miała rację – Krzyż oddał starszy harcerz, odznaka, bowiem pochodzi z lat 1916-19.

 

Z Panią doc. dr Aleksandrą Chomiczewską-Mazaraki, emerytowanym pracownikiem naukowym Wydziału Zootechnicznego i wieloletnim kierownikiem Katedry Hodowli Owiec
i Zwierząt Futerkowych ówczesnej Akademii Rolniczej w Szczecinie rozmawiał
Dariusz Krakowiak.

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version