Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

6 sierpnia 1914 r. z Krakowa wyruszyła do Królestwa Polskiego 1. Kompania Kadrowa. Jakie cele - polityczne, wojskowe - przyświecały Józefowi Piłsudskiemu?

moczulski 3

- Zamierzenie było proste i przygotowywane od lat: doprowadzenie do wybuchu powstania w Kongresówce. Piłsudski chciał powtórzyć sytuację sprzed 51 lat, czyli z czasów powstania styczniowego - wywołać antyrosyjski ruch zbrojny w Królestwie Polskim, które wtedy (tj. w pierwszych dniach sierpnia 1914 r.) stało się strefą frontową. W 1863 r. powstanie miało zostać wywołane przez zorganizowane oddziały, choć jak wiadomo, ostatecznie tak się nie stało. W sierpniu 1914 r. inicjatorem wybuchu miały być oddziały strzeleckie nadchodzące z Galicji.

Oddziały były dwa: 1. Kompania Kadrowa, która wyszła z krakowskich Oleandrów 6 sierpnia, oraz druga kompania, która wymaszerowała z Krzeszowic 7 sierpnia. Piłsudski nawiązywał do sytuacji z powstania styczniowego, choć starał się oczywiście przejąć inicjatywę we własne ręce. Jak pamiętamy, wybuch tamtego powstania nastąpił w okolicznościach, które nie były specjalnie sprzyjające. Komendant był zdecydowany, że tym razem wystąpienie zbrojne może nastąpić tylko w sytuacji sprzyjającej, a zwłaszcza w sytuacji sprzyjającej międzynarodowo. Można wyróżnić trzy elementy, które sprawiały, że ówczesne położenie polityczne można określić mianem sprzyjającego. Po pierwsze, doszło do wybuchu europejskiej wojny silnie wiążącej mocarstwa. Po drugie, była to wojna między zaborcami. Po trzecie wreszcie, w owym czasie między formalnym wypowiedzeniem wojny a faktycznym rozpoczęciem działań wojennych następowała pewna przerwa konieczna dla mobilizacji armii. Sprawiło to, że pierwszego dnia wojny austriacko-rosyjskiej siły obu stron były w trakcie mobilizacji i koncentracji, nie prowadziły żadnych działań bojowych, a między nimi istniała spora pusta przestrzeń. W tę pustkę można było wejść i mieć czas na zorganizowanie czegoś w rodzaju państwa powstańczego.

- Jakie podejście do sprawy polskiej prezentowały państwa zaborcze?

- Piłsudski zdawał sobie sprawę, że pokonanie takiej potęgi jak Rosja jest niemożliwe, dlatego głównym celem swojego "powstania" uczynił wprowadzenie kwestii polskiej na arenę międzynarodową. Owszem, Austriacy mówili czasem Polakom jakieś miłe rzeczy, ale już dawno zrezygnowali z faktycznego wspierania polskich działań. Rosja nie miała żadnych zamiarów w stosunku do Kongresówki, a jeśli chodzi o Niemcy, to kanclerz niemiecki Bethmann-Hollweg zdawał sobie sprawę, że wojna europejska jakoś wyciągnie na wierzch sprawę polską, ale w żaden sposób nie zamierzał tego przyspieszać. Piłsudski uważał natomiast, że rozpoczęte przez niego działania po prostu wymuszą, i to już na początku wojny, że sprawa polska ożyje na forum międzynarodowym.

Rzeczywiście, jego akcja przyniosła pewne efekty już w ciągu pierwszych kilku dni. Pierwsi zareagowali Rosjanie. Ukazała się odezwa do Polaków podpisana przez rosyjskiego głównodowodzącego wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza. Moskwa musiała zareagować, bo wszystkie polskie powstania zaczynały się najpierw trochę niezbyt poważnie, a potem na długie miesiące stawały się poważnym problemem. Z kolei Austriacy w tym okresie w ogóle nie interesowali się sprawą polską. Dopiero wraz z rozwojem wypadków - wymarszem strzelców, informacjami o powstaniu w Warszawie jakiegoś rządu narodowego, wreszcie wspomnianą odezwą rosyjską - uznano, że trzeba zareagować. Pewne działania podjął wpływowy minister skarbu i administrator Bośni i Hercegowiny Leon Biliński. Biliński od jakiegoś czasu myślał o przekształceniu monarchii z dualistycznej w trójczłonową, tyle że owym trzecim członem nie miała być Polska, a południowa Słowiańszczyzna. W każdym razie uznał, że trzeba przygotować jakąś odezwę zapowiadającą przywrócenie Królestwa Polskiego pod berłem cesarza, a po drugie, należy przejąć kontrolę nad owymi działaniami powstańczymi Piłsudskiego. Wsparli to polscy politycy z Galicji, którzy zorganizowali Naczelny Komitet Narodowy. NKN objął opieką ruch strzelecki i doprowadził do zmiany inicjatywy powstańczej w legionową. Przy armii austro-węgierskiej miały powstać Legiony Polskie na wzór XIX-wiecznych legionów Dąbrowskiego.

Powstańcza koncepcja Piłsudskiego osiągnęła więc cel: Rosja i Austria wystąpiły jawnie w kwestii przyszłości Polski i Polaków. Niemcy wprawdzie nie zabrali głosu, ale w rozmowach kuluarowych przyjęli do wiadomości, że w przyszłości powstanie Królestwo Polskie pod berłem cesarza austriackiego. Dopiero z czasem, gdy dostrzegli, że Austria nie radzi sobie z tym zagadnieniem, w 1916 r. przejęli od niej inicjatywę. Jeszcze później doszło do tego pamiętne wystąpienie prezydenta USA Wodorowa Wilsona z 1917 r. To też był spóźniony efekt sierpniowej inicjatywy Piłsudskiego.

- Dlaczego po wejściu strzelców do Kongresówki Polacy nie poparli sprawy?

- Komendant osiągnął długofalowy cel. Jeżeli natomiast chodzi o narzędzie polityczne do tego celu: wywołanie powstania, tworzenie administracji polskiej w Kieleckiem, usuwanie władzy rosyjskiej itd. - to nie osiągnął takiego stanu, jakiego oczekiwał. Złożyło się na to kilka przyczyn, m.in. powstanie NKN-u, które pomieszało szyki Piłsudskiemu i klęska militarna, jaką Austriacy zaczęli ponosić na tym odcinku frontu. Co zaś do braku poparcia ze strony miejscowych Polaków, to w dużej mierze jest to legenda. W swojej książce pokazuję różne spojrzenia na wejście strzelców do Kielc. Jedni mieszkańcy szaleją z radości i rzucają kwiaty, inni zamykają okna i chowają się. Reakcje są więc najprzeróżniejsze.

Podobnie zapisało się to w pamięci uczestników marszu: jedni zapamiętali, że witało ich całe miasto, inni że miejscowość była wymarła. W historiografii zwyciężył jednak obraz odrzucenia strzelców przez kielczan. Pamiętajmy jednak, że akcja Piłsudskiego zakończyła się podstawowym sukcesem: kwestia polska została wskrzeszona i nie można było tego cofnąć. Znów odwołam się tutaj do doświadczeń powstania styczniowego. Wywołanie powstania w tamtych warunkach było łatwiejsze niż w 1914 r. Kongresówką administrował wtedy Polak, margrabia Wielopolski, istniały struktury konspiracyjne, powstanie mogło się rozwinąć na terenach zamieszkałych przez świadomą ludność pochodzenia szlacheckiego. Tymczasem w guberni sandomierskiej sytuacja była znacznie trudniejsza. Sformowanie oddziału partyzanckiego zajęło tam Langiewiczowi sporo czasu. Podobnie było w sierpniu 1914 r.

- Powstanie nie wybuchło, a inicjatywa strzelecka została wzięta pod skrzydła polityków polskich z Galicji i przekształcona w Legiony. Jak Pan to ocenia: czy był to ratunek dla Piłsudskiego czy też wzięcie go na smycz?


- Oczywiście, że chodziło o wzięcie Piłsudskiego na smycz. Piłsudskiego nie trzeba było ratować, bo nic mu nie groziło. Dodajmy jeszcze, że we wspomnianym NKN-ie, który miał sprawować opiekę nad Legionami, bardzo silna była frakcja starająca się za wszelką cenę doprowadzić do likwidacji powstania. Frakcja ta, związana z Narodową Demokracją, była przekonana, że Rosja wojnę wygra, więc działania, jakie poodejmuje Piłsudski mogą tylko skompromitować Polaków w oczach Moskwy. Ale wracając do Naczelnego Komitetu Narodowego, to przez kilka pierwszych dni żadnej specjalnej pomocy żołnierzom Piłsudskiego nie udzielał. Wielka spontaniczna pomoc napływająca od mieszkańców Krakowa nie trafiała do Kielc, ale była zatrzymywana na miejscu i przeznaczana na formowanie nowych oddziałów legionowych w Krakowie.

Niemniej jednak, NKN odegrał również pewną pozytywną rolę. Gdy Galicja została zajęta prawie w całości przez armię rosyjską, Komitet zapewnił kontynuację koncepcji legionowej ewakuując się na Śląsk i tam cały czas pracując. Politykom galicyjskim trzeba przyznać więc tę zasługę, że dzięki nim idea legionowa nie skończyła się latem 1914 r., ale przetrwała kilka lat. Nawiasem mówiąc: zastanawiałem się, czy powstania 1914 r. nie należałoby nazwać powstaniem krakowskim. Bo rola odegrana przez Kraków była olbrzymia. Bez Krakowa Piłsudski nie byłby w stanie tego zorganizować, bez strzelców, ludzi, którzy dali pieniądze, jedzenie, mundury... Bez wsparcia całego regionu nie udałoby się tej szczytnej inicjatywy zrealizować. To było działanie, które spontanicznie zorganizował sam Kraków. Powstanie rozwijało się w Kieleckiem, ale jego stolica znajdowała się w Krakowie, to on był bazą tego wszystkiego. Cztery lata później, w 1918 r., Kraków dwa tygodnie wcześniej niż inne polskie miasta skończy z władzą zaborczą.

- Jakie znaczenie miały działania militarne oddziałów strzeleckich, a później 1. pułku Legionów w sierpniu 1914 r.?

- Nie miały większego znaczenia. Odbywały się zupełnie na marginesie działań wojennych. Wielkie operacje rozegrały się na Lubelszczyźnie i w Galicji Wschodniej i to one decydowały o przebiegu wojny. Natomiast wpływ działań powstańczych na wojnę między mocarstwami był praktycznie żaden. Ale założenie Piłsudskiego było takie, że nie miały one wpływać na wynik wielkiej walki. Działania powstańcze miały budzić spontaniczny ruch Polaków. Ważne było nawet nie to, że dzięki temu do Legionów poszły tysiące młodych Polaków, ale to, że przez pewien czas działało autentyczne polskie państwo. Państwo to tworzyło się przez organizację zaplecza dla wojska, przez zarządzanie terenem, dbanie o bezpieczeństwo, organizowanie szkół, zatrzymanie poboru rosyjskich podatków. I ważniejszy od pieniędzy, jakie to dało, był fakt, że ludzie płacili podatki dla państwa polskiego. Tego działania nie można było już cofnąć. W naszych czasach większość społeczeństwa nie uczestniczyła w początku ruchu "Solidarności". Większość społeczeństwa nie wystąpiła też czynnie przeciwko stanowi wojennemu. Ale nawet ci, którzy byli bierni, mieli świadomość, że pojawia się zupełnie nowa rzeczywistość. W sierpniu 1914 r. nie chodziło o to, by polskiego wojska było w Kieleckiem o tysiąc czy dwa więcej, tylko o to, że się tam w ogóle pojawiło. Powstaje rzeczpospolita powstańcza obejmująca Kraków i Galicję, Śląsk Cieszyński, Kielecczyznę.

- Na określenie działań Piłsudskiego na początku I wojny światowej w Galicji i Kongresówce użył Pan w swojej książce terminu powstanie polskie.

- Nie było to dotychczas spotykane m.in. dlatego, że samo słowo "powstanie" jest przez znaczną część Polaków źle odbierane. Piłsudski unikał tego określenia, sam pisał o tym, jak należy zorganizować rewolucję w zaborze rosyjskim - "Praktyczne zadania rewolucji w zaborze rosyjskim". Słowo rewolucja nie budziło bowiem takich skojarzeń jak słowo powstanie. Dziś mamy to samo: działania powstańcze poprzednich pokoleń zostały sprowadzone do bezmyślnego czynu, który ściąga na kraj nieszczęście.

Rozmawiał Paweł Stachnik

Wywiad opublikowany w "Dzienniku Polskim":  http://www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/opinie/1164111-bez-krakowa-pilsudski-nie-bylby-w-stanie-nic-zrobic.html

Zdjęcie: Wikipedia

06 Sie

Kompania Kadrowa

Opublikowano w Legiony Polskie

„Żołnierze! Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru, jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć za oswobodzenie Ojczyzny". Dnia 6 sierpnia 1914 r. o godzinie 3,30 rano, — na kilka godzin przed wypowiedzeniem wojny przez Austrję Rosji — wyruszyła pierwsza kadrowa kompanja Strzelców polskich. Szła, ażeby „czynem orężnym budzić Polskę do Zmartwychwstania".

„... Po wyjściu ze sztabu zauważyłem rozrzewnione miny mego patrolu, a ponieważ pozostawały do wymarszu jeszcze dwie godziny, poprowadziłem wszystkich do Hawełki na kieliszek wiśniaku. Tu dopiero zorientowaliśamy się, jak wyglądamy w dorywczo zebranych cywilnych ubraniach. Kelnerzy o mało nie wyprowadzili nas za drzwi (...) O godzinie 12.30 wyruszyliśmy na dwóch podwodach w kierunku granicy. Kordon mieliśmy przebyć pod Baranowem koło Kocmyrzowa, gdzie stanęliśmy nad ranem. Na granicy dowiedzieliśmy się, że Moskale cofnęli się, ale silne patrole miały przebiegać okolicę (...)
... Na noc stanęliśmy w polu pod wsią Prętocinem (właściwie: Prandocinem), ubezpieczając się jednym posterunkiem od strony Prętocina –Słomnik. Noc była ciemna. O świcie nasz posterunek zauważył w odległości paruset kroków posterunek nieprzyjacielski (...) Wobec tego wysłałem ponownie na zwiady i dla wyjaśnienia sytuacji Janusza i Bończę. Po powrocie zameldowali mi, że w Prętocinie odległym od nas o pół kilometra, stoi szwadron pograniczników, że już są zaalarmowania i mają niezwłocznie opuścić wieś. Kazałem włożyć bagnety na broń i w tyralierze pomaszerowaliśmy na Prętocin. Szwadron nieprzyjacielski opuścił wieś bez strzału w kierunku wschodni-północnym. Gdy przechodziliśmy koło kościoła, miejscowy ksiądz stał na wzniesieniu i żegnał nas krzyżem.
Z Prętocina pomaszerowaliśmy z powrotem na Skrzeszowice-Goszyce. W Skrzeszowicach u p. Kleszczyńskiego zarekwirowaliśmy pięć koni, które były pierwszymi wierzchowcami przyszłego pułku ułanów. Stamtąd też pomaszerował z nami młody Dzik-Kleszczyński, późniejszy oficer I-go pułku ułanów. Dalszą drogę do Krakowa odbyliśmy bez żadnych przeszkód.”

                    Władysław Belina-Prażmowski


* * *


... zdecydowałam się 2 VIII wieczór, że nazajutrz rano pojadę do Krakowa – choć dopiero co stamtąd wróciłam – by przynaglić znane mi dobrze sfery wojskowe i polityczne do wydania odezwy do poborowych i ludności Królestwa.
    Miano mnie obudzić do drogi o 5-ej rano – to też z głęboką niechęcią stwierdziłam, słysząc stukanie do drzwi, że jest dopiero 4 ½. „To za wcześnie! Ja będę jeszcze spać!” zawołałam. Ale stukanie ponowiło się i to mocniej – jakiś męski głos przemówił: „to ja!”. Z półsennego zamroczenia wytrzeźwiła mnie świadomość, że jest to głos Bończy, kolegi- drużyniaka z Krakowa. Wyskoczyłam z łóżka na równe nogi i rzuciłam się do drzwi. – „Co się stało?!” – „Powstanie! – mówił za drzwiami półgłos, pełen tłumionego uniesienia – w Częstochowie ludność wyrżnęła kozaków(przemocą zdusiłam radosny zrywający się w gardle krzyk) – w Warszawie rewolucja! Nas tu jest siedmiu w lesie – pierwszy oddział – czy możemy przyjść?... „ - Bończo i Wy się pytacie?!?” – „...i dostać śniadanie i 2 pary koni na dalszą drogę?...” – „Ależ człowieku! Choćby wszystkie konie!! Czekajcie chwilę, tylko co zarzucę na siebie!” (...)
Bardzo prędko zjawił się oddziałek: siedmiu młodych ludzi w ubraniach cywilnych. Staszczyli z wózka jakieś olbrzymie toboły, w których były mundury, karabiny, ładunki, a także – jak się później dowiedziałam – i... ekrazyt. Jakże dziwnie wyglądały te żołnierskie tornistry i bagnety, leżące całkiem jawnie na podłodze wielkiej sieni, w tym samym domu, gdzie od kilku lat taiła się troskliwie po skrytkach nielegalna „bibuła”. Przecieram oczy, by się upewnić, że nie śnię...
    Spokojni byli, cisi i poważni choć młodzieńczo swobodni. Ani śladu w nich fanfaronady, czy patosu, ani śladu zdenerwowania, czy buńczucznej przechwałki, troski – odważni, naturalni. Dokąd idą? Tajemnica – domyślałam się jednak zaraz, że będzie to jakieś śmiałe przedsięwzięcie dla udaremnienia rosyjskiej mobilizacji. Dopiero znacznie później dowiedziałam się, jak bardzo niebezpieczna była to wyprawa, - że chłopcy szli na ochotnika, mając powiedziane wyraźnie: „jest 99 na 100 danych, że żaden z was nie wróci”...
W każdym razie już wtedy zdawałyśmy sobie sprawę, że ci ludzie narażają się szalenie: bądź co bądź w Słomnikach było jeszcze wojsko! Tem droższy był nam ich spokój naturalność. Że narażają i nas – to nikomu z nas wtedy do głowy nie przychodziło. O ich bezpieczeństwo drżąc jedynie, postawiłyśmy jedną z obecnych niewiast na balkonie pięterka – miała ona rozglądać się po okolicy i uderzyć na trwogę w „tam-tam” gdyby ujrzała coś podejrzanego. Przezabawnie wyglądała ta placówka w porannym negliżu, z wielkim chińskim dzwonem w ręku. Jakże wypatrywała oczy biedaczka!
Chłopcy poprosili o wodę do mycia i jakieś miejsce do przebrania się w mundury – bo chcieli ukazać się przy śniadaniu w swoim ukochanym stroju. To dało i nam trochę czasu do ogarnięcia się już całkiem przyzwoicie.
Przy śniadaniu można się bliżej przypatrzyć im wszystkim. – Jedynym drużyniakiem i znajomym był Bończa – reszta wszystkie nowe twarze. Jeden z nich uderzył mnie swoją młodością – wyglądał najwyżej na 16 lat. – Który był komendantem? Jakoś z pierwszej chwili nikt z nas się nie zorjentował. Dopiero, gdy wspomniano cos o „odprawie”, przyszło mi na myśl, że trzeba zawiadomić oddziałek o znanych nam ruchach wojsk rosyjskich w okolicy. Zwróciłam się do najstarszego, wysokiego blondyna z imponującemi wąsami i ogromnie dobrotliwym wyrazie niebieskich oczu:
    -  „Czy wy jesteście komendantem?”
    Spojrzał na mnie z pewnem zgorszeniem. – Ja?! ależ to ten obywatel – wskazał głową – Belina!”
    Do wskazanego więc obywatela udałam się z moja propozycją, której ważność zaraz ocenił. Poprosił o wskazanie jakiegoś dość zacisznego pokoju, gdzieby nas nikt nie mógł usłyszeć. Poprowadziłam go na piętro, do ogromnego jasnego „atelier”. – Na moment stanęliśmy w milczeniu po obu stronach dużego stołu. Młode, wschodzące słońce rzucało mnóstwo ciepłego światła na smagłą twarz i szczupłą postać Beliny. Teraz dopiero, gdy przyjmował mój raport i wydawał rozkazy, zdumiałam się, jak mogłam choć przez chwilę nie poznać w nim komendanta – po imperatywnym wyrazie szaro-niebieskich oczu. Zanotowawszy sobie podane przezemnie wiadomości, kazał jechać natychmiast do Krakowa i zanieść już nie Żegocie (komendantowi Drużyn) ale wprost Piłsudskiemu r a p o r t  o szczęśliwym przejeździe oddziałku przez granicę.
- Gdybyśmy nie wrócili za 2 dni, to możecie nas uważać za straconych – obwieścił, jakby rzecz najnaturalniejszą w świecie.
    W tej chwili odezwał się drżący głos pod drzwiami: - „Coś podejrzanego widać pod lasem...”
Podskoczyliśmy na balkon. Belina patrzył chwilę pilenie przez lornetkę polową – wreszcie wybuchnął śmiechem.
- Ależ to holendry! – tam pod lasem się pasą! – zawołał wesoło. Istotnie, było to stado krów.
Po odbytej „odprawie” poszli chłopcy do kuźni ostrzyć bagnety. Niezwykły ten widok zrobił ogromne wrażenie w całym folwarku – a mnie przypominała się żywo scena kucia kos z „Kościuszki pod Racławicami.” Więc to nie sen, nie literatura, ale p r a w d a  ż y-w a? Poranne słonce ślizga się po ostrzu stali...
Dopiero po ich wyjeździe przyszła pełna świadomość, że cała ta śliczna młodość, otucha, zapał i odwaga – za kilka godzin może już nie istnieć na ziemi... Okrutny żal i trwoga! Trzeba się było rzucić prędko do pracy żeby tylko nie myśleć! (...)
Nazajutrz po spóźnionem śniadaniu, wyszliśmy z K. Na podwórze – gdy wtem, z za zakrętu folwarcznej drogi, ukazał się najniespodziewaniej, jak fantastyczne widziadło, umundurowany jeździec na koniu. Krótkowzroczne moje oczy miały przez chwilę złudzenie, że to kozak – skamieniałam na moment – lecz coś zbyt niebieski był odcień munduru i zbyt spokojne zachowanie żołnierza.
Wreszcie poznała! Zdaje się, że krzyknęłam na cały głos – zdaje się nawet, że w nadmiarze radości uściskałam zacny łeb koński. Tymczasem Bończa wyjaśniał zupełnie flegmatycznie: „Ależ tak, jesteśmy wszyscy! Cali, co do jednego – tak, tak, w mundurach i z karabinami, i na koniach, i – psiakość! Wyobraźcie sobie, ani jednego ładunku nie wystrzeliliśmy! Czy to nie pecha trzeba?”
W tej chwili ukazali się pozostali rycerze „siódemki”. W tryumfie prowadziliśmy ich do domu, idąc przy koniach. Tak pełnej, tak cudnej, beztroskiej radości, jaka zapanowała wtedy wśród nas, nie widziała i nie doznałam nigdy przedtem, ani nigdy potem w życiu. Witało się tych chłopców, jak ocalone cudem, drogie życia bohaterskie – i jednocześnie, jak świetlany znak zwycięstwa – świadectwo, że odwróciło się nakoniec od tej ziemi ponure oblicze nieszczęścia, że sprzyja Bóg podniesionemu wreszcie orężowi...
Wrażenie potęgowało się pod wpływem opowiadań: komisja mobilizacyjna w Jędrzejowie uciekła na samą głuchą pogłoskę o krążących strzeleckich patrolach – uciekła straż graniczna ze Słomnik – 800 żołnierzy! – przed tym malutkim oddziałem! Chłopcy opowiadali z humorem, jak to nocowali naprzeciw tej silnej załogi na jakieś tysiąc kroków od ich placówek – i o 6-ej rano zauważyli ze zdumieniem ich zupełny odwrót!
Więc nie było już potrzeby wystawiania żadnych straży – można było swobodnie oddać się radości. Obrabowałyśmy grządki ze wszystkich białych i czerwonych kwiatów, by porobić dwubarwne bukieciki, które przypinałyśmy ze wzruszeniem do siwych mundurów.
Wyprosiłam sobie, jako łaskę, że oddział zostanie na obiedzie – po pewnem wahaniu zgodził się Belina, zauważywszy, że będzie to zapewne ostatni porządny obiad na długo. Spożywaliśmy go, jak ucztę jakąś radosną, śmiejąc się co chwila, jak dzieci, z różnych wojennych anegdotek, z byle czego. Przodował w wesołości Belina, taki prosty i serdeczny, rozradowany widocznie do głębi powodzeniem wyprawy. W pewnej chwili zauważyłam z oburzeniem, że nasi chłopcy zamało jedzą: „nie będą z was dobrzy żołnierze, skoro macie tak marne apetyty”! – Ale Belina ujął się żywo za nimi.
-    „O! Przepraszam – nie pozwolę tak posponować moich ludzi – oni już pokazali, że są dobrymi żołnierzami”! rzekł pół-żartem lecz już z pewną powaga w głosie, obejmując ciepłem spojrzeniem swoja drużynę. – I znów innym, swobodnym tonem zaczął opowiadać, jak niezachwianą okazali odwagę. Czuło się wyraźnie prąd wzajemnej miłości i zaufania między tym młodym wodzem , a podkomendnymi – tymi dwoma elementami każdej zbrojnej mocy, co się już wzajem wypróbowały w obliczu grożącej zblizka śmierci i ważnego zadania.
Po obiedzie siedzieliśmy razem na werandzie. Belina zaproponował, aby się wspólnie sfotografować. Nikt tego dobrze nie umiał, ale ostatecznie zrobiliśmy kilka zdjęć grupy przed gankiem, z nich jedno udane stanowi cenna historyczną pamiątkę.
Przyprowadzono osiodłane konie, które dostały też bukieciki z białych i czerwonych goździków. Czas było się żegnać.
Radośnie wracał do Krakowa pierwszy oddział Beliny, napełniając zdumieniem spotkanych po drodze spokojnych obywateli...
Któż przypuszczał wtedy, jak świetnej kawalerji zawiązkiem stanie się ta garstka młodych „szaleńców”?
Oto ich nazwiska:

Władysław Belina-Prażmowski
Zygmunt Bończa-Karwacki
Janusz Głuchowski
Stanisław Grzmot-Skotnicki
Antoni „Zdzisław” Jabłoński
Stefan „Hanka”-Kulesza
Ludwik Kmicic-Skrzyński

                    Zofia Zawiszanka "Pierwszy patrol polski (Kartka z pamiętnika)"

 

* * *



„Ma być utworzona kompania i ja obejmę jej komendę. Miał (mówi Komendant Główny) kompanią dowodzić Herwin (Kazimierz Piątek), lecz jako oficer austriacki, który zamiast się zgłosić na mobilizację austriacką jest z nami, nie może być użyty na tym stanowisku. Objąć dowództwo musi Królewiak. Wybór padł na mnie. Potem w Królestwie dowództwo przejdzie na Herwina,  a ja obejmę inną funkcję. Zadaniem mojem będzie przejść granicę przed rozpoczęciem wojny i działać samodzielnie w straży przedniej innych oddziałów.
    Dowódcami plutonów mają być ... Tu melduję, słysząc nazwiska, prośbę o przydział jednego przynajmniej oficera, którego znam. Komendant Główny się zgadza. Proszę o przydział mojego najbliższego współpracownika z Genewy, ob. Kruka – Jan Kruszewski. W ten sposób ustalono skład oficerski kompanii kadrowej: dowódca – ja, w przyszłości Herwin, dowódcy plutonów – Herwin, Bukacki (Stanisław Burhardt), Krok (Henryk Paszkowski), Kruk. ...
    Następnego dnia (3 VIII 1914 r.) kompania zostaje uroczyście zorganizowana w Oleandrach. Powstaje z uczniów oficerskich szkół Związku i Drużyn strzeleckich. Wybrano od nas Królewiaków, w tem wielu studentów, nawet z głębi Rosji. Po południu pod dowództwem Burhardta-Bukackiego przymaszeruje takiż oddział (70 kilku ludzi), wybrany ze szkoły Drużyn Strzeleckich.
Stajemy naprzeciw siebie. Następuje akt zbratania odrębnych organizacji, co do wspólnego celu dążyły oddzielnymi drogami. Komendant Główny mówi do nas jędrnie i serdecznie. Koniec rozbicia wysiłków, jedno wojsko narodowe musi istnieć. My, pierwszy oddział kadr tego wojska, mamy dowieść jego zalet. Wskazuje Komendant jakie mają być, mówi o dowódcy, o stosunku do żołnierza. Każdy z nas, dowódców, musi dowieść w polu, czy słusznie mu zaufano. Komendant zamienia z Bukackim odznakę strzelecką na drużyniacką. Wszyscy będziemy nosić wspólny znak  - strzeleckiego orła.
Wyznaczenie szarż, podział między plutony i sekcje, w których znaleźli się przemieszani związkowcy i drużyniacy. Zdaję raport Komendantowi Głównemu. Pierwsza kompania została utworzona.

                    Tadeusz Kasprzycki "Kartki z dziennika oficera I Brygady"

 
617px-oleanry-legionici

 

* * *


Czwartego (powinno być: trzeciego – przyp. red.) sierpnia przymaszerował do Oleandrów pierwszy oddział Drużyn Strzeleckich, organizacji prowadzonej przez młodzież narodową. Nastąpiło uroczyste zjednoczenie organizacji Strzelca i Drużyn. Do sfrontowanych naprzeciw siebie oddziałów przemówił w kilku słowach Komendant Główny Józef Piłsudski, o wspólności zadań, o czekającej nas walce za wolność i niepodległość, o konieczności i znaczeniu zespolenia dla tego celu wszystkich wysiłków. Na znak pojednania zamienił Komendant orła strzeleckiego ze swej czapki na odznakę dowódcy oddziału drużyniackiego. Był nim, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, Norwid-Neugebauer. Oznajmiono nam potem, że z obu oddziałów zostanie wydzielona jedna kompania pod nazwa Pierwszej Kompanii Kadrowej.
Wyznaczonych do służby w nowej jednostce zaczęto wywoływać numerami. Podobnie ja koi towarzysze, nie bardzo zdawałem sobie sprawę, o co idzie w formowaniu nowej kompanii. Domyślałem się jednego więcej symbolu pojednania.
Spodziewałem się jednak czegoś więcej, sam nie wiedząc czego, bo stojącego z bronią u nogi paliła ochota i szarpał lęk i niepewność; wywołają mnie czy ominą?
-    Numer 45!
Oman nie krzyknąłem z radości i wyskoczywszy z szeregu, jak porwany trąbą powietrzną, w trzech susach doskoczyłem do nowego zastępu. Od tego momentu już spokojniej już obserwowałem dalszy ciąg ceremonii. Padały nowe numery i coraz nowy dochodził do nas kolega. Znajomków, towarzyszy z dawnych sekcyj i plutonów witaliśmy radośnie – „Kalina – byczo! – Brzęk – bywaj bracie! – Roch! I jego przydzielili, to morowy chłop! – Młot – szlusuj tu do mnie!” Wybrańcy promienieli radością – zazdrośnie spoglądali na nas pozostali.
W pewnej chwili drogi i zacny W. Sieroszewski, pośród młodych najmłodszy, wśród zapaleńców najbardziej gorący i promienny, skoczy ku Komendantowi, by w postawie służbistej, ale prawie zbuntowanym wzrokiem i zapalczywymi słowami, o przydział do kompanii nalegać. Wiedział on pewno więcej od nas i wiedział, o co prosi, lecz na nic zdały się jego błagania. Skarcony spojrzeniem i groźnym słowem przywołany do porządku, musiał wrócić na swe miejsce.
Nam zaś jeszcze tego dnia wydano nowy rynsztunek, tj. stare austriackie tornistry, błyszczące menażki, mocne rzemienne pasy i, co najważniejsza, nowiutkie, „jak z igły”, karabiny Mannlichera z bagnetami, w kilka dni później zgodnie z proroczą dla nas strzelecką pieśnią, w Miechowie „o ojców grób” ostrzonymi. Dołożył na do tego Litwinowicz po 80 ładunków, niektórym, po starej protekcji lub nowej przyjaźni, ukradkiem po jednym magazynku dodając. My zaś zaczęliśmy rozumieć coraz więcej, a radość i duma napełniały nas coraz bardziej.(...)
Następnego dnia, 6 sierpnia, ponowny alarm. Kompania stanęła w dwurzędzie na dziedzińcu. Dowódca kompanii złożył raport Komendantowi, który w otoczeniu małej grupki strzeleckich dostojników przeszedł przed frontem kompanii. Każdemu z nas zajrzał w oczy przechodząc i każdemu z nas od tego spojrzenia coś w piersiach zakipiało. Potem przedefilowaliśmy przed nim, patrząc według komendy na prawo i w spojrzeniach naszych oddając mu się bez reszty na wierną służbę.
Jej i Jemu.
I po raz wtóry krew gorącym ukropem zbiegła się w jakimś najtkliwszym punkcie pod lewą piersią. A potem pomaszerowaliśmy. Szliśmy najpierw droga na Krzeszowice. Dokądże to idziemy? Czyż we dworze Potockich mamy szukać Moskali? Kołem szerokim obeszliśmy Kraków, po wczorajszym doświadczeniu ciągle niepewni i niedowierzający. Wreszcie weszliśmy na szosę kielecką. Gdzież teraz skręcimy – na prawo do Krakowa, czy na lewo?
Kroczący na czele kompanii Kasprzycki, wyszedłszy na szosę, zachodzi na prawo. Rozpacz! Nagle „Zbigniew”, rzuciwszy przekornym spojrzeniem na kompanię, zakręcił na lewo. Ku granicy!
Gromkim „hurra”! odpowiedziała na ten zwrot kompania.
Odtąd już nie maszerowaliśmy, ale nas coś niosło – coś porywało. Zagrzmiała stara strzelecka pieśń Hej strzelcy wraz, potem drugi pluton zahuczał pieśnią przez nieodżałowanego Ostera-Ostrowskiego (zginął w 1916 r. śmiercią bohaterską) w marszu ułożoną:
Raduje się serce, raduje się dusza
Gdy Pierwsza Kadrowa na Moskala rusza
Oj d! Oj da dana! Kompanio kochana,
Nie masz to jak pierwsza, nie!
(...)
    Rozśpiewani i rozradowani odwaliliśmy kilka kilometrów, dzielących nas od granicy, sami nie wiedząc kiedy i jak. Słupy graniczne minęliśmy w milczeniu, maszerując na baczność, salutowani przez gromadkę strażników celnych i oddziałek dragonów austriackich, gapiących się na nas ze straszliwym respektem. W rozkolebanym lekko terenie szosa powoli wznosiła się ku górze.
Kiedy stanęliśmy na szczycie wzniesienia, skąd szeroki roztaczał się widok na północ, na Królestwo, Kasprzycki zatrzymał i sfrontował kompanię, a stanąwszy przed frontem, zwrócił się do nas z następującymi słowami:
„Koledzy! Weszliśmy na ziemię Królestwa Polskiego jako pierwszy od 1831 roku oddział regularnego wojska polskiego. Powitajmyż tę ziemię po żołniersku!”
- Baczność! Zakończył swe przemówienie już tonem komendy. – Prezentuj broń! Kompania w prawooo – patrz!
    Stanęliśmy wyprężeni, z karabinami usztywnionymi  u lewego boku, spojrzeniem żołnierskim, jak za Wodzem naczelnym, tak po ziemi przed nami leżącej, po ziemi kochanej wodząc. Naprzeciw nas, za skrętem w dół spływającej szosy, w dwurzędzie, niby kompania honorowa, na nasze powitanie wysłana, słała się aleja smukłych, strzelistych – rzekłbyś – również „na baczność” wyciągniętych topoli. Żarkie, wysoko już na niebie stojące słońce kładło swe błogosławiące promienie na tej ziemi, jakby w dreszczu oczekiwania zastygłej, na jej łanach złotych i łąkach szmaragdowych, na ukrytych wśród ciemnych sadów wioskach, na widniejącym na horyzoncie sosnowym lasku, zwierciadliło się w stawie opodal i w skocznych pętlach rzeczułki, a pewno i w naszych dygocących entuzjazmem sercach, jak w rozkołysanych pierwszym podmuchem wojennej zawieruchy, najwyższych falach morza Polski.
-    Baa-czność! – zabrzmiała wreszcie komenda – kolumna czwórkowa w lewo – czwórki w lewo zwrot! – kompania – marsz!
Ruszyliśmy naprzód – na Słomniki, Miechów, Kielce – do Warszawy.
Wędrowaliśmy długie, długie lata, aż wreszcie doszliśmy. Ale wówczas, w sierpniu 1914 roku, niewielu takich było w Polsce, co wierzyli, że dojdziemy.

                      Bolesław Wieniawa-Długoszowski "Wymarsz"

* * *


   W połowie lipca 1914 r. obie organizacje strzeleckie urządziły w Galicji dla oficerów i podoficerów wojskowe kursy instruktorskie – Związek Strzelecki w Krakowie, Polskie Drużyny Strzeleckie w Nowym Sączu. Kursy te z bogatym programem były zorganizowane specjalnie dla Królewiaków, członków tajnych organizacji strzeleckich w Królestwie, którzy też pomimo dużych trudności  w przebyciu granicy stawili się dosyć licznie (kursy liczyły około 400 ludzi).
   Nie ukończyły one swego programu.
   Gdy wybuch wojny staje się nieuniknionym, Komenda Drużyn strzeleckich rozkazem swym z dnia 1 sierpnia przywołuje kurs z Nowego Sącza do Krakowa. Wieczorem 2 sierpnia przemaszerowaliśmy przez Kraków, witani okrzykami przez publiczność.
   Nazajutrz na podwórzu w na Dolnych Młynach ustawiono pluton w sile 75 ludzi, samych Królewiaków, wszyscy porządnie wyekwipowani, z tornistrami, karabinami Manlicher i ostrą amunicją. Podchorąży Norwid krótko nas pożegnał: „Żołnierze! Idziecie pierwsi pomścić krzywdy ojców Waszych. Bądźcie przykładem dla tych, którzy pójdą za wami”.
   Pod komendą podchorążego Bukackiego pomaszerował pluton do Oleandrów, gdzie mieścił się kurs Związku Strzeleckiego. Tam niedługo dołączył oddział złożony również z Królewiaków, członków Związku Strzeleckiego. Po zdaniu raportu komendantowi Piłsudskiemu, ustawiły się oddziały naprzeciw siebie. Środkiem z założonymi w tył rękoma przechadzał się Piłsudski.
   Krótkimi, urywanymi, lecz twardymi,  żołnierskimi zdaniami przemówił do nas. Nie dobiera wyrażeń, ale słowa jego zapadały głęboko do serc naszych i pozostały w nich jako drogowskazy życia.
    Przeczytano listę szarż. W celu uniknięcia przykrych dysonansów i starych niechęci między obiema organizacjami, szarże wszystkie ciągnęły losy, do którego plutonu przynależni być mają; w podobny sposób podzielono i szeregowców. Nastąpiła organizacja kompanji, potym organizacja plutonów.
   Kompanijnym naszym został mianowany oficer związkowy, dzis kapitan sztabu I Brygady i Komendant Naczelny Polskiej Organizacji Wojskowej – Tadeusz Kasprzycki, pluton pierwszy objął śp. Kapitan Herwin-Piątek, drugi – dzisiejszy kapitan Krok-Paszkowski, trzeci dzisiejszy major i komendant 5 pólku piechoty Bukacki-Burchardt, czwarty – porucznik Kruk Czarny-Kraszewski.
   Wskutek wyżej wymienionego podziału każdy pluton, a nawet każda sekcja składały się w połowie ze „związkowców” w połowie z „drużyniaków”.
   Po zorganizowaniu plutonów nastąpiły tak serdeczne stosunki, jak pomiędzy starymi znajomymi. Zamieniliśmy znaczki swe, na orzełki związkowe. W całek Kompanji prym trzymała Warszawa.
   Nadchodził wieczór, a myśmy jeszcze stali czekając na rozkazy. Sądziliśmy, że jeszcze dziś wyruszymy do Królestwa. Zbliżył się do nas stary Sieroszewski w białym fartuchu, gdyż pełnił wtedy zaszczytny obowiązek kucharza. Żałował bardzo, że nie może iść z nami, ale obiecywał niedługo nas dogonić.
   W starym gmachu teatralnym, wyznaczono nam kwatery i niedługo wzburzone umysły uspokoił sen. Przez następne dni uzupełniano braki w wyekwipowaniu, ćwiczyliśmy musztrę formalna i taktyczną, starając się wyrównać różnice w komendzie i systemach ćwiczebnych organizacji. Z niecierpliwością i gorączkowym niepokojem oczekiwaliśmy dnia i godziny wymarszu. A tymczasem mobilizacja postępowała naprzód. Co dzień przybywały nowe oddziały połączonych organizacji z różnych okolic kraju. Gwaro i tłumno było na obszernym boisko w Oleandrach. Wszystko dyszało gorączkowym pragnieniem wymarszu.
   Pierwszą kompanję kadrową zorganizowano 3 sierpnia.

                    Aleksander Nowak  "Ze wspomnień strzelca"

Zdjęcie: Wikipedia

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version