Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

11 Sie

Pierwsza potyczka

Opublikowano w Legiony Polskie

Wieniawa beliniakPierwsza bitwa, pierwsze spotkanie z nieprzyjacielem, niespodziany, choć oczekiwany łaskotliwy świst pierwszych kul i własnego karabinu, skierowanego w stronę wroga, pierwszy strzał gromki – niezapomniane wrażenie, pozostające na zawsze w pamięci, jak echo pierwszego pocałunku.

Kolego i Przyjacielu – jeżeli uczestniczyłeś w dostatecznej ilości walk i utarczek, by gubić się w ich liczbie, w ich następstwie oraz nazwach miejscowości, w których debuszowałeś w konnym szyku lub pod które podpełzałeś w tyralierze, i jeżeli w ciągłym, a daremnym poszukiwaniu dreszczu pierwszego upojenia, z taka samą co najmniej ilością kobiet wymieniałeś te niesamowicie rozkoszne szepty, w jakich usta ustom najsłodsze przekazują misteria – a wszakżeż gdyby było inaczej, nie bylibyśmy kolegami i przyjaciółmi – kolego zatem i drogi przyjacielu, zamknij przez chwile oczy na natarczywe hałasy dzisiejszego dnia, zasłona powiek ukryj źrenice przed widokiem stosu aktów, kalendarza i fotografii wysoko postawionych osób, a z tym samym co ongiś wzruszeniem, którego – przyznając się wreszcie – szukasz w spojrzeniach oczu siwych, czarnych albo chabrowych i w ustach dzisiaj zawsze jednakowo karminowych i jednakowo szminką pachnących, przy tym z dokładnością, z jaką nie zdołasz sobie przypomnieć szczegółów wczorajszego wieczoru, zobaczysz w porządku kolejności najpierw obrazek taki: altana obrośnięta dzikim winem – migocące poprzez gęstwinę listowia gwiazdy – lipy pachną – żaby kumkają w pobliskim stawie, w najgorszym zaś wypadku z oddali dochodzi szczekanie psów – w cieniu altany ławeczka – na ławeczce ty i kuzynka Hela (nie widzieliście się przez cały, wściekle długi, szkolny rok, a już poprzednich wakacji było ci podejrzanie przyjemnie w jej towarzystwie, raz nawet ciocia Frania zwróciła wam uwagę, że zanadto stronicie od innych) – szept cichy, jak szmer promieni spływających z księżyca – głowy wasze się zbliżają – aż nagle, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, zetknęły się wargi, same zamknęły się ramiona… ach! Ponieważ wszyscy znamy uczucie, które przy tym wspomnieniu zalewa ci serce, przemieniając je na coś w rodzaju kandyzowanej zielonej mandarynki (w każdym wspomnieniu jest śladzik goryczy, co sprawia, że gorzkie miody wspomnień są być może smakowitsze od słodyczy wspomnień), ponieważ jednak uczucia tego nikt dotąd opisać nie zdołał, a pewno i w przyszłości nie zdoła, przeto przechodzę do drugiego obrazu – albo nie – zamiast szablonu na wzór poprzedniego, ale z podobną tkliwością w duszy, opowiem ci kolego i przyjacielu, jak się rzecz miała pod Kielcami w dniu 12 sierpnia 1914 r.

Otóż tego dnia jako pierwszy strzelec wjechałem do Kielc na szpicy patrolu konnego Beliny, idącego w przedniej straży Kompanii Kadrowej. Według rozkazu zatrzymawszy koło katedry mego fornalskiego kasztana, stanowczo gorzej czującego się pod siodłem, niż ja w siodle, z karabinem opartym na udzie, czarny od słońca, pyłu i potu, lecz dumny, jak organista w mej rodzinnej Bobowej z podwójnego wola, w oczekiwaniu głównych sił ówczesnej polskiej kawalerii (czternastu konnych patriotów razem ze mną), pozwalałem się obgapywać coraz liczniejszej gromadzie kieleckich autochtonów, przeważnie mojżeszowego wyznania, ciżbiących się koło mnie z ciekawością widocznie większą od widocznego także lęku i niedowierzania.

Wkrótce, oznajmiony niemilknącą prawie nigdy piosenką, wjechał w rynek mały oddziałek o wyglądzie niewątpliwie bardziej wojowniczym, niż wojskowym. Na rozkaz zsiedliśmy wszyscy z koni z wyjątkiem jednego Skauta-Bankiewicza, którego Belina wysłał jako jedyne ubezpieczenie na wylot szosy warszawskiej, Ledwie jednak zdążyliśmy szklanką piwa przepłukać spieczone gardła i wypalić kupione w pobliskim kramie papierosy, zaledwie zawsze przewidujący Hanka-Kulesza, z myślą o ewentualnym noclegu z wygodami, zaczął zalotny przegląd postaci niewieścich, nierzadkich wśród otaczającego nas ciągle tłumu. Gdy nagle usłyszeliśmy wystrzał karabinowy, a wkrótce potem, wyprzedzony stukotem kopyt po bruku, przygalopował Skaut.

– Wyszedł na mnie patrol kozacki w sile jakichś dwudziestu ludzi – meldował z daleka.

– Do koni! – zakomenderował Belina – Za mną, galopem, marsz!

Zadźwięczały podkowy na rynku, opustoszałym w magicznie szybki sposób.

– Psiakrew – może do licha – nareszcie coś z tego będzie – kląłem pod nosem, zaciekłą ostrogą zmuszając do galopu mego leniwego kasztana w podnieceniu, jakiego człek doznaje w chwili, kiedy go mają przedstawić kobiecie, w której od dawna odczuwa nieokreślone, lecz pewne możliwości i – co milsze – niebezpieczeństwa, lub przed egzaminem z przedmiotu, studiowanego z wyjątkowym zamiłowaniem.

Dopadliśmy tymczasem ostatnich przedmiejskich zabudowań. Moskali ani śladu. Ruchem ramienia zatrzymał Belina oddział, po czym, rozglądnąwszy się dokoła, przywołał stojącego opodal wyrostka.

– Widziałeś kozaków?

– To – panie – były draguny.

– Niech ci będzie draguny. Gdzie oni się podzieli?

– Odjechali z powrotem.

– Pojedziemy za nimi, panowie – zwrócił się do nas z obywatelską komendą Belina – jazda!

Panie! Panie! – krzyknął półgłosem młody „tambylec” (zobacz wykłady topografii płk. Kreutzingera – przyp. autora) – oni są tam, na folwarku.

– A daleko ten folwark? – zapytał nasz komendant.

– Niedaleko, panie.

– Co to znaczy twoje niedaleko. Będzie wiorsta czy mniej?

Młodzieniec poskrobał się za ucho i po chwili skupionego wahania, z dokładnością nader często spotykana u mieszkańców naszej Ojczyzny, odpowiedział: – może będzie wiorsta, a może ze dwie, ale niedaleko. Z ogrodu poza domem to go widać przez pole.

– Z koni! – zagrzmiał głos Władka Beliny – konie uwiązać u płotu – przy koniach zostanie Kolec. Reszta za mną!

W kilka minut później z mizernego podmiejskiego sadziku o pięciu gruszach, trzech śliwach i dwóch jabłoniach z dodatkiem kilku krzaczków agrestu i porzeczek, przy jednej grzędzie zasadzonej w połowie kapustą i burakami, a w połowie tyczkową fasolą, cynobrem gdzieniegdzie kwitnącą, wyskoczyliśmy pojedynczo na pole.

Jednym rzutem oka ogarnąłem cały dokoła widok: tuż przed nami rozległe żytnisko, za nim pas jaskrawej zieleni, pewno bagienko, dalej zagony kartofli i nie zżęty jeszcze owies, w końcu – w odległości 1000-1200 metrów, za zielonym murem, ukryty w bukiecie ciemnej zieleni i tylko dachem nad czuby drzew i krzewów sterczącym, folwarczek; na prawo najpierw jakaś fabryka, dalej wzdłuż ścierniska linia nadbrzeżnych prawdopodobnie chaszczów i wiklin, za nią w tyle zalesione wzgórza; na lewo kilka domków i ciągnąca się wzdłuż szosy aleja drzew zamykały horyzont.

Równocześnie rozległa się komenda: – Tyralierą – odstęp dziesięć kroków – kierunek na folwark – marsz!

Rozsypaliśmy się po ściernisku, posuwając się naprzód chyżymi krokami. Szedłem na prawym skrzydle obok Janusza Głuchowskiego. Tuż koło mnie na lewo maszerował rozpromieniony Skaut-Bankiewicz, obok niego olbrzymi Dudzieniec, za nim Bończa-Karwacki, dalej Antek Jabłoński (świeć Panie nad ich bohaterskimi duszami. Trzej pierwsi[1] padli w legionowych bojach – Antek zginął w 1920 r. jako dowódca 11 p. ułanów). Belina kroczył w środku tyraliery, lewe zaś jej skrzydło stanowił Stach Skotnicki.

Uszliśmy tak kilkadziesiąt kroków, gdy nagle – o, słodyczy pierwszego pocałunku – nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak – zaczęło się.

– Pfsi i i i i! – bac! Gwizdnęła pierwsza kula, ścigana mniej chybkim odgłosem wystrzału, za ni druga, trzecia, czwarta. Dragoni otwarli na nas ogień.

Póki życia nie zapomnę tej chwili i tego, co się wtedy ze mną działo. Najpierw, pamiętam, przyszedł mi na myśl pan Longinus Podbipięta i – zdaje mi się zajrzałem w to samo niebo, które otwarło się przed nim, gdy dopełniając ślubu, pod Zbarażem trzy głowy pogańskie ściął jednym zamachem straszliwego Zerwikaptura. Później z ulgą i dumą pomyślałem, że teraz już bez wstydu stanę po śmierci przed ojcem mym, Czachowszczykiem oraz dziadem, wychowankiem szkoły podchorążych i rotmistrzem 3 pułku ułanów w 1831 roku. Wreszcie przypomniał mi się jeden obrazek z niedalekiej przeszłości, z czasów paryskiego Strzelca, jak to mianowicie raz, podczas zwykłych naszych ćwiczeń w Bois de Chaville, w cudny, dziewiczy, majowy ranek, kiedy w tyralierze przyszło nam paść na ukwieconą, wilgotną rosy łąkę, kochany Strug kierując w mą stronę lunatycznie, od zachwytu rozanielone spojrzenie – Bolku! – szepnął rozmarzonym głosem – paść w podobne rano – na taką samą rosistą łąkę – w prawdziwej bitwie –z moskiewską kulą w piersi! Czyż można umrzeć piękniej! Czyż można sobie wyobrazić większe szczęście!

Wśród takich uniesień, radości i mazgajstw, do których wówczas nie przyznałbym się za nic, posuwałem się wraz z innymi naprzód. Strzały rosyjskie gęstniały, nie robiąc nam zresztą żadnej krzywdy.

– Biegiem – marsz! – doleciał mnie rozkaz Beliny.

Ciągle bez strzału z naszej strony puściliśmy się truchtem ku folwarkowi. W pewnym momencie , odwróciwszy się za siebie, zobaczyłem jakiegoś cywila, który o dwa lub trzy kroki w tyle biegł między mną a Januszem Głuchowskim.

– Rodaku – do najjaśniejszej cholery! Czyś pan z byka spadł? Po jakiego diabła osoba pęta się nam pod nogami, jak rozegzione ciele po warzywnym ogrodzie. Te psiekrwie bardzo nieostrożnie strzelają i mogą łatwo cywilne ciało w jakimś delikatnym miejscu przedziurawić – krzyknąłem nań w formie życzliwego ostrzeżenia, nie zwalniając kroku. Mój szlachetny nieznajomy jednak, również nie przestając biegnąć, z miną wymownie świadczącą, że mego pyskowania nie bierze ani do serca, ani rozumu, zaczął grzebać za czymś rękami pod połą zupełnie wypłowiałego paletka i odkrzyknął mi przy tym rezolutnie:

– Nie bój się pan o mnie. Dam sobie jakoś radę. Mam i ja na tych draniów niezły instrumencik.

Tu wyszarpnął spod palta duży pistolet Mausera z kolbą i zademonstrowawszy mi go gestem triumfalnym a groźnym, zabrał się gorączkowo do składania go.

– Padnij! – rozległa się komenda.

– Bolek! – krzyknął na mnie Janusz Głuchowski w chwili, gdy wyciągnęliśmy się między zagonami – widzisz tego hycla – tam w dymniku. Walże w niego, jeśli strzelasz celnie!

Nie więcej jak 500 metrów dzieliło nas od folwarku.

Bez trudu wypatrzyłem tego hycla, nastawiwszy więc celownik mego manlichera, podniosłem się z ziemi i z kolana wziąłem na cel szarzejącą w dymniku postać.

Tremę miałem okropną, toteż ów hycel razem z dymnikiem, z dachem i z całym folwarkiem tańczył mi wokół muszki karabinu w sposób zgoła idiotyczny. Zdecydowany, pociągnąłem za cyngiel.

– Bac! – zagrzmiał mój pierwszy strzał.

Repetując broń śledziłem za efektem mego debiutu.

– Siedzi bydlak – bodaj skisł we własnym smrodzie – skląłem głośno mą niedoszłą ofiarę i po raz drugi przyłożyłem broń do oka.

– Bac – bac! – gruchnęły dwa strzały, bo równocześnie ze mną strzelił Skaut.

– Bac! – huknął na prawym skrzydle trzeci strzał, a zarazem nad moim prawym uchem rozległ się łomot straszliwy. To nasz nieznany sprzymierzeniec zabawił się w karabin maszynowy ze swego mauzera.

Chcąc marnemu cywilowi wytknąć jego niefachowe zachowanie się w ogniu, a w pierwszej mierze niepotrzebne trwonienie amunicji, spojrzałem nań wzrokiem karcącym niepomny, że w najlepszym wypadku braliśmy w danym momencie wspólnie chrzest ogniowy, a być może, iż on ze swego mauzera już w 1905 roku do żandarmów i szpiclów już grzmocił, może już wówczas słyszał świst moskiewskich kul.

Ta refleksja przyszła mi do głowy znacznie później. Wtedy byłem po prostu wściekły na owego obywatela, który, tak mi ni stąd ni zowąd, zdobył sobie zaszczyt uczestniczenia w naszej pierwszej potyczce.

Skończyła się ona bardzo prędko. Zaraz po naszych strzałach zniknął ów dragon z dymnika, przestały gwizdać kule i po chwili, posuwając się znowu naprzód, ujrzeliśmy na prawo za folwarkiem gromadkę jeźdźców uciekających wyciągniętym galopem ku północy. Skoczyliśmy więc do koni, by puścić się za nimi w beznadziejną wobec dzielącej nas odległości pogoń.

Taki przebieg miało nasze pierwsze starcie z Moskalami, pozbawione jakichkolwiek epizodów bohaterskich – najzupełniej nieciekawe taktycznie – ot, kilka strzałów obustronnie wymienionych i koniec.

Po cóż w takim razie było je opisywać per longum et latum, spytasz, kochany kolego i przyjacielu. W odpowiedzi zagrożę ci jedynie, że jeśli cię kiedyś skorci opowiedzieć mi historię twego pierwszego pocałunku, którą z niezmienną tkliwością wspominasz w najcichszą godzinę, ja z kolei ruszę obojętnie ramionami lub, co gorsza, łatwym a cynicznym żartem przejdę nad twym wspomnieniem do mego porządku dziennego.

Tacy my już jesteśmy wszyscy.

Widzimy słomkę we własnym sercu, a belki w sercu bliźniego dostrzec nie chcemy.

Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Przypisy

[1] Trzej pierwsi - nie licząc Głuchowskiego.

 

ikona_wjazd-do-Kielc-1914W końcu czerwca 1914 roku odbył się we Lwowie zjazd oficerski Związków Strzeleckich oraz Rady Głównej Związku Walki Czynnej. W czasie obrad dotarła do uczestników informacja o zabójstwie austriackiego następcy tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Jego zabójstwo było dużą stratą, gdyż angażował się on osobiście we wspieranie polskiej irredenty przeciwko Rosji.

zawodyDzień 6 sierpnia 1914 r. stanowił i stanowi dla wielu osób datę będącą synonimem odrodzenia Wojska Polskiego. Tego dnia z krakowskich Oleandrów wyruszyła Pierwsza Kompania Kadrowa, stanowiąca zaczątek późniejszych Legionów Polskich. Do dziś dnia rocznica wymarszu obchodzona jest jako Święto Strzeleckie, a w okresie międzywojennym na pamiątkę wymarszu odbywały się w całej Polsce uroczystości. Jedną z form upamiętnienia był Marsz Szlakiem I Kompanii Kadrowej na trasie z Krakowa do Kielc organizowany przez Związek Strzelecki. Stanowił on okazję do sprawdzenia sprawności drużyn organizacji prowadzących przysposobienie wojskowe, drużyn wojskowych oraz organizacji zrzeszających rezerwistów. W 1981 roku reaktywowano go w innej formie, ale nadal gromadzi on m.in. młodzież strzelecką i żołnierzy. W trakcie Marszu odbywają się też zawody marszowe, których formuła ewoluuje, ale stanowi kontynuację tego, co stanowiło o istocie Marszu przed 1939 r.

Parafrazując Andrzeja Poniedzielskiego można stwierdzić, że wśród ludzi piszących książki, są tacy, których lubimy gdy piszą i tacy, których lubimy, gdy nie piszą. Do drugiej grupy (bardzo wąskiej nota bene) zaliczyć muszę profesora Stanisława Zaborniaka. Co prawda spowodowane to jest jedyną jego książką, którą przeczytałem, ale na tyle dla mnie ważną, że jej lektura rzutuje na całokształt oceny.

Kilka tygodni temu przeglądając stronę jednej z księgarni internetowej zauważyłem intrygujący tytuł: „Zawody marszowe Szlakiem I Kompanii Kadrowej Legionów Polskich z Krakowa do Kielc (1924-1939)”. Jako uczestnik ruchu strzeleckiego, wielokrotnie przemierzający trasę Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej Kraków-Kielce byłem przekonany, że to książka ważna z kilku powodów. Po pierwsze, nikt wcześniej nie pokusił się o całościowe podsumowanie zawodów marszowych z okresu międzywojennego. Na cząstkowe informacje natrafić można przeglądając roczniki „Strzelca” bądź czytając pozycje poświęcone historii Związku Strzeleckiego. Po drugie, uznałem, że materiały zawarte w recenzowanej książce mogą być przydatne w organizacji zawodów marszowych w trakcie kolejnych „kadrówek”. Po trzecie, wydawało się, że to wymarzona nagroda dla laureatów konkursów historycznych odbywających się w czasie Marszu.

Niestety, życie brutalnie weryfikuje oczekiwania. Światełkiem ostrzegawczym mogło już być długie oczekiwanie na zamówioną książkę. Rozumiejąc utrudnienia związane z pandemią liczyłem na rekompensatę w postaci treści. Drugie ostrzeżenie mogło być zauważone dopiero po wzięciu recenzowanej pozycji do ręki. Ukazała się w 2019 r. Przez rok nie można było na jej ślad nigdzie natrafić. Nawet na stronie wydawnictwa nie odnajdziemy jej śladu. Czyżby zdano sobie sprawę z wartości tego „dzieła”?

Autor, to „belwederski” profesor, specjalizujący się w historii sportu, zupełnie nieznany w środowisku osób zajmujących się historią Legionów i obozu piłsudczykowskiego. Oczywiście można uznać, że kwalifikacje w zakresie historii sportu są zupełnie wystarczające, by napisać co najmniej poprawną książkę dotyczącą rywalizacji sportowej, choć inspirowanej wydarzeniami związanymi z wysiłkiem zbrojnym zmierzającym do odzyskania wolnego państwa. Niestety, z niewiadomych do końca przyczyn (można się ich co najwyżej domyślać), otrzymujemy produkt książkopodobny. Największą odpowiedzialnością obciążyć można oczywiście autora, ale przecież ktoś tę pozycję zakwalifikował do druku, ktoś ją recenzował, a ze strony wydawnictwa niejaka Anna Szydło odpowiedzialna była za opracowanie redakcyjne i korektę. Trudno pracy tych trzech osób domyślić się czytając książkę. Zatrzymajmy się na moment na osobach autora i recenzenta. W katalogu ludzi nauki odnajdziemy tematykę ich prac doktorskich, habilitacji, listę recenzowanych prac oraz doktoratów, które pod och kierunkiem powstawały. Okazuje się, że są to dość ścisłe związki. Marek Ordyłowski (recenzent książki) był także recenzentem rozprawy habilitacyjnej Stanisława Zaborniaka. Nie uchylił się także przed recenzowania kilku prac doktorskich, których promotorem był autor „Zawodów marszowych...”. Chętni znajdą zapewne jeszcze kilka innych powiązań między panami. System zależności i układów w polskiej nauce jest na pewno jedną z przyczyn niskich notowań polskich uczelni w światowych rankingach.

Dość jednak tych ogólnych wrażeń. Czas przejść do konkretów. Autor podzielił swą pracę na siedemnaście rozdziałów. Pierwszy z nich stanowi wstęp historyczny, który według autora miał dać podbudowę historyczną dla dalszej części książki. Piętnaście poświęcono opisowi kolejnych Marszów (w 1934 r. zawody nie odbyły się ze względu na powódź, jaka nawiedziła Małopolskę). Rozdział dotyczący tego właśnie roku ma w zasadzie charakter zbioru fotografii związanych z tematem, z bardzo skromnym opisem dotyczącym wydarzeń inspirowanych wydarzeniami sprzed dwudziestu lat. Do tego dodać należy wstęp, zakończenie i posłowie. Zacznijmy jednak od spisu treści. Tytuł wyraźnie wskazuje, że chodzi o zawody marszowe związane z Pierwszą Kompanią Kadrową. A oto jakie nazwy Marszów znajdziemy w spisie treści:

  • Zawody Marszowe Związku Strzeleckiego Szlakiem I Brygady Kadrowej Legionów Polskich,

  • Zawody Marszowe Związku Strzeleckiego Szlakiem Kraków–Miechów–Jędrzejów–Kielce w dniach 6-8 lutego (sic!) 1926 r.,

  • Marsz Szlakiem I Brygady Legionów Polskich z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Kompanii Legionów z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Brygady z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Brygady Kadrowej z Krakowa do Kielc.

Zasadniczo dla osób trochę zaznajomionych z historią „kadrówek” spojrzenie na ten spis mówi wszystko o przygotowaniu autora do opracowania tematu. Nie powinno się kopać leżącego, ale pewne rzeczy powinny być nazwane po imieniu. Stanisław Zaborniak publikując recenzowaną pozycję dowodzi, że zabrał się za temat, o którym nie ma najmniejszego pojęcia i gdyby dwa-trzy lata temu rozgarnięty gimnazjalista dostał do dyspozycji te same materiały, które miał autor, to napisałby przy minimum dobrej woli książkę o zdecydowanie wyższym poziomie.

Nie mogę dyskutować z autorem w kwestii wyników zawodów marszowych w poszczególnych latach. Nie badałem dokumentów w Centralnym Archiwum Wojskowym oraz każdorocznych relacji z Marszu w tym zakresie i przyjmuję, że nie popełnił rażących błędów w kolejności zajmowanych przez drużyny miejsc. Bo co do czasów, jakie zajęło im pokonanie poszczególnych odcinków, to niestety różowo nie jest.

Jednak po kolei. Już we „Wstępie” znaleźć można kilka niepokojących informacji. Skąd autor wziął zapis Bolesław Wieniawa Długoszowski (s. 15), a nie Wieniawa-Długoszowski też nie jest wiadome. Generała uznano na tej samej stronie za liczącego się polityka. W panteonie znanych dowódców z okresu walk o niepodległość znalazł się niejaki Szczepan Konarski. W wymienionych pozycjach książkowych, które autor wykorzystał (?) przy pisaniu recenzowanej pracy znalazła się książka Stanisława Jana Rostworowskiego Nie tylko Pierwsza Brygada, który nie wiedzieć czemu występuje jako Roztworowski J. S. (s. 18 i w indeksie nazwisk),

Największy problem autorowi sprawił rozdział I mający w zamierzeniu autora pracy być wstępem historycznym, ukazującym dzieje Legionów Polskich, ze szczególnym uwzględnieniem okresu tworzenia Pierwszej Kompanii Kadrowej. W samym tytule rozdziału znajdziemy stwierdzenie, że będzie on traktował o rekrutacji do tejże kompanii. Brak wiedzy autora skazuje nas na domysły, że istniały jakieś sposoby, by znaleźć się w tejże w sposób inny, niż wyznaczenie przez kompetentne osoby ze Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. O żadnej rekrutacji mowy nie mogło być, sprawę przynależności do niej regulował rozkaz. Na stronie 22, w drugim przypisie błędnie zacytowano źródło dotyczące cytatu. Przywołany Informator dotyczył XXXV, a nie XXV Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej. Kolejny problem z tytułem w przypisie znajdziemy trzy strony dalej. Konia z rzędem temu, kto będzie wiedział o jakiej Polskiej Organizacji Światowej chodzi w przypisie siódmym. Na stronie 26 znajdziemy nazwę ZS „Strzelec”. To pierwszy z wielu przypadków użycia jej na kartach książki. Nie było do 1939 r. organizacji o tej nazwie. Był Związek Strzelecki, był „Strzelec”. Tę ostatnią nazwę w okresie międzywojennym wykorzystywano jako popularnego określenia dla Związku Strzeleckiego. Natomiast zbitki tej nie używano. Na stronie 36 przedstawiono zdjęcie Józefa Piłsudskiego datując je na ok. 1910 rok, choć wyraźnie widać, że jest ono o pięć lat młodsze. Na tej samej i następnej stronie w podpisach pod zdjęciami użyto podpisów „członek WZ Strzeleckiego”. Chodzi oczywiście o Wydział Związku Strzeleckiego, co prawidłowo ujęto zaledwie w jednym przypadku. Kolejny błąd znajdujemy na s. 38 w podpisie pod fotografią 28. Według autora to „Drużyny Bartoszowe” i legioniści w trakcie rekrutacji do I KK. Według Stanisława Zaborniaka pod koniec 1912 r. wydane zostały przez Józefa Piłsudskiego rozkazy mobilizacyjne, a akcja mobilizacyjna rozwinęła się dość szybko. Faktycznie 17 X i 12 XII 1912 r. ukazały się rozkazy dotyczące mobilizacji, ale były one tylko wytycznymi do tego, jak proces ten ma przebiegać po wydaniu rozkazu o niej, a nie faktycznym zarządzeniem tejże. Kolejny błąd znajdziemy na stronie 48, gdzie rzekomo już 11 lipca 1914 r. Kazimierz Sosnkowski określił stan uzbrojenia I Kompanii Kadrowej. Nie mówiąc o tym, że w lipcu nie było jeszcze legionistów. Z książki dowiemy się, że wymagania zdrowotne wobec legionistów nie były wymagające (s. 54) oraz, że istniały w ZS koła strzeleckie. Dobrze, że nie były to koła łowieckie. Trzy strony dalej mowa jest o zawodach marszowych szlakiem I Brygady Legionów. O tym, że autor nie ma bladego pojęcia o wydarzeniach związanych z Legionami Polskimi świadczy też fakt, iż uznaje za możliwe przeniesienie w styczniu 1915 r. Centralnego Biura Werbunkowego z Warszawy do Piotrkowa. Przypomnę tylko, że Warszawa została zajęta przez Niemców pół roku później i nie ma możliwości, by pracowała w niej wcześniej jakakolwiek agenda werbunkowa Naczelnego Komitetu Narodowego.

Obszerną listę błędów zawiera ta część rozdziału, która poświęcona jest wydarzeniom poprzedzającym wymarsz „Kadrówki”. Jak wiadomo rozpoczęły ją działania patrolu pod dowództwem Władysława Beliny-Prażmowskiego (uporczywie nazywanego przez autora Prażmowski vel Belina). Można się spierać czy za wczesne godziny nocne można uznać okres po północy, ale bezsprzecznym faktem jest, że patrol przeprowadzał zwiad, a nie wykonywał rajd, jak wielokrotnie możemy przeczytać na łamach omawianej pozycji. W przypisie na stronie 67 błędnie wskazano datę przybycia patrolu do Goszyc. Miało to miejsce 3 sierpnia, a nie 2 lipca 1914 r. Kolejna strona przynosi w przypisie poświęconym Zygmuntowi Karwackiemu (Z. Karwackiemu vel Bończa, jak pisze autor) powtórzenie informacji zawartych jedno zdanie wcześniej. Rozbieżność w datowaniu tego samego wydarzenia mamy na stronach 65 i 78 (data wypowiedzenia wojny Rosji przez Austro-Węgry). Na stronach 87-88 zamieszczone zostały dwa zdjęcia wykonane w trakcie mszy św. odprawionej dla żołnierzy Józefa Piłsudskiego. Pierwsze opisano błędnie jako rynek pod katedrą (powinno być plac), a drugie datowane jest na 8 sierpnia 1914 r., choć do Kielc strzelcy Józefa Piłsudskiego wkroczyli dopiero cztery dni później. Do podpisów pod zdjęciami i do samych zdjęć autor nie ma szczęścia. Przykładem jest choćby powtórzenie fotografii numer 29 i 95.

Częścią rozdziału I jest podrozdział traktujący o dowódcach I Kompanii Kadrowej. Na jakiej zasadzie dokonywano wyboru i kolejności prezentowanych sylwetek trudno odgadnąć. Rzekomymi dowódcami byli według prof. Zaborniaka: Kazimierz Sosnkowski, Bolesław Długoszowski, Tadeusz Kasprzycki, Jan Kruszewski, Aleksander Litwinowicz, Kazimierz Piątek, Stanisław Burhardt „Bukacki”, Henryk Paszkowski „Krok” i Józef Piłsudski. Kolejność ani alfabetyczna, ani według hierarchii. Być może układ ustalono w drodze losowania.

Na stronach 110-111 znajdziemy powtórzenie informacji o wyposażeniu uczestnika Marszu w 1924 r. Jedyna różnica to ta, że pierwsza została ujęta w formie cytatu. Kolejne powtórzenia dotyczą wyników indywidualnych III etapu z tego samego roku. Znajdujemy je na stronach 114, 116 i 119. W rozdziale poświęconemu o rok późniejszemu Marszowi kolejna zagadka. Według autora startowało 14 drużyn, tzn. około 832 zawodników. Przypis odsyła do czasopisma „Stadion” z 1928 r. Po sprawdzeniu okazuje się, że ilość startujących się zgadza, ale z rokiem 1928 i nie uwzględnia drużyn żeńskich. Zadać sobie należy pytanie. Czy profesor nie umie liczyć, czy może to wina któregoś z jego studentów, który w pracy licencjackiej czy magisterskiej popełnił błąd, następnie bezkrytycznie powielony? Po raz kolejny powtórzono trzy pierwsze miejsca indywidualne na stronach 123-124. Wróć! Na stronie 123 zwycięzcą jest S. Kmicic z Krakowa, a stronę dalej Władysław Kmicic (też z grodu Kraka). Okazuje się, że nie tylko w „Seksmisji” w Archeo był no, ten... bałagan. To samo według Zaborniaka miało miejsce w Wojsku Polskim. Dowiadujemy się, że w 1927 r. istniał w nim 8. pp Legionów oraz 8. pp legionowej. I każdy z nich wystawił drużynę marszową. Korekta zwiodła na stronie 154, gdzie błędnie podano wynik 10. pp z Łowicza. Kolejna rozbieżność dotyczy stron 202 i 205. Na pierwszej dowiadujemy się, że uczestnikom zawodów w 1931 r. przysługiwały dwie przerwy na wypoczynek (15 i 30 minut), a na drugiej z nich, że trwał on godzinę. Nie wiadomo jak liczył Stanisław Zaborniak uczestników przystępujących do II etapu Marszu w 1931 r. Drużyny liczyły 13 osób, a według niego 31 drużyn, to 221 osób (s. 206). Stronę dalej trafiamy na 57. pp leg. (sic!). Podobny błąd jest na s. 291, gdzie występuje 14. pp legionowej. Niewątpliwie ze zdziwieniem przeczytamy na stronie 209, że 8. pp Leg. stacjonował w Wilnie, a 14. p.uł. w Lublinie. Błędny podpis znalazł się pod fot. 240 (s. 219). Jest to zdjęcie z 5 sierpnia, a nie 5 maja 1931 r. Grób Nieznanego Żołnierza, to nazwa własna, więc oczekiwać by można, że będzie pisany z dużych liter. Niestety korekta zawiodła po raz kolejny (s. 226). Dla Stanisława Zaborniaka powstaniec listopadowy czy styczniowy, to jeden czort. Niejeden z czytelników ze zdziwieniem przyjmie informację, że Józef Dargun był uczestnikiem zrywu z 1830 r., choć dosłownie kilka centymetrów powyżej jest fotografia z podpisem informującym, że uczestniczył w powstaniu 1863 r.

Spore zamieszanie wnoszą podpisy pod zdjęciami na stronie 287. Pierwsze z nich rzekomo ma być dokumentem ze zjazdu uczestników marszu Pierwszej Kompanii Kadrowej, choć oczywiście są to żołnierze Pierwszej Kompanii Kadrowej zebrani po latach z okazji rocznicy wymarszu. Na drugim ze zdjęć, wykonanym według autora 5 sierpnia 1935 r. widzimy gen, Tadeusza Kasprzyckiego jako wiceministra spraw wojskowych, choć od śmierci Marszałka zajmował on stanowisko ministra. Uczestniczyłem w odsłonięciu kilku pomników, ale ani razu nie byłem na ich otwarciu. Być może jednak w 1936 r. w Michałowicach otwierano pomnik Tylko kto go zamknął? Nie tylko u Stanisława Zaborniaka trafiamy (s. 300) na błędny zapis imion i nazwiska gen. Felicjana Sławoja Składkowskiego. Nie do końca jesteśmy pewni czy w 1936 r. w zawodach uczestniczyła drużyna 53. czy 35. pp. O tej pierwszej mowa na stronach 300 i 302, o drugiej także na s. 302. I nie zachodzi tu możliwość, że oba pułki wystawiły swą reprezentację, ponieważ w zawodach uczestniczyły tylko dwie drużyny wojskowe, a jedną z nich była ta wystawiona przez 3. psp. Kolejną wpadkę korekty znajdziemy na s 308, gdzie błędnie zapisano nazwisko gen. Stanisława Burhardt-Bukackiego. Jednoznacznie należy stwierdzić, że Stefan Artwiński nie był wojewodą kieleckim, a Batalion Telefoniczny (co to za twór?) nie stacjonował w Zgierzu. Chodzi oczywiście o Batalion Telegraficzny z Zegrza. Oba te błędy znalazły się na s. 335.

Nie jestem specjalistą od wydawania książek, ale myślę, że można by wprowadzić zwyczaj palenia na stosie (przynajmniej symbolicznie) tych, którzy nie potrafią sporządzić przyzwoitego indeksu nazwisk. Jakie „kwiatki” znajdziemy w recenzowanej książce? Nikt nie zadał sobie trudu, by rozwinąć inicjały imion osób, które w tekście w ten sposób zostały zapisane. Stąd w indeksie m.in.: Biliński L., Lipiński W., Nałęcz T., Prugar-Ketling B., Suleja W. czy Wasilewski L. W przypadku Zygmunta Zygmuntowicza zabrakło nawet inicjału imienia. Niemniej jednak te uchybienia to nic w porównaniu do innych niedociągnięć. W indeksie znajdziemy Hankę-Kuleszę i Stefana Kuleszę, Długoszowskiego Bolesława Ignacego „Wieniawę”, Długoszowskiego Bolesława W. oraz Wieniawę B., Wieniawę-Długoszowskiego Bolesława i Wieniawę-Długoszowskiego Bolesława płk. Kto to jest Bartla K.? Z tekstu wynika, że był premierem. Czy różnią się Burhardt-Bukacki ze strony 75 od Burhardt-Bukackiego Stanisława Bar. gen. z tej samej strony? Czy Grzmot-Skotnicki Stanisław ze strony 106, to ktoś inny niż Skotnicki Grzmot (s. 73) i Skotnicki Stanisław ze stron 66 i 67? Według mnie nie, ale autor indeksu jest innego zdania. Okazuje się, że dodanie stopnia do nazwiska tworzy z jednej osoby dwie różne. Tak stało się m.in. w przypadku Władysława Rusina czy Edwarda Rydza-Śmigłego. Nóż w kieszeni otwiera się, gdy trafia się na zapis: Orlicza-Derszera Gustaw i Orlicz-Dreszer Gustaw oraz Sławoja-Składkowski Felicjan oraz Sławoj-Składkowski Felicjan gen. Przyznam szczerze, że ból, jaki sprawia mi opisywanie tego niechlujstwa, by nie rzec barbarzyństwa, powoduje, że na tych przykładach poprzestanę.

Po tym co napisałem rodzi się jedno pytanie. Czy naprawdę w książce profesora nie ma żadnych plusów? Ja znajduję tylko jeden. Duża ilość materiału zdjęciowego. Dotyczy on zarówno zdjęć z zawodów marszowych, uroczystości związanych z rocznicą wymarszu Kadrówki czy okolicznościowych pamiątek przygotowywanych dla upamiętnienia kolejnych zawodów.

Tak jak ekstremalne bywały i bywają warunki, w których pokonuje się trasę z Krakowa do Kielc, tak samo ekstremalni muszą być nabywcy recenzowanej książki. Ja postawię ją na półce tylko z obowiązku, a nie dla przyjemności.

Dariusz Nowiński

Ocena recenzenta

Temat i treść: 5/10

Język, styl, kompozycja tekstu: 6/10

Forma wydawnicza: 8/10

Informacje o publikacji

Tytuł: Zawody Marszowe Szlakiem I Kompanii Kadrowej Legionów Polskich z Krakowa do Kielc (1924-1939)

Autor: Stanisław Zaborniak

Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego

Rok wydania: 2019

Ilość stron: 407

Format: 160x230 mm

Okładka: miękka

ISBN: 978-83-7996-806-0

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version