Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Redakcja

Redakcja

URL strony: http://jpilsudski.org

Napisałeś/aś artykuł? Znasz nieopublikowaną dotąd anegdotę, cytat, ciekawostkę? Znalazłeś/aś w sieci wartościowy materiał lub stronę? Posiadasz archiwalne zdjęcia bądź pamiątki? Napisz do nas, pomóż w budowie portalu.

Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku serdecznie zaprasza 6 listopada 2015 r. na otwarcie wystawy plenerowej Co na to Marszałek? Jest ona zwieńczeniem akcji Co na to Marszałek?, przeprowadzonej na Instagramie w 80. rocznicę śmierci Józefa Piłsudskiego. Wystawa stanie w reprezentacyjnej lokalizacji, na Krakowskim Przedmieściu 64, przy Domu Polonii. Będzie można ją oglądać do 6 grudnia b.r.

 

Idea wystawy

Akcja Co na to Marszałek? została zainaugurowana w maju br. muralem w centrum Warszawy przedstawiającym 4-metrowy wizerunek Józefa Piłsudskiego. Obecność Marszałka w przestrzeni miejskiej stała się impulsem do pokazania, jak w oczach Polaków wygląda współczesna Polska i do refleksji nad tym, z czego dziś dumny byłby Marszałek, a co mogłoby go zdziwić. Ogromny oddźwięk społeczny oraz wysoka jakość zdjęć zgłoszonych do akcji zainspirowały nas do stworzenia wystawy. Łącząc świat wirtualny i realny, postanowiliśmy powrócić na warszawską ulicę i zaprezentować obraz Polski, na który złożyły się zdjęcia 200 użytkowników. Na ponad 600 przesłanych fotografiach Polska to piękny, rozwijający się kraj i – mimo burzliwej historii – kraj wolny, taki, jakim pozostawił go Marszałek, „odchodząc w wieczność”. Z okazji zbliżającego się Narodowego Święta Niepodległości oraz urodzin Marszałka, przypadających 5 grudnia, zapraszamy do wspólnej podróży po Polsce.

 

Popkulturowy Marszałek

Akcja Co na to Marszałek? pokazała, że legenda otaczająca postać Józefa Piłsudskiego jest żywa także dzisiaj. Internauci znaleźli jej ślady na pomnikach, sztandarach szkolnych, książkach, ale również na T-shirtach, tatuażach, a nawet puszce coca-coli. 80 lat po śmierci Józef Piłsudski wciąż pozostaje punktem odniesienia w wielu komentarzach, nie tylko politycznych, ale także społecznych. Jego barwne wypowiedzi pojawiają się często w mediach społecznościowych, nie zabraknie ich także na naszej wystawie.

Społeczność

Na jednej z plansz wystawy pojawiły się również wizerunki kilku uczestników akcji, którzy wygrali w cotygodniowych głosowaniach na Instagramie. Chcieliśmy pokazać nie tylko piękne zdjęcia z całej Polski, ale również ich twórców, ponieważ wyjątkowość wystawy polega na tym, że ma ona bardzo wielu autorów. Społeczność jest jednym z najważniejszych filarów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Zaangażowanie w organizowane przez nas akcje społeczne inspiruje nas do podejmowania nowych wyzwań, tak jak w przypadku wystawy Co na to Marszałek? Partycypacja społeczna oraz kształtowanie postaw obywatelskich w myśl wyznawanych przez Józefa Piłsudskiego wartości są misją naszej instytucji, dlatego zapraszamy wszystkich do jej współtworzenia. Dołącz do nas! Wśród licznych projektów społecznych każdy znajdzie coś dla siebie!

 

Mecenasem wystawy jest Bank Zachodni WBK, a partnerem Dom Spotkań z Historią.

Patronat medialny nad wystawą objęli: Radio Kampus, Warszawa w Pigułce, Pańska Skórka, JPilsudski.org i Wirtualny Sulejówek.

Szczegóły akcji: http://www.muzeumpilsudski.pl/co-na-marszalek

HoszowskiPo usunięciu znanego polakożercy i „wieszatiela”, komendanta miasta Lwowa marszałka poln. Letoffsky’ego, do czego przyczyniłem się w pewnej mierze, byłem zwolniony ze sztabu komendy miasta Lwowa i przydzielony do krajowej komendy żandarmerii Nr 5 we Lwowie. Było to późna jesienią 1917. Po krótkiej obserwacji zauważyłem, że dany ład i dyscyplina zanika w tym, tak zawsze wyborowym korpusie, że oficerowie potworzyli wśród siebie grupy narodowościowe, a mianowicie czeską, obejmującą oficerów Czechów i czeskich Niemców z ppłk. Jedliczką i grupę Niemców innych prowincji austriackich z ppłk. v. Peinlichem, które zwalczały się wzajemnie w swoich zapatrywaniach politycznych. Cechą zaś postępowania ówczesnego komendanta żandarmerii galicyjskiej, płk. Straubego, była ogólna nieufność do wszystkich i wszystkiego.

Z chwila objęcia kierownictwa polityki żandarmerii przez gen. maj. Fischera, komendanta żandarmerii bukowińskiej i dawnej Galicji, stosunki w korpusie oficerskim stawały się coraz więcej zagadkowe, bo nikt nie mógł się zorientować, dlaczego właśnie gen. maj. Fischerowi tę misję zlecono. Już w letnich miesiącach 1918 stawało się widocznym, że ta specjalna misja gen. maj. Fischera stoi w związku z tak zwana sprawą ukraińską, bo od niego wyszedł rozkaz przegrupowania żandarmów ruskiej narodowości do wschodniej Małopolski, a polskiej – do zachodniej. Jemu też zupełnie oddany ppłk. v. Peinlich, w którego biurach omawiano całą politykę i wszystkie tajne rozporządzenia, zmienił swój personel biurowy, złożony dotychczas z Niemców i Polaków, na Rusinów. Kiedy zapytano go prywatnie z jakiego powodu zaszły te zmiany, odpowiedział, że w tych niepewnych czasach ma przecie, największe zaufanie „zu den braven Ruthenen”. Także kpt. dr Waldman, znany ze swych późniejszych występów w prasie części Lwowa zajętego przez Ukraińców, stał w ścisłym kontakcie z ppłk. v. Peinlichem, a tym samym z gen. maj. Fischerem, który, jak później skonstatowaliśmy, był przedstawicielem polityki austriackiej grupującej się wokół osoby arcyks. Wasyla Habsburga „Wyszywanego”.

Nie dziw więc, że oficerowie żandarmerii czeskiej narodowości, jako też ja, jedyny Polak, byliśmy systematycznie od wszystkiego usuwani tak, że trudno nam było mieć wgląd do tego, co się dzieje i stworzyć sobie jasny obraz tego, co się stanie. Mimo wszystko udało nam się powoli dostać niektórych tajnych rozkazów i wówczas skonstatowaliśmy z niemałym podziwem dla austriackiego „sprytu”, że jesteśmy prowadzeni w specjalnych wykazach, jako „politycznie niepewni”, z wyraźnym zastrzeżeniem, że nie wolno nam powierzać żadnych państwowych tajemnic. Te spostrzeżenia zostały potwierdzone przez mego zupełnie mnie oddanego wachmistrza Bugajskiego, dobrego Polaka i żołnierza, który pewnego razu w lecie 1918, przyszedłszy ze sprawami urzędowymi do mego biura prosił mnie, bym się tak nie eksponował bo każdy mój krok jest śledzony, a nawet prowadzi się notatki, kto i kiedy do mnie przychodzi.

Orientując się jako tako w sytuacji ogólnej nawiązałem, w braku oficerów Polaków, jak najbliższy kontakt z wypróbowanymi i bezwzględnie mi oddanymi podoficerami Polakami, zacieśniając coraz bardziej to nieliczne, ale dobrane kółko, które miało później oddać znaczne usługi w Obronie Lwowa i przy organizacji służby bezpieczeństwa na wschodniej rubieży Rzeczypospolitej. Czuje się więc w obowiązku podać choć parę nazwisk tych, tak serdecznie sprawie polskiej oddanych podoficerów. Byli to wachm. pow. Bugajski Szymon, wachm. Dąbrowiecki Leon, Stryjkowski Jan, Glajc Adam, Stanisz Józef, i Sak Władysław. I tak powoli nadchodził przełomowy dzień 1 listopada 1918.

W dniu 31 października 1918 w chwili, gdy leżałem jeszcze w łóżku po sześciodniowej silnej gorączce, przyszło do mnie późnym wieczorem 2 peowiaków-akademików (gdyż w kołach tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej posiadałem opinie dobrego Polaka) z zapytaniem, czy prawdą jest, że w nocy mają Ukraińcy obsadzić miasto, by w ten sposób uprzedzić zarządzenia Polskiej Komisji Likwidacyjnej, która w dniu następnym miała przybyć do Lwowa. Ponieważ mieszkałem w koszarach żandarmerii ubrałem się natychmiast i skomunikowałem się z komendantem żandarmerii płk. Straube, który ze swej strony zasięgnął informacji z namiestnictwa (choć moim zdaniem osobiście dobrze był poinformowany o tym, co miało nastąpić) i dałem owym akademikom odpowiedź niepewną, komunikując jedynie uspokajającą wiadomość namiestnictwa, że nic podobnego władzy tej nie jest wiadomym.

Noc z 31 października na 1 listopada przyniosła zajęcie Lwowa przez Ukraińców, a zarazem obsadzenie przez nich koszar żandarmerii znajdujących się przy ul. L. Sapiehy, gdzie w dniu 1 listopada objął służbę oficer ukraiński i żandarmi Ukraińcy. Około godziny 7.30 zjawił się w koszarach patrol złożony z oficera, por. Bilinkiewicza z 24 p.p. austr. i 2 żołnierzy celem zaaresztowania mnie i odstawienia do więzienia wojskowego przy ul. Zamarstynowskiej. Zawiadomił mnie o tym zaraz komendant żandarmerii płk. Straube, ale dowódca patrolu ukraińskiego, na interwencję oficerów żandarmerii obcej narodowości, za inicjatywą rtm. Müllera, zgodził się, po uprzednim porozumieniu się ze swoim sztabem, na pozostawienie mnie w koszarach żandarmerii jako internowanego. Wraz ze mną zostało także internowanych w tych samych koszarach 20-22 żandarmów narodowości polskiej. Żandarmi Ukraińcy objęli służbę i rzecz dziwna, że tylko w pierwszym dniu wysłał ukraiński komendant koszar 2 lub 3 patrole do miasta, zaś w następnych dniach ograniczyła się służba żandarmów ukraińskich tylko do służby wartowniczej wewnątrz koszar i strzeżenia internowanych.

Miny oficerów obcej narodowości, dla których wydarzenia lwowskie były potwierdzeniem rozpadnięcia się Austrii, były bardzo różne. Czesi cieszyli się i z niecierpliwością oczekiwali powrotu do wolnej ojczyzny. Niemcy austriaccy, nie wiedząc co ich czeka, chodzili w zadumie po podwórzu koszar nie kryjąc zupełnie swych obaw o przyszłość swego losu, tylko ppłk. v. Peinlich, który – jak mówiono – miał u Ukraińców odegrać ważną rolę, wyczekiwał w zdenerwowaniu dalszego biegu wypadków. Co do mnie udało mi się w tym czasie przeprowadzić jedno brzemienne w skutki pociągniecie, a to przekonałem płk. Straubego o konieczności ogłoszenia koszar żandarmerii za teren neutralny i w rzeczy samej płk Straube, wysławszy rtm. Müllera do dowództwa ukraińskiego celem porozumienia się w tej sprawie, uzyskał dnia 2 listopada zgodę na uznanie koszar żandarmerii za teren neutralny. Krok ten miał duże znaczenie na przyszłość, ponieważ koszary żandarmerii, które znalazły się niebawem w obrębie polskiego frontu, nie były obsadzone silniejsza załoga ukraińską, a zarazem nie były też ogołocone z zapasów mundurów, broni, amunicji i prowiantu, w które były bogato zaopatrzone.

Zamach ukraiński spotkał się tymczasem z żywiołowym oporem społeczeństwa i młodzieży polskiej, a zbrojny czy, podjęty 1 listopada, odbierał powoli Ukraińcom teren dzielnic: VI i II zbliżając polskie oddziały zbrojne ku gmachowi żandarmerii. Tak w dniu 4 listopada, kiedy do koszar żandarmerii zbliżył się patrol polski, oficer ukraiński uciekł  oświadczywszy swoim żandarmom, że – mając zbyt małe siły – nie może się przeciwstawić Polakom. Patrol polski przekonawszy się, że w koszarach już nie ma ukraińskiej załogi, odszedł dalej nie troszcząc się na razie o obsadzenie budynku. Zwolniony tym samym z internowania udałem się za rada jakiejś staruszki do Domu Techników i zgłosiłem się do Obrony Lwowa. Tu dostałem od zgromadzonych tam Obrońców Lwowa wskazówkę (o ile sobie przypominam od por. Konstantego Dzieduszyckiego), bym w dniu następnym zgłosił się do Naczelnej Komendy Obrony Lwowa, która – prawdopodobnie dopiero wieczorem w tym dniu – będzie urzędować przy ul. Grunwaldzkiej. Gdy wchodziłem do Domu Techników, stwierdziłem z przyjemnością, że służbę na bramie pełnił b. żandarm austr. w kompletnym mundurze, wachmistrz Zawada Ludwik.

Gdy następnie zgłosiłem się do Komendanta Obrony Lwowa, kpt. Mączyńskiego, – mimo mojej prośby o przydział do formacji frontowej, – zostałem przydzielony do formującej się pod kierownictwem ppor. Edwarda Götta w gimnazjum przy ulicy Chocimskiej Żandarmerii Obrony Lwowa ze specjalnym poleceniem przeprowadzenia organizacji służby bezpieczeństwa. Ponieważ przed moim zgłoszeniem się w Naczelnej Komendzie komendantem Żandarmerii Obrony Lwowa był mianowany płk. Adam Hełm Pirgo, zgłosiłem się u niego. Przyjął mnie bardzo serdecznie i z miejsca zauważył, że oddaje mnie organizację i egzekutywę, a sam, jako starszy wiekiem, ograniczy swoją działalność do dowództwa i utrzymywania kontaktu z Naczelną Komendą.

Dnia 6 listopada udałem się do gmachu żandarmerii przy ul. L. Sapiehy i oświadczyłem płk. Straubemu, sprawującemu dotychczas formalnie komendę, że Żandarmeria Obrony Lwowa obejmuje budynek wraz z magazynem. Płk. Straube zastrzegł się, że odda koszary tylko przed siłą lub właściwej władzy polskiej, uzasadniając swe zastrzeżenie tern, że koszary zostały przez Ukraińców uznane za neutralne i w razie powrotu Ukraińców byłby narażony on i wszyscy oficerowie neutralni na przykre następstwa.

Nadmieniam, że dla przestrzegania neutralności koszar żandarmerii, po zajęciu ich przez polską patrol, był wyznaczony z ko-mendy II Odcinka por. Marian Kędrzyński i że w czasie zawieszenia broni, gdy w gmachu żandarmerii urzędował już por. Kędrzyński, przybył autem do koszar żandarmerii parlamentarz ukraiński (oficer w stopniu porucznika) z zapytaniem, dlaczego neutralność koszar została zerwana, bo on ma dowody, że z koszar żandarmerii ostrzeliwuje się placówkę ukraińską na Cytadeli. Ponieważ koszary były jeszcze neutralne, oświadczył mu por. Kędrzyński, że nikt z koszar nie strzela. Parlamentarz odjechał odgrażając się pod moim adresem i wiedział już, że zgłosiłem się do służby w Obronie Lwowa.

Z rozkazu komendanta Obrony Lwowa utworzona została specjalna komisja złożona ze ś. p. Tadeusza Cieńskiego, prezesa Polskiego Komitetu Narodowego i por. Ludwika de Laveaux, która dobrawszy sobie por. Świeżawskiego, płk. Hełm Pirgo i mnie, odebrała protokólarnie od płk. Straubego koszary wraz z kasą żandarmerii i zapasami mundurowymi, oddając je częściowo do dyspozycji Żandarmerii Obrony Lwowa, a resztę do dyspozycji intendentury załogi Obrony Lwowa. Przy tej sposobności odebrano od komendy żandarmerii austriackiej papiery wartościowe na sumę przeszło 1,300.000 koron. Równocześnie dokonała ta komisja zaprzysiężenia około 20 żandarmów Polaków zwolnionych z internowania (po zwolnieniu tychże na ich prośbę ze starej przysięgi) wcielając ich jako fachowców do Żandarmerii Obrony Lwowa. Żandarmi ruskiej narodowości zostali, aż do dalszego zarządzenia Naczelnej Komendy, internowani w koszarach przy ul. L. Sapiehy.

Dorywczo do dnia 11 listopada 1918 przeprowadzona organizacja Żandarmerii Obrony Lwowa przedstawiała się w sposób następujący: a) komenda w składzie osobowym: komendant — płk. Adam Hełm Pirgo, zastępca — mjr. Wiktor Sas Hoszowski, adiutant — ppor. Edward Gott, oficer żywnościowy — ppor. Tenczar Karol; b) oddział śledczy: kierownik — ppor. dr. Dąbrowski Jan; c) kompania egzekutywna — pełniąca służbę egzekutywną w ścisłym tego słowa znaczeniu: komendant — por. Kazimierz Święcicki, zastępca — ppor. Hohendorf Józef później por. Tarnawski; d) rezerwa z zarządem aresztu; e) oddział konny.

Do składu osobowego komendy należało jeszcze 5 oficerów, m.in. por. Hutter Ignacy, którzy pełnili częściowo służbę inspekcyjną, częściowo egzekutywną i wywiadowczą. Wywiad prowadzony był zawsze w ścisłym kontakcie z kpt. Kmitą-Stasiniewiczem Julianem z Naczelnej Komendy.

Oprócz patroli, wysyłanych z kompanii egzekutywnej i rezerwy dla utrzymania bezpieczeństwa wewnątrz terenu Obrony Lwowa, zostały potworzone mniejsze oddziały, oddane do dyspozycji dowódców poszczególnych odcinków, każdy w sile od 6—20 ludzi. Stałe takie ekspozytury żandarmerii odcinkowej były: w szkole Marii Magdaleny — kmdt. ś. p. pchor. Sokolik Michał, w szkole Konarskiego — kmdt. chor. Barański Ludwik, zast. chor. Karski Stanisław, sierż. służb. — Lesław Novy (najsilniejsza ekspozytura), w szkole Sienkiewicza — kmdt. pchor. Wyżykowski Hipolit, w Domu Techników — kmdt. ś. p. ppor. Caspary Jerzy, na Dworcu Głównym — kmdt. pchor. Klepacki, później por. Hutter, na Dworcu Czerniowieckim — kmdt. chor. Bartak Józef, na Lewandówce — kmdt. Willmann Michał, ponadto stała ekspozytura w koszarach żandarmerii przy ul. L. Sapiehy, — kmdt. wachm. Glajc Adam, jako najbardziej wysunięty obiekt, znajdujący się stale pod ostrzałem Cytadeli i przez parę dni — posterunek na Bogdanówce. Do innych odcinków dochodziły delegowane patrole z rezerwy przy ul. Chocimskiej. Oddział konny, w sile około 14 szabel, miał za zadanie utrzymanie łączności, a ponadto był używany do specjalnych poruczeń.

Głownem zadaniem Żandarmerii Obrony Lwowa było utrzymanie bezpieczeństwa na tyłach walczących oddziałów, jako też ochrona ludności i jej mienia, w ogóle wszystkie czynności wykonywane przez nią musiały być uzasadnione potrzebami bezpieczeństwa. Żandarmi odcinkowi, poza służbą bezpieczeństwa, pełnili także służbę łączności i w rejonie odcinków, jako też służbę wywiadowczą, a ich spostrzeżenia oraz raporty były nieraz bardzo pomocne w pociągnięciach taktycznych pojedynczych odcinków. Odznaką żandarma w służbie, który pełnił ją w swym własnym mundurze wojskowym, były opaska na lewem ramieniu z napisem „Żandarmeria Obrony Lwowa“ i austriacka żandarmska torba służbowa u boku.

Patrole służby egzekutywnej były, po wcieleniu żandarmów zawodowych do Żandarmerii Obrony Lwowa, prowadzone przeważnie przez tychże, a kontrolowane przez oficerów specjalnie do tej służby desygnowanych. Tak samo kontrolowana była każdej nocy służba na pojedynczych odcinkach przez oficerów komendy, jako też przeze mnie, a często zdarzało się, że posterunki frontowe ostrzeliwały patrole kontrolne, szczególnie gdy na posterunkach tych byli ludzie młodzi. Mnie ostrzeliwano nieszkodliwie dwa razy na odcinku Bema, a raz koło koszar przy ul. L. Sapiehy — ale w duszy cieszyłem się, bom się przekonał, że nasze orlątka czuwają.

Ponieważ materiał ludzki, którym dysponowała komenda żandarmerii w pierwszych dniach Obrony Lwowa, był do tej tak odpowiedzialnej służby nieodpowiedni, musiałem przystąpić przede wszystkim do czystki we własnych oddziałach w czym w wielkiej mierze był mi pomocny jeden z najdzielniejszych oficerów żand. por. Święcicki i zawodowi żandarmi, jako fachowi i moralni instruktorzy.

Wszystkie ekspozytury żandarmerii na odcinkach były także często ściągane do wzmocnienia frontu, a w szczególności ekspozytura w koszarach żandarmerii przy ul. L. Sapiehy pod komendą dzielnego żołnierza, wachmistrza Glajca, była właściwie stałem wzmocnieniem frontu odcinka szkoły Marii Magdaleny i swą bitnością niejednokrotnie dopomogła do przeważenia szali zwycięstwa na stronę oddziałów obrońców Lwowa. Oddział żandarmerii odcinka szkoły Konarskiego zdobył miotacz min w czasie wzmocnienia frontu pod Kulparkowem, poza tym cała rezerwa i kompania egzekutywna przy ul. Chocimskiej pod dowództwem por. Święcickiego interweniowały skutecznie w akcji bojowej na Górze Stracenia w dniu 14 listopada 1918. Interwencje te znaczyły krwawym śladem posuwającą się zwycięsko naprzód linię Obrony Lwowa.

Służbę wartowniczą spełniały Milicja Wojskowa i Kolejowa. Żandarmeria korzystała z pomocy Straży Obywatelskiej, zwanej popularnie „Milicją Obywatelską", bo kwaterowała w gmachu gimnazjum przy ul. Szymonowiczów razem z Milicją Wojskową, powstała jednak samorzutnie w dniach 2 i 3 listopada 1918. W dzielnicy VI zorganizował ją dyr. Ludwik Heller (gimnazjum przy ul. Szymonowiczów), a w dzielnicy II — dr Stanisław Kurkowski (budynek parafii kościoła św. Elżbiety). Nad oboma tymi strażami ustanowiła Naczelna Komenda w dniu 14 listopada 1918 komendantem Ludgarda Grocholskiego. Łączna siła Straży Obywatelskiej wynosiła około 200 ludzi. Po oswobodzeniu Lwowa Straż Obywatelska rozszerzyła się organizacyjnie na cały Lwów pod nazwą M. S. O., Milicja Wojskowa została przemianowana na baon wartowniczy, a Milicja Kolejowa, której ostatnim komendantem był nadkomisarz Wojciech Schmidt, a zastępcą — p. Papierkowski, była rozwiązana w pierwszych dniach grudnia 1918.

Mężczyźni, wcielani zwłaszcza do Straży Obywatelskiej, to ludzie nieraz w bardzo podeszłym wieku. Spełniali oni niejako służbę etapową, poza tym wspomagali żandarmerię na wewnętrznych patrolach, przy przeprowadzaniu rewizji i niedopuszczaniu elementów przestępczych do grabieży, rabunków, pełniąc stałą służbę patrolową na wszystkich ulicach. Jaki był w tym zespole duch i nieugięta chęć zwycięstwa świadczy fakt, który wydarzył się już po 22 listopada, gdy pamiętnej nocy z dnia 28-29 grudnia 1918 wymaszerowali na okopy przedmieść lwowskich wszyscy, gdy temu zbiorowemu wysiłkowi całego „zawsze wiernego Lwowa", a więc i żołnierza frontowego i tego cywilnego ochotnika, zawdzięczamy uratowanie miasta przed skoncentrowanym atakiem wszystkich sił ukraińskich gród nasz oblegających.

Żandarmeria Obrony Lwowa, Milicja Wojskowa oraz Straż Obywatelska miały ciężkie zadanie do spełnienia w dniu 22 listopada i następnych, gdy to odbiliśmy cały Lwów, w akcji opanowania rozruchów, kiedy musiano stoczyć formalne walki z elementami przestępczymi, by w końcu, z pomocą wojska, przywrócić ład.

Po zajęciu Lwowa Żandarmeria Obrony Lwowa stała się pierwszym ogniwem w organizacji żandarmerii na terenie oswobodzonych powiatów wschodniej Małopolski i przyjęła za podstawę działania swój dawny podział. W nowej formie organizacyjnej otrzymała wówczas nazwę żandarmerii polowej i krajowej.

 

Wiktor Hoszowski

 

Zdjęcie ze strony: www.policjapanstwowa.pl

Orleta1 NW listopadzie 1918 byłem komisarzem rządowym miasta Lwowa. Objąłem ten urząd po dr. Tadeuszu Rutowskim, który z końcem marca 1918 ustąpił z powodu złego stanu zdrowia i pełniłem go do pierwszych dni lutego 1919, kiedy to z powodu zwołania Sejmu Ustawodawczego, jako poseł, musiałem udać się do Warszawy i złożyłem urząd komisarza rządowego miasta nie mogąc stale przebywać we Lwowie.

Objęcie funkcji komisarza rządowego miasta przeze mnie odbyło się w nieco odmienny sposób, aniżeli przez moich poprze­dników. Ówczesnemu namiestnikowi Galicji, gen. hr. Huynowi, który z końcem 1917, przy sposobności pobytu we Wiedniu, zaproponował mi w lokalu Koła Polskiego, do którego należałem jako poseł do austriackiej Rady Państwa, objęcie funkcji komi­sarza rządowego miasta, dałem na razie odpowiedź wymijającą, wskazując na to, że stan zdrowia dr. Rutowskiego prawdopo­dobnie jeszcze się polepszy; gdy to jednak nie stało się, pro­pozycję przyjąłem pod dwoma warunkami.

Po pierwsze zastrzegłem sobie, że zatrzymam mandat po­selski we Wiedniu, a to głównie z tego powodu, że w czasie wojny nie było mowy o rozpisaniu wyboru uzupełniającego w razie ewen­tualnego złożenia mandatu poselskiego, Koło Polskie zaś w tym ciężkim okresie walk parlamentarnych nie mogło być pozbawione choćby jednego głosu. Drugi warunek polegał na tern, że dotychcza­sowa Rada przyboczna komisarza, niemająca żadnego znaczenia, zostanie rozwiązana, a natomiast zostanie utworzona tymczasowa Rada Miejska złożona, tak jak zwykła Rada, z 100 członków, którzy będą powołani przez namiestnika w porozumieniu z poszczególnymi stronnictwami i grupami w mieście, tak ażeby na ogół mogła być przedstawicielstwem całej ludności miasta i mogła w ten sposób mieć odpowiedni autorytet na równi z Radą Miejską normalnie wybraną, skoro ta ostatnia, z powodu okresu wojennego, przez wybór nie mogła być do życia powołana.

Układy ze stronnictwami i grupami trwały dość długo, skończyły się wreszcie wynikiem pomyślnym, a muszę tu nadmienić, że w niemałej mierze stało się to dzięki cierpliwej i umiejętnej taktyce ówczesnego wiceprezydenta namiestnictwa Decykiewicza Włodzimierza, który układy te prowadził. Załatwienie, choć tymczasowo, sprawy samorządu miasta było stosunkowo korzystne. Nieposiadającą żadnego znaczenia Radę przyboczną zastąpiono wprawdzie ustanowioną tymczasowo Radą Miejską, ale mianowaną nie dowolnie, lecz na podstawie ścisłego porozumienia ze stronnictwami i grupami ludności miasta i to nie tylko z każdą grupą z osobna, ale w ostatecznym wyniku niejako w drodze wzajemnego kompromisu i wspólnej decyzji. Wspominam o tej sprawie dlatego obszerniej, ponieważ okazała się ona nie bez znaczenia w czasie późniejszym.

Tymczasowa Rada Miejska została wyposażona w uprawnienia przysługujące wybranej Radzie Miejskiej, a ja w czasie układów najchętniej zgodziłem się na to ukrócenie do pewnego stopnia uprawnień komisarza. Było to dla mnie, jako stojącego na czele zarządu miasta mianowanego komisarza, momentem daleko większej doniosłości i moralnego znaczenia móc się powołać na opinię względnie postanowienia Rady, uważanej za przedstawicielkę ogółu obywateli miasta na podstawie ich wzajemnego porozumienia, co szczególnie mogło mieć wielkie znaczenie przy występowaniu z ważnymi postulatami miasta, a co najważniejsza przy manifestacjach natury politycznej, nadarzających się z konieczności rzeczy w związku z upadkiem Austrii.

Można z całą słusznością i stanowczością stwierdzić, że ta tymczasowa Rada Miejska, z przekąsem w późniejszych czasach „huynowską" nazywana, zwłaszcza przez tych, którzy nie mają pojęcia o ówczesnych wydarzeniach, sprostała zadaniom ciężkim i skomplikowanym, jakie przynosiły ze sobą czasy wojenne i rozwijające się w szybkim tempie wiekopomne wypadki i okazała wielką odwagę cywilną oraz szeroki widnokrąg w ich ujęciu i wykorzystaniu. Nie chciałbym wcale przeceniać działal­ności ówczesnej Rady Miejskiej, gdyż nie odpowiadałoby to faktycznym stosunkom, należy jednak jedną rzecz stwierdzić, że, gdyby w owym okresie zabrakło było tego czynnika, a pozostała była nieliczna Rada przyboczna, jako organ komisariatu rządo­wego, byłoby to utrudniało lub co najmniej skomplikowało usto­sunkowanie się miasta Lwowa do wyrosłych na tle ówczes­nych stosunków ogólnych zadań i problemów politycznych i naro­dowych.

Działalność komisarza i jego zastępców, którymi zostali zamianowani prof. dr. Chlamtacz Marceli, dr. Schleicher Filip i Neumann Józef, oraz Rady Miejskiej musiała z natury rzeczy w tym okresie, od kwietnia do października 1918, ograniczyć się na ogół do czynności bieżących. Liczne niedomagania i braki, jako następstwa długotrwałej wojny, która zwłaszcza dla Austrii coraz widoczniej okazywała się przegraną, nie sprzyjały ukła­daniu i realizowaniu dalej sięgających planów i projektów na dalszą metę na polu gospodarki miejskiej. Szczególne trudności miał zarząd miasta do przezwyciężenia w dziedzinie finansowej i aprowizacji miasta, które to trudności, zwłaszcza w tej ostatniej dziedzinie, potęgowały często niepotrzebne i nierozsądne lub nie­praktyczne zarządzenia centralnych władz wiedeńskich. Z tego powodu potrzebne były ciągłe interwencje, aby zapewnić jaką taką aprowizację ludności miasta.

Zarząd miasta przy staraniach swych u władz centralnych doznawał zawsze poparcia ze strony krajowych władz, w szcze­gólności namiestnictwa, które jednak nieraz samo u rządu wiedeń­skiego nie wiele potrafiło uzyskać. Stosunek namiestnika Huyna do zarządu miasta był na ogół przyjazny i życzliwy. Zarząd miasta nie mógł uskarżać się na to, aby w zakresie swego urzę­dowania był krępowany narzucanymi mu z góry wiążącymi wskazówkami, lub aby otrzymywał od namiestnika nakazy w tym zakresie do wykonania, które by dotyczyły sposobu załatwienia spraw leżących w kompetencji zarządu miasta.

Stosunek zarządu miasta do władz wojskowych był dość luźny, a o ile były sprawy miejskie większej wagi do załatwienia, co do których należało współdziałać z tymi władzami, najczęściej działo się to za pośrednictwem namiestnika, który to chętnie uskuteczniał, zazwyczaj z pomyślnym wynikiem, ze względu na swą wysoką rangę wojskową.

Mimo swej tymczasowości Rada Miejska nie ograniczyła się wyłącznie do spraw bieżących, wynikających z codziennych potrzeb, ale starała się choć częściowo przygotować materiały, mogące posłużyć do rozwiązania problemów ogólniejszej wagi po ustaniu wojny. Rada, na wniosek komisarza rządowego, wybrała dwie osobne komisje, których nazwa wskazywała wyraźnie na ich ogromnie ważny zakres działania. Były to komisja rozwoju i przyszłości miasta Lwowa, oraz komisja dla spraw mieszkaniowych. Zarząd miasta czekały poza tern jeszcze bardziej podniosłe zadania.

W ciężkiej walce z przeciwnościami i niedomaganiami natury finansowej i aprowizacyjnej nadeszły chwile, w których zarząd miasta musiał, poza troskami życia codziennego, poświęcić bardzo baczną uwagę wydarzeniom wiążącym się z przyszłością narodu polskiego, a w szczególności czuwać nad tern, by działalność i losy miasta Lwowa jako nierozdzielna całość związane zostały z akcją ogólną, by w danej chwili nie brakło w tym kierunku jasnej i wyraźnej deklaracji ludności miasta. Wydarzenia październikowe potwierdziły słuszność decyzji zarządu miasta. Zarysowujący się coraz wyraźniej upadek Austrii, widoczna bezradność i słabość rządu wiedeńskiego, nakazywały czujność społeczeństwu polskiemu i wysuwały coraz bardziej konieczność oparcia się o własne siły i własne decyzje.

Ukraińskie koła polityczne rozpoczęły od dawna akcję stojącą w zupełnej sprzeczności z dążnościami społeczeństwa polskiego. Czy to żądając podziału Galicji na polską i ukraińską, czy to pracując w kierunku wyodrębnienia tejże przy zapewnieniu uprzywilejowanego stanowiska dla siebie, ukraińska reprezentacja parlamentarna, popierana usilnie przez wysokie austriackie sfery wojskowe, starała się wytworzyć atmosferę przychylną dla swoich usiłowań u rządu centralnego, przedstawiając mu w dość mgli-stych konturach korzyści, jakie mogłyby dla Austrii i dynastii wyniknąć z tego forytowania Ukraińców.

Przedstawicielstwo polityczne polskie przeciwdziałało bez przerwy i na razie skutecznie tym zabiegom. Dowodem też fakt, że rząd wiedeński nie ośmielił się wystąpić otwarcie z projektem podziału Galicji.

Przed zarządem miasta Lwowa stanęła jednak wkrótce kwestia inna — zasadniczej wagi. W tym czasie musiało już urobić się przekonanie, że na Austrię, przy rozwiązaniu sprawy polskiej, liczyć wcale nie można i że nie będzie ona ani zdolną, ani nie będzie w możności wywarcia poważniejszego wpływu w tej mierze. Dążności całego narodu polskiego skrystalizowały się w domaganiu wolnej, zjednoczonej Polski, jako państwa niezależnego, z dostępem do morza.

Lwów – miasto musiało się wypowiedzieć w tym kierunku i wyraźnie i bezwarunkowo stwierdzić, że czuje się w tych dążnościach nierozłączną częścią całości.

Zarząd miasta wysyła w dniu 11 października 1918 pismo hołdownicze do Rady Regencyjnej w Warszawie o następującej treści: „Wieść o proklamowaniu przez Radę Regencyjną niepodległego Państwa Polskiego, zjednoczonego z wszystkich ziem polskich, przepełniła serca mieszkańców Lwowa — stolicy Galicji — najżywszą radością i poczuciem ziszczenia słusznych usiłowań wywalczonych krwią polską. Zarząd miasta, będąc wy-razem uczuć obywateli grodu, będącego od wieków przedmurzem Polski, przesyła wyrazy hołdu, czci i wdzięczności, oraz zapewnia, że ogół obywateli naszego miasta bierze najżywszy udział w od-budowie niezawisłej naszej Ojczyzny."

Pismo to podpisali komisarz miasta i zastępcy.

Wiece publiczne, następnie odbyte, zamanifestowały tłumnie i jednomyślnie radość obywateli stolicy Galicji i potwierdziły hołd zarządu miasta.

Cóż się dzieje po drugiej stronie?

W połowie października uchwala parlamentarna reprezentacja ukraińska w Austrii zwołać na dzień 19 października zebranie mężów zaufania wszystkich obszarów w rzekomo „ukraińskich" Austrii i Węgier, aby powołać do życia konstytuantę pod nazwą: „Ukraińska Narodowa Rada", celem wykonania prawa samostanowienia narodu ukraińskiego. Na tern zebraniu „z oburzeniem" odparto „roszczenia" Rady Regencyjnej w Warszawie, która wyciąga „chciwą" rękę po „ukraińskie księstwa" Halicz i Włodzimierz – dziedzictwo całego narodu ukraińskiego. Ukraińcy już nie chcą zastanawiać się nad zapowiedzianym w manifeście cesarskim przeobrażeniu Austrii w państwo federacyjne, w którem znalazłoby się miejsce dla osobnego państwa wschodnio-galicyjskiego. Ukraińcy nie godzą się na ten plan, gdyż nie widzą w nim nic konkretnego.

Zdaje się, że część ich zwątpiła już w siłę Austrii, chcą jednak do końca jej istnienia wyzyskać jej sympatie i wpływy dla swych celów. Dlatego nie zrywają jeszcze otwarcie ze swoją niezmordowaną opiekunką.

Na zebraniu konstytuanty w dniu 19 października dokonano wyborów, wobec czego Ukraińska Narodowa Rada rozpoczęła swą działalność. Rezolucja, którą uchwala Narodowa Rada, domaga się utworzenia ze wschodniej Galicji po San wraz z Łemkowszczyzną, oraz Bukowiny i północnych Węgier osobnego państwa ukraińskiego. Rezolucja wzywa Polaków i żydów, których uznaje jako osobne narody, by wybrali swoich, przedstawicieli i obesłali radę ukraińską.

W przebiegu tych narad i deklaracji można zanotować jako znamienny szczegół: jeden odłam jeszcze ciągle myśli o kooperacji z Austrią, podczas gdy n. p. socjalni demokraci ukraińscy wnoszą rezolucję tej partii domagającą się utworzenia Ukrainy ze wszystkich ziem ukraińskich.

Wszystkie te rezolucje stoją w zupełnej sprzeczności z dążnościami miasta Lwowa i wolą jego objawioną w uchwałach wieców manifestacyjnych ludności i piśmie hołdowniczym, wy- słanym przez zarząd miasta do Rady Regencyjnej w Warszawie.

Prasa polska, rejestrując rezolucje ukraińskie, wytyka ich jaskrawe i bezkompromisowe stanowisko. Lwów, — jak to zaznacza z naciskiem prasa, — miasto, w którym każdy kamień, każde drzewo mówi, że to gród polski, żąda, by Ukraińcy uznali to, co dziś w oczy bije, że Lwów jest miastem polskim i nim zostanie.

Wielka manifestacja tymczasowej Rady Miejskiej, która w tym czasie odbyła uroczyste posiedzenie, idzie konsekwentnie i bezwzględnie po linii wytkniętej już poprzednio przez zarząd miasta. Zagajając posiedzenie jako przewodniczący przedstawiłem, że wiekopomne wypadki znalazły wyraz w odezwie Rady Regencyjnej do narodu. Zarząd miasta powitał z radością ten uroczysty akt proklamujący wolną, zjednoczoną, niepodległą ojczyznę i przedkłada Radzie deklarację do uchwalenia. Imieniem zarządu miasta prof. dr. Chlamtacz w podniosłych słowach uza­sadnił deklarację. Wnioski, przedłożone przez mówcę, krystalizu­jące się w poddaniu miasta Lwowa władzy Rządu Polskiego, uchwala Rada miasta wśród wielkiego entuzjazmu i wybiera z łona Rady deputację do Warszawy.

Radni ukraińscy założyli protest wywodząc, że naród ukra­iński proklamuje niezawisłość ukraińskiego państwa, zamieszka­nego przez naród ukraiński w granicach Austro-Węgier i zastrzega się przeciw „bezprawnym zakusom" na wschodnią Galicję.

Zamykając posiedzenie, jako przewodniczący komisarz rzą­dowy, wzniosłem okrzyk: „Niech żyje wolna, zjednoczona, nie­podległa Polska!" Rada miejska uczciła to podniosłe zebranie, wiekopomnym znaczeniu dla miasta Lwowa, odśpiewaniem hymnu narodowego „Jeszcze Polska nie zginęła."

Sytuacja we Lwowie stała się pod względem zasadni­czym zatem zupełnie jasna, a nieustępliwe stanowisko i wręcz sprzeczne obu stron zapowiadało, że niechybnie musi przyjść do rozgrywki. Nie było jeszcze widocznym wówczas, w jaki sposób, w jakich granicach i rozmiarach to nastąpi.

Jakżeż układały się w przededniu tych zdarzeń stosunki ówczesne?

Ukraińcy wytężali wszystkie siły, by należycie przygotować się do realizacji swego programu, a agitacja, którą prowadzili, była bardzo energiczna i silnie zorganizowana. Zaznaczyć na­leży, że organizowano ludność cywilną, oraz czynnik wojskowy, ten ostatni oczywiście przy życzliwej pomocy i bardzo skutecznym poparciu austriackich władz wojskowych. Oficerowie naro­dowości ukraińskiej pozostawali od dawna w ścisłej łączności z cywilnymi organizacjami ukraińskimi, zostali oni dość wcześnie zorganizowani i pouczeni, tak, że nie byli czynnikiem luźnie lub sporadycznie działającym, lecz siłą zorganizowaną, mającą ze­spolić żołnierza - Ukraińca już w szeregach i pułkach austriackich poprowadzić go tam, dokąd kierował nakaz z góry ułożony. Niewątpliwie współdziałanie austriackich sztabów wojskowych ogromnie ułatwiło Ukraińcom tę pracę.

Ale byłoby błędnym wszystko przypisywać temu momentowi i mogłoby to naprowadzić na fałszywe wnioski z jednej strony co do oceny roli samych Ukraińców, a z drugiej, co do możliwych ewentualności, dzięki którym można było uniknąć tej kooperacji Austrii z Ukraińcami. Ukraińskie sfery same rozwinęły żywą akcję samodzielną, nim przystąpiły do walki. Kierowały organizacją środków i sił. Przy rozpatrywaniu zatem splotu wypadków, ich przyczyn i przebiegów — jak mi się zdaje — powinien historyk, który je będzie badał i oceniał, wziąć pod uwagę również rolę samodzielną i odrębną, jaka przypada sferom ukraińskim w przygotowaniu i wykonaniu zamachu austriacko-ukraińskiego na Lwów i wschodnią Galicję.

Gdzieniegdzie można się było spotkać z zapatrywaniem, jakoby Polacy zachowaniem się swym w ostatnich czasach zrazili byli władze austriackie i że gdyby się byli o to starali, nie byłoby przyszło do współdziałania tych władz z Ukraińcami. Zapatrywanie to należy uważać za mylne, po pierwsze z tego powodu, że przy nieudolności i słabości austriackiego rządu centralnego nie mogło być wówczas mowy o jakimś planowym, świadomym celu i zorganizowanym postępowaniu tego rządu i polityce. Wobec zaś tej dezorganizacji wyładowywały się na pierwszy plan sympatie sztabów wojskowych dla Ukraińców, zrodzone w mglistych i chaotycznych majaczeniach, jakie te sztaby wy-kombinowały sobie co do przyszłej roli Ukraińców w stosunku do Austrii i dynastii. Po drugie czynna i powstała samodzielnie organizacja ukraińska byłaby w ten lub ów sposób samorzutnie próbowała rozwinąć dywersyjną działalność. Mogłoby więc z takiego zapatrywania wyniknąć bardzo mylne rozumowanie, jakoby Ukraińcy sami w sobie nie reprezentowali byli żadnego czynnika w rachubę wchodzącego i jakoby nie mieli byli własnej organizacji i własnych planów, a co mogłoby naprowadzić na jednostronną ocenę położenia i uśpić czujność polskiego społeczeństwa.

Wchodzenie wówczas w jakiekolwiek układy z Austrią było dla społeczeństwa polskiego wykluczone. Społeczeństwo polskie we Lwowie miało drogę wyraźnie i bezwzględnie wytkniętą. Manifestacje zarządu miasta Lwowa i jego ludności stwierdziły ją dobitnie i niewątpliwie, jakiż więc cel i skutek mogły mieć zabiegi u władz austriackich. O kompromisie jakimś w stosunku do rozpadającej się Austrii, choćby nawet chwilowo, nie mogło być mowy, nieustępliwe zaś stanowisko Ukraińców i zasadniczo wrogie nie uprawniało wcale do widoków na pogodzenie się przy interwencji właściwie nieistniejącego już wówczas autorytetu Austrii. Przyjąć zatem należy, że nie stały przeciw sobie tylko społeczeństwo polskie i resztki Austrii, lecz ponadto organizujący się i pracujący także samodzielnie czynnik ukraiński, popierany usilnie przez Austrię.

W tym, co wyżej przedstawiłem, zawiera się też opisanie stosunku wzajemnego Lwowa i władz austriackich. Jeden szczegół należy wyodrębnić. Rola rządu centralnego i austriackich komend wojskowych jest dostatecznie znana. Zachowanie się krajowych władz cywilnych było nieco odmienne. Mam tu na myśli zachowanie się namiestnika gen. hr. Huyna, gdyż on tylko stanowił wówczas obcy czynnik ustroju władz administracyjnych galicyjskich, które zresztą miały przeważnie z bardzo nielicznymi wyjątkami podobną obsadę, jak przed wojną. Otóż gen. hr. Huyn zajmował nieprzerwanie stanowisko na ogół bezstronne, nie było o tym mowy, aby popierał szczególnie Polaków, ale odnosił się do nich z życzliwością. Gen. Huyn nie stawiał żadnych przeszkód ani zarządowi miasta ani Radzie Miejskiej przy dokonywaniu wyżej opisanych manifestacji, nie bronił odbywać wieców publicznych żądając jedynie od zastępcy komisarza dr. Chlamtacza, który z nim w tej sprawie konferował, zapewnienia, że bezpieczeństwo publiczne i spokój nie będą na szwank narażone. Gen. Huyn stał też na stanowisku, że uda mu się kraj Galicję utrzymać w swej władzy i że rządy kraju odda tylko na rozkaz rządu centralnego i w te ręce, które ten rząd wskaże.

Należy tu uczynić uwagę, że przy coraz bardziej postępującym rozprężeniu austriackiej organizacji państwowej, władza hr. Huyna malała z każdym dniem i wisiała na włosku, jak to się zresztą później dobitnie okazało. Wobec tego możność skutecznego użycia na zewnątrz tej władzy, tak u niego jak u jego organów, zanikała coraz bardziej, a wreszcie w opanowaniu sytuacji zupełnie zawiodła, zwłaszcza przy zupełnym braku kooperacji ze strony wojska, które stało oddzielnie i usiłowało oddzielnie politykę prowadzić. Trudno było wówczas niewątpliwie orientować się w tym dziwnym tworze austriackich porządków, że namiestnik cesarski — wysokiej rangi generał — nie może liczyć zupełnie na poparcie komendanta wojskowego — również generała cesarskiego. Moment ten mógł zaważyć na szali przy ocenianiu skuteczności zapewnień hr. Huyna o utrzymaniu rządów kraju w swych rękach i możności przewidywania niespodziewanego ataku Ukraińców.

Jakie zdarzenia należy wobec tych ujawnionych dążności Ukraińców wymienić po stronie społeczeństwa polskiego?

O ile idzie o samo miasto Lwów, pod względem zasadniczym uczyniono, co w danej chwili było nieodzownie potrzebne, a wśród przejściowych stosunków możliwe. Tak zarząd miasta jak i Rada Miejska złożyły deklarację hołdowniczą wobec Rady Regencyjnej w Warszawie i stwierdziły nierozdzielną przynależność miasta do zjednoczonej niepodległej Polski. Ta strona sprawy nie nasuwała żadnych wątpliwości. Do tych organów miejskich nie należało prowadzenie polityki ogólnopolskiej, a choćby polityki polskiej na obszarze całej dawnej Galicji. Zarząd miasta w zupełnym spokoju bez zdenerwowania załatwiał nadal bieżące sprawy miejskie, godzi się zaś zanotować fakt, że na posiedzeniu Rady z 26 października podano do wiadomości podziękowanie dla Rady Miejskiej od legionistów z Marmarossziget, za opiekę i to wszystko, co Rada dla nich zrobiła. Nie ulega wątpliwości, że jest to piękny rys z działalności tymczasowej Rady „mianowanej", że nie wahała się była zrobić w tej sprawie, co należało.

W tym czasie, t. j. około 26 października, rozpoczynają się usiłowania w kierunku utworzenia naczelnego organu Galicji przez parlamentarną reprezentację polską. Była to ostatnia chwila i żałować wypada, że znacznie prędzej o tym nie pomyślano. Podczas gdy Ukraińska Rada Narodowa konstytuuje się około 19 października, narady poselskie polskie odbywają się dopiero 28 października w Krakowie.

Nie tu miejsce roztrząsać, dlaczego to się stało tak późno. Zresztą nie mógłbym osobiście żadnych w tej mierze przytoczyć stanowczych wyjaśnień, zwrócić jednak uwagę trzeba na jeden moment, który oświetla w znamienny sposób przygotowania do tych narad poselskich. Nie można się dziwić, że tej sprawie poświęcam dłuższą wzmiankę, ponieważ we Lwowie, a z pewnością i w całej Galicji wschodniej, społeczeństwo polskie czekało z niecierpliwością i z lękiem na dyrektywy i na utworzenie naczelnej organizacji, która by przejęła troskę o losy tego społeczeństwa w kierownicze i odpowiedzialne ręce.

Zdaje się, że w przygotowaniach do tego celu odgrywały pewną rolę walki poszczególnych stronnictw o przeważne wpływy w tej stworzyć się mającej organizacji. Dowodzi tego ogłoszony w dniu 26 października protest Polskiego Towarzystwa Demokratycznego przeciw projektowi triumwiratu, tj. narodowej demokracji, stronnictwa ludowego i socjalistów co do składu mającej się utworzyć Komisji Likwidacyjnej, projektowi, który dążył do wyeliminowania ze składu tej Komisji stronnictw i ugrupowań mniejszych, a do oddania pełnego kierownictwa tego naczelnego organu w ręce wymienionych 3 stronnictw. Demokracja polska w proteście swym żąda należnego udziału w Komisji Likwidacyjnej, a postanowiła nadto domagać się, aby siedzibą tej Komisji była stolica kraju Galicji — Lwów. W tych dwóch punktach zarysowały się niepokojące objawy nastrojów w okresie powstania naczelnej organizacji.

Jak to i w późniejszym czasie nieraz zdarzało się, że wielkie stronnictwa polskie nie mogą się zdobyć na wspólną ogólną politykę polską i na zaniechanie walk partyjnych i zgrupowanie stronnictw mniejszych i ugrupowań obok siebie do zgodnej i wspólnej pracy, tak i wówczas w tak niebezpiecznej chwili uważano widocznie za stosowne poświęcić wiele czasu i trudu, by zabezpieczyć sobie przeważny, a właściwie wyłączny wpływ w organie centralnym z pominięciem względnie odsunięciem innych. Możliwe, że te mniejsze ugrupowania były mniej zasłużone, mniej potężne, nikt zapewne nie chciał negować zasług tych 3 wielkich stronnictw. Ale skoro wybiła godzina, w której należało się zabrać do wielkiej pracy, pracy twórczej, organizacji Państwa Polskiego i zespolenia w nim wszystkich obszarów, zdaje się nie było miejsca i czasu na przywileje i separatyzm, lecz należało jak najrychlej i najzgodniej powołać i zaprząc „wszystkich" Polaków do wytężonej i niezmordowanej, wspólnej i zgodnej pracy.

Również różnica zdań na tle siedziby Komisji Likwidacyjnej nie była wcale szczęśliwym i pożądanym wydarzeniem. Jakiekolwiek wówczas przemawiały argumenty za Krakowem, to gdy w przeciwieństwie do siedziby Ukraińskiej Narodowej Rady, która osiadła we Lwowie, Komisja Likwidacyjna obrała Kraków, musiał nasuwać niepocieszające refleksje fakt, że stolica Galicji — Lwów okazał się jako w danej chwili nienadający się na siedzibę Komisji Likwidacyjnej dla tejże Galicji, a ponadto opinia Galicji wschodniej została tym faktem niemile dotknięta i zaniepokojona nie tyle ze względów formalnych lub prestiżowych, ile z powodów rzeczowych i doniosłego znaczenia na najbliższą przyszłość.

W tej mierze tym bardziej okazuje się słuszność wyżej zamieszczonej uwagi, że przystąpiono do utworzenia Komisji Likwidacyjnej nie dość szybko i nie zabezpieczono jej należytego toku urzędowania już od samego początku.

W przeciwieństwie do Ukraińskiej Narodowej Rady, która jako widome przedstawicielstwo narodu rozpoczęła dość wcześnie swą działalność, zdołała zabezpieczyć sobie przeniesienie oficerów i żołnierzy-Ukraińców na wschód i daleko idącą pomoc austriackich sfer wojskowych, podjęła skuteczną organizację sił cywilną i wojskową, tę ostatnią przez zorganizowanie oficerów Ukraińców i związanie ich z naczelnym organem cywilnym, Komisja Likwidacyjna występuje na widownię, gdy pewnych rzeczy już nie można było odrobić, a niektórych, mających służyć jako przeciwwaga przygotowań ukraińskich, nie dało się już tak przyśpieszyć, aby te przygotowania od razu można było zupełnie zniweczyć.

Narady poselskie toczyły się w dniu 28 października w Krakowie w podniosłym nastroju. Posłowie stwierdzili raz jeszcze, że ziemie polskie, położone w monarchii austriacko-węgierskiej, należą już do Państwa Polskiego. Według informacji podanej na zebraniu Rząd Polski w Warszawie, rozciągając swą władzę i na Galicję, odniósł się do Wiednia o wybranie mieszanej komisji do przejęcia administracji i wojska w Galicji.

Początkowe zabiegi, by wyłączyć mniejsze ugrupowania ze składu Komisji Likwidacyjnej, której utworzenie uchwalono, nie powiodły się, zgodzono się wreszcie na powiększenie liczby członków Komisji Likwidacyjnej i powołano do niej również przedstawicieli mniejszych stronnictw i ugrupowań.

Wniosek, aby siedzibą Komisji Likwidacyjnej był Lwów, został tylko częściowo uwzględniony. Na razie miał być siedzibą Kraków, po czym miało nastąpić przeniesienie do Lwowa.

Między innymi uchwalono rezolucję, że Komisja Likwidacyjna ma się zająć także przeniesieniem polskich pułków do Galicji do rozporządzenia Komisji Likwidacyjnej.

Jak z tego wynika, o czym już wyżej wspomniałem, istotnie utworzenie Komisji Likwidacyjnej powinno było znacznie prędzej nastąpić. Gdyby się to było stało, prawdopodobnie realizowanie licznych rezolucji, które powzięło zebranie poselskie w ostatnich dniach października, byłoby zupełnie inaczej wyglądało, jak n. p. rezolucji o przeniesieniu pułków polskich do Galicji. Praca Komisji powinna była dorastać do sytuacji i sprostać wypadkom.

Prasa lwowska i opinia Lwowa bardzo krytycznie przyjęły wiadomości o pominięciu Lwowa domagając się, by politycy polscy przypomnieli sobie o jego istnieniu.

Wybrane prezydium Komisji Likwidacyjnej notyfikowało właściwym czynnikom państwowym i krajowym, że objęło powierzone sobie czynności.

Według wówczas obiegających wiadomości w dniu 2 listopada miało nastąpić przeniesienie urzędowania Komisji Likwidacyjnej do Lwowa.

W Krakowie i we Lwowie pierwsze kroki i zarządzenia prezydium Komisji Likwidacyjnej nie znalazły w całości uznania. Podnoszono, że posiadanie Galicji wschodniej jest dla Polski „conditio sine qua non”, że objęcie Galicji w posiadanie Polski w imieniu Rządu Polskiego jest najważniejszym i pierwszym przykazaniem chwili. Urzędowanie drobiazgowe, rozsyłanie zarządzeń aprowizacyjnych choć samo w sobie ważne, należało według tych opinii odłożyć na później, a na razie co prędzej przybyć do Lwowa i działać.

Nie mając zamiaru pisania historii Komisji Likwidacyjnej, ograniczam się do stwierdzenia, że Komisja Likwidacyjna utworzyła się stanowczo za późno. Wskutek tego powstała luka w wypełnieniu zadań, które Komisja z samego początku miała wykonać, choćby w częściowej analogii wydarzeń w Czechach.

W następstwie tego Komisja Likwidacyjna zdążyła wykonać, co należało, tylko odnośnie do Krakowa i sąsiednich obszarów, natomiast zarządzenia co do Galicji wschodniej nie mogły już być należycie zrealizowane, zwłaszcza, że w pierwszych dniach urzędowania organy wykonawcze Komisji Likwidacyjnej tą sprawą jeszcze się nie zajęły, a potem już w formie pierwotnie zamierzonej zająć się nie mogły. Wschodnia Galicja znalazła się zatem w tym okresie bez opieki i bez ingerencji Komisji Likwidacyjnej.

Oddzielne stanowisko zajął Lwów, który zasadniczo proklamował przynależność swoją do Państwa Polskiego, pozostał on jednak również na bocznym torze rządów Komisji Likwidacyjnej.

Sam fakt ustalenia naczelnego organu, tj. Komisji Likwidacyjnej, nie mógł pozostać bez wpływu przede wszystkim pod względem formalnym na Lwów. W następstwie tego faktu nie było mowy o tern, aby mógł się utworzyć we Lwowie osobny organ do czuwania nad sprawami Galicji wschodniej i do czy­nienia w tym kierunku stosownych zarządzeń, gdyż mogłoby to było słusznie być poczytane za rozbijanie organizacji centralnej i szkodliwy separatyzm. Lwów pod tym względem musiał zatem pozostać w wyczekiwaniu na dyrektywy Komisji Likwidacyjnej i pozbawiony został wskutek zaszłych następnie wypadków możności ingerencji w kształtowaniu się losów Galicji wschodniej w najbliższej przyszłości, t. j. w ostatnich dniach października i w pierwszej połowie listopada 1918.

Wiadomym było tylko, że członkowie prezydium Komisji Likwidacyjnej, już to osobiście już to telefonicznie, układali się z namiestnikiem hr. Huynem, który stanowczo miał oświadczyć, że nie odda władzy nikomu i będzie ją dzierżył w swych rękach tak długo, jak długo nie otrzyma od austriackiego rządu cen­tralnego odmiennego polecenia.

Według obiegających wiadomości, 30 lub 31 października przyjechał poseł Witos z Krakowa i był u namiestnika Huyna, żadnych jednak zarządzeń w charakterze delegata Komisji Likwi­dacyjnej nie wydał i tego samego dnia wyjechał z powrotem do Krakowa. Widocznie doniesienia niektórych dzienników, że Komisja Likwidacyjna ma w dniu 2 listopada przenieść się do Lwowa, były bezpodstawne.

Skoro Lwów został pozostawiony samemu sobie, należy wymienić te czynności, które w swym ograniczonym zakresie przedsięwziął.

Przypominam, że zarząd miasta i Rada Miejska zadekla­rowały polskość Lwowa poddając się władzy Rządu Polskiego i Rady Regencyjnej w Warszawie. Agresywne stanowisko Ukraińskiej Narodowej Rady nie pozostawiało wątpliwości, co do zamiarów Ukraińców w odniesieniu do Lwowa i Galicji wschodniej. Przedostawały się wiadomości mniej lub więcej wiarygodne o kooperacji Ukraińców z austriackimi komendami wojskowymi, o organizacji austriackich oficerów-Ukraińców w porozumieniu z Ukraińską Radą Narodową i jej zabiegach w kierunku organizacji ludności cywilnej. Jakkolwiek były to nieraz wiadomości nieścisłe i niejasne, kłócące się ze sobą, jakkolwiek skutki organizacyjnych wysiłków Ukraińców, zwłaszcza co do ludności cywilnej, były dość nikłe, to jednak w czasach coraz bardziej rozszerzającego się rozprężenia i wymykania się władzy z rąk urzędów austriackich, już to wszystko, co przenikało z tamtej strony, było groźne i zapowiadało wybuch.

Zarząd miasta w okresie od 25-31 października odbywa wiele ważnych konferencji. Na tych konferencjach w obecności ks. arcybiskupów Bilczewskiego Józefa i Teodorowicza Józefa, prof. dr. Chlamtacza, radnych Ohlyego Ferdynanda, Schneidra Adama, ks. prof. dr. Szydelskiego Szczepana, radcy dr. Sawczyńskiego Henryka, redaktora Laskownickiego Bronisława i wielu innych wybitnych osobistości lwowskich zarząd miasta przedstawia sytuację, po czym omawiane były najważniejsze momenty ówczesnego położenia politycznego. W dwóch konferencjach brali także udział przedstawiciele wojskowi Rady Regencyjnej mjr. Drewnowski i kpt. Przeździecki, którzy poinformowali obecnych o sytuacji w Warszawie i postanowieniach Rady Regencyjnej.

Odbywały się konferencje z polskimi czynnikami wojskowymi, o ile sobie przypominam głównie z płk. Sikorskim Władysławem, kpt. Kamińskim Antonim i innymi. Mówiło się o zorganizowaniu oddziałów wojskowych, które by stały zarządowi miasta do dyspozycji. Zarząd miasta przeznaczył szereg ubikacji w ratuszu w parterze po lewej stronie dla obsadzenia przez oddziały wojskowe oddając lokal kpt. Kamińskiemu. Dla innego oddziału miał być oddany któryś z budynków szkolnych. Zastępca komisarza prof. dr. Chlamtacz, któremu podlegało szkolnictwo, odbywa w tej mierze konferencję. Rzecz się wahała, czy wybrać budynek w środku miasta, czy na peryferiach, szkołę Mickiewicza, czy Sienkiewicza. Wywód ówczesnego szefa departamentu wojskowego Magistratu radcy Chęcińskiego przechylił szalę na rzecz peryferii miasta, t. j. szkoły Sienkiewicza, którą dr. Chlamtacz imieniem zarządu miasta oddał do dyspozycji.

Poza zarządem miasta były w toku zakonspirowane prace w ośrodkach stronnictw politycznych, jak n. p. narodowej demokracji, o czym tylko skąpe wiadomości dochodziły na zewnątrz. Przygotowania organizacyjne odbywały się również w polskich ugrupowaniach wojskowych.

Usiłowania zarządu miasta w kierunku wyjaśnienia sytuacji politycznej, a w szczególności uzyskania decyzji, co do oddania władzy we Lwowie, nie doprowadziły do pozytywnego wyniku. Namiestnik hr. Huyn stał ciągle na stanowisku, że nie ma rozkazów rządu austriackiego i nikomu władzy oddać nie może. Delegacja zarządu miasta, złożona z komisarza dr. Stesłowicza, zastępcy dr. Chlamtacza i Neumanna u władz wojskowych nie mogła uzyskać żadnych wyjaśnień. Komendant wojskowy we Lwowie gen. Pfeffer unikał widzenia się z delegacją, inni nie czuli się upoważnieni do jakichkolwiek oświadczeń.

Wchodziłem wprawdzie w skład Komisji Likwidacyjnej wybranej w Krakowie dla całej Galicji, przyłączyłem się do zabiegów innych posłów, w szczególności posłów Galicji wschodniej o ustanowienie natychmiastowe siedziby Komisji Likwidacyjnej we Lwowie nie tylko zasadnicze, ale rzeczywiste. Starania te nie odnosiły skutku, apel do zajęcia się przede wszystkim sprawą Lwowa i Galicji wschodniej spotkał się z ogólną aprobatą, ale bez praktycznych następstw, jak się to później okazało.

W dwóch ostatnich dniach października prezydium Komisji Likwidacyjnej bądź to telefonicznie, bądź osobiście usiłowało interweniować w sprawie objęcia władzy w Galicji wschodniej. W dniu 29 października, jak doniosła prasa, prezydium Komisji odbyło konferencję, na której wysłuchano referatu o groźnej agitacji Ukraińców w Galicji. Hr. Skarbek telefonuje z Krakowa, poseł Witos, jak wyżej wspomniałem, przybywa osobiście do Lwowa układają się z namiestnikiem, a wreszcie prof. dr. Głąbiński zjeżdża do Lwowa i bawi tu przez dwa dni, t. j. 30 i 31 października, a w dniu 31 października odjeżdża do Warszawy.

Według własnej relacji prof. dr Głąbiński przybył do Lwowa w dniu 30 października na jeden dzień, aby porozumieć się z namiestnikiem Huynem co do oddania Rządowi Polskiemu administracji Galicji i aby skłonić posła Witosa przebywającego wówczas we Lwowie do wstąpienia ludowców do gabinetu Świerzyńskiego. Dodać tu należy, że Witos był przez kilka godzin we Lwowie, a nie przebywał, jakby ktoś mógł z tej relacji wnosić, przez dłuższy czas we Lwowie.

Namiestnik Huyn odpowiedział dr. Głąbińskiemu to samo, co innym, że odda zarząd kraju skoro tylko otrzyma rozkaz rządu centralnego. Zatem i interwencja nawet dr. Głąbińskiego, który mógł powołać się na autorytet rządu warszawskiego, nie odniosła żadnego skutku i sytuacja pozostała niezmieniona. Prot. dr Głąbiński, zaniepokojony pogłoskami o działalności Ukraińców, pozostał, jak pisze w swej notatce, jeszcze drugi dzień, aby sprawy przypilnować i zarządził, aby młodzież i organizacje wojskowe polskie, istniejące we Lwowie, natychmiast się zmobilizowały, aby wieczorem obsadziły gmach pocztowy, kolejowy i t. d. i aby wyczekały do rana na wszelki wypadek. Nie wiadomo mi, czy dr. Gąbińskiemu znane były zarządzenia uskutecznione z ramienia zarządu miasta, śmiem o tern wątpić, gdyż byłby starał się je skoordynować. Nie wiadomo także, komu i jakim siłom zorganizowanym rozkazał zmobilizować się, w każdym razie rozkazy te odbyły się w sposób wielce zakonspirowany, gdyż ogół nic o tern nie wiedział. Okazało się również, że tych oddziałów zorganizowanych, którym minister dr. Głąbiński rozkazał już 31 października zmobilizować się, w tej chwili nie było. Jeżeli minister dr Głąbiński utrzymuje w dalszym ciągu swej notatki, że przybywszy do Warszawy dowiedział się o katastrofie lwowskiej i że przyczyną było to, iż „moje zarządzenia nie były wykonane", to należy zaznaczyć, że jest to zapatrywanie bardzo jednostronne i nie opierające się na żadnej realnej podstawie.

Skoro minister dr. Głąbiński był zdania, że do Obrony Lwowa potrzeba było rozkazów jego i zarządzeń, to powinien się był przekonać, czy w ogóle te rozkazy mają praktyczną wartość i mogą być zrealizowane. Gdyby był to gruntownie uczynił, byłby się przekonał, że mogły to na razie być tylko słowa i nic więcej. Minister dr. Głąbiński byłby musiał nie 30 października, ale o wiele przedtem przybyć do Lwowa, aby tak wszystko ułożyć i przygotować, iżby wykonaniu jego zarządzeń nie stanęło nic na przeszkodzie. Twierdzenie zatem ministra dr. Głąbińskiego, że kata-strofa tylko dlatego nastąpiła, ponieważ jego zarządzenia nie zostały wykonane, jest po pierwsze nieścisłe i jednostronne, ponieważ i zarządzenia skądinąd pochodzące nie zostały wykonane, po wtóre w ogóle zarządzenia te nie mogły być wykonane, ponieważ minister dr. Głąbiński niestety nie mógł skierować swoich rozkazów do oddziałów armii uzbrojonych, w pogotowiu stojących i zorganizowanych pod jednolitą komendą, albowiem ich na razie w tej formie jeszcze nie było. Zarządzenia więc, poczynione w kole znajomych, nie zdołały osiągnąć skutku. Zauważyć jeszcze trzeba, że dr. Głąbiński przybył i pozostał we Lwowie jeszcze z tego powodu, aby być na pożegnaniu, które w czwartek o godzinie 11 przed południem odbyło się dla niego na uniwersytecie.

Zastrzegam się, że kreśląc tylko osobiste spostrzeżenia, nie mam zamiaru wydawać stanowczego sądu ani o zachowaniu się Komisji Likwidacyjnej w Krakowie w najbliższych dniach po jej powstaniu, ani o zabiegach dr. Głąbińskiego w tych dniach we Lwowie, gdyż niewątpliwie mogą znaleźć się poważne argumenty, które usprawiedliwiają postępowanie Komisji Likwidacyjnej w tych dniach i które by mogły stwierdzić, że to postępowanie nie mogło być inne. Również zamierzenia dr. Głąbińskiego mogły być uczynione w najlepszej wierze i mógł on być przekonany, iż do pomyślnego wyniku sprawy potrzeba było tylko jego zarządzeń. Jeżeli wszystko to przytaczam, to tylko dlatego, aby oświetlić wszechstronnie tło, na którem rozgrywały się wypadki w dniu 31 października, a właściwie w nocy z dnia 31 października na 1 listopada we Lwowie.

W dniu 31 października wieczorem odbyło się jeszcze posiedzenie Rady Miejskiej, na którem załatwiono drobne bieżące sprawy. Na posiedzeniu tern w poufnych rozmowach wyczuwało się troskę o najbliższą przyszłość. Wiadomości, które nadchodziły, mogły zapowiadać przyśpieszenie zamachu ukraińskiego. Osobiście, mając informacje, że Ukraińcy nie są jeszcze zupełnie przygotowani i czekają na nadejście dalszych oddziałów wojskowych przypuszczałem, że prawdopodobnie atak odbędzie się dopiero za kilka dni. Nie wykluczając, że wystąpienie Ukraińców może i bezpośrednio nastąpić, byłem tego zapatrywania, które później niestety okazało się bezpodstawne, że wystąpienie to nie nastąpi ani w takiej formie, ani w tak brutalny sposób, jak to się stało. W swoim zakresie nie widziałem możności dalszych zarządzeń poza już wydanymi.

Okazało się też później niezbicie, że w dniu 31 października realny stan przygotowań po polskiej stronie był tego rodzaju, iż wystąpienie z odpowiednią siłą orężną nie mogło gwarantować natychmiastowego dodatniego wyniku. Bardzo nikłe wyniki usiłowań w kierunku zorganizowania austriackich oficerów Polaków, brak skoordynowania przygotowań rozmaitych ugrupowań wojskowych reprezentowanych wówczas na gruncie lwowskim pod jednolitą, od dłuższego czasu funkcjonującą naczelną komendą i szereg innych jeszcze czynników, które by można wymienić, sprawiły, że fakt, iż ktoś wiedział lub nie wiedział, czy zamach ukraiński odbędzie się w nocy 31 października, w dniu tym właściwie był już bez znaczenia. Zdaje się zaś, że byłoby to dla polskiego Lwowa bardzo niekorzystnym i szkodliwym, gdyby się było wydarzyło, iż stosunkowo jeszcze słabe i niedostatecznie skoordynowane i wyposażone oddziały zbrojne polskie nie mogły się były już z samego początku utrzymać na zajętych placówkach w mieście wobec skoncentrowanego ukraińskiego ataku, który w samym początku na razie wprawdzie nie dzięki własnym siłom ukraińskim, ale z powodu bardzo skutecznej pomocy austriackiej przedstawiać się musiał jako silniejszy i lepiej wyposażony.

Gdy w dniu 1 listopada rano chciałem się dostać do ratusza, zabroniły mi wstępu stojące przed ratuszem ukraińskie posterunki wojskowe. Dnia poprzedniego oczywiście kpt. Kamiński wyznaczonego mu lokalu w ratuszu nie zdołał obsadzić.

Nie dostawszy się do ratusza udałem się do gmachu Izby Przemysłowo-Handlowej, do którego wkrótce przybył szereg osobistości lwowskich, a przede wszystkim zastępcy komisarza prof. dr. Chlamtacz i dr. Schleicher. Dr. Schleicher oświadczył, że otrzymał zaproszenie Ukraińskiej Narodowej Rady, aby dalej kierował sprawami aprowizacji, na co oświadczył, że może dać odpowiedź w łączności z całym zarządem miasta. Uznano to jego stanowisko, przy czym z rozmowy okazało się, że ze strony ukraińskiej nie pomyślano wcale o zabezpieczeniu aprowizacji miasta

Niedługo potem otrzymałem zaproszenie na konferencję z Ukraińską Radą Narodową, która wówczas urzędowała w Domu Narodnym. Przewodniczący, radca Wydziału Krajowego Kiweluk Jan, oświadczył, że Ukraińska Rada Narodowa pragnie, by zarząd miasta w pełnym składzie pełnił dalej urzędowanie, na co odpowiedziałem, że muszę porozumieć się z Radą Miejską i że mógłbym tylko urzędować w ratuszu, do którego mnie jednak nie wpuszczono i w którym obecnie pomieszczono wojsko.

Ukraińska Rada Narodowa wydała przepustki dla 4 członków zarządu miasta, które opiewały „na wolny wstęp do lwowskiego magistratu celem objęcia tam urzędowania." Następnie odbyła się narada grona radnych, przy czym ustalono warunki, pod którymi zarząd miasta mógłby dalej urzędować. Najważniejsze były:

1.           cały ratusz zostanie oddany zarządowi miasta,

2.           wojsko zostanie usunięte z gmachu ratuszowego, do którego będą mieli wstęp wolny radni i funkcjonariusze miejscy, wywieszona chorągiew ukraińska zostanie zastąpiona chorągwią miejską.

Zarząd miasta po południu na konferencji odbytej w ratuszu przedłożył warunki dla Ukraińskiej Rady Narodowej, której delegaci oświadczyli, że przedłożą je pełnej Radzie.

Podczas konferencji delegaci ukraińscy starali się kilkakrotnie nas przekonać, że stawianie warunków i takie „formalizowanie" nie jest potrzebne, gdyż wszystko się z czasem ułoży. zwłaszcza, że Ukraińska Rada Narodowa zarządowi miasta nie będzie robiła trudności. Odpowiedzieliśmy, że przedstawiliśmy warunki, które nie są maksymalne, gdyż niema czasu na targi i od przedstawionych warunków żadną miarą odstąpić nie możemy. Na tern układy utknęły.

Natomiast wieczorem przedstawiciele Wydziału Krajowego z marszałkiem Niezabitowskim na czele udali się do Ukraińskiej Rady Narodowej, by próbować układów w tym kierunku, jakby można uniknąć rozlewu krwi. W tej konferencji udziału nie brałem. Wieczorem w izbie Przemysłowo-Handlowej odbyło się liczne zebranie, które po wysłuchaniu sprawozdań zarządu miasta i Wydziału Krajowego podzieliło ich stanowisko i upoważniło obydwa przedstawicielstwa z dobraniem 4 osób z kół obywatelskich do rokowań na zasadzie utrzymania status quo władz i przy zaniechaniu walki orężnej.

Nazajutrz odbyły się wspólne narady w pokoju marszałka Niezabitowskiego, w którym uczestniczyli ze strony polskiej oprócz marszałka członkowie Wydziału Krajowego dr. Bernadzikowski Szymon, dr. Dąmbski Stanisław, zarząd miasta w pełnym składzie t. j. dr. Stesłowicz, dr. Chlamtacz, dr. Schleicher i Neumann, dr. Adam Ernest, dr. Leonard Stalli, dr. Mikołajski Szczepan i dr. Jurasz Antoni, ze strony ukraińskiej ks. metropolita Szeptycki, dr. Fedak Stefan, dr. Konstanty Lewicki, dr. Łoziński Michał i kilku innych. Możliwym jest, że nie wymieniłem wszystkich uczestników, gdyż mogła mi ich obecność ulecieć z pamięci. Ukraińcy zażądali uznania objęcia przez nich rządów w mieście i wezwania legionistów i młodzieży do złożenia broni, ze swej strony zaś przyrzekali zachowanie autonomii miasta oraz reprezentacji miasta w dotychczasowym składzie, a w przyszłości danie jak najszerszych praw mniejszości polskiej w obrębie państwa ukraińskiego. Obecni przedstawiciele polscy oświadczyli na to, że nie czują się ani powołani ani uprawnieni do układania się w sprawie suwerenności kraju Galicji, że sprawa ta należy do Rządu Polskiego. W dyskusji wywiązała się propozycja utworzenia wspólnego organu polsko- ukraińskiego, który by tymczasowo umożliwił współżycie obu narodów, aż do czasu rozstrzygnięcia ostatecznego sprawy. W końcu w dyskusji przyjęto tę propozycję w ograniczeniu jej jednak tylko do Lwowa i wybrano po 6 delegatów polskich i ukraińskich, którzy mieli tworzyć komitet bezpieczeństwa i ułożyć projekt współżycia obu narodów w mieście. Komitet ułożył tekst odezwy do ludności Lwowa i miał wydać polecenie do komend wojskowych ukraińskiej i polskiej zaniechania walki orężnej.

W czasie konferencji zdarzył się znamienny incydent. Oto do sali wpadł Ukrainiec dr. Roman Perfecki z drugim, którego nazwiska nie pamiętam i nie krępując się obecnością ks. metropolity Szeptyckiego, bez usprawiedliwienia się wykrzykiwał: „Panowie tu radzicie, a tam się krew leje." Wezwany do przedstawienia sprawy dr. Perfecki opisał walki w dzielnicy gródeckiej w sposób zupełnie niezgodny z faktycznym stanem rzeczy, gdyż obwiniał Polaków o napadanie na zupełnie spokojne i „defensywne" oddziały ukraińskie. Za wspólną zgodą upoważniono dr. Stahla i dr. Perfeckiego, by udali się na miejsce i zbadawszy sytuację przedłożyli dalsze sprawozdanie, o ile by ich interwencja nie zdołała uspokoić walczących.

Komitet wspólny ułożył tekst krótkiej odezwy do ludności Lwowa i wieczorem nastąpiło według mojego wrażenia tylko pozorne zawieszenie broni na podstawie uchwał tego Komitetu. Wszystkie te układy bowiem i odezwa nie odniosły w dalszym przebiegu wypadków żadnych skutków. Warunki rozejmu zostały wreszcie przez Ukraińców odrzucone, zażądali oni zupełnej kapitulacji, zarząd miasta władzy w mieście na powrót nie objął, gmach ratuszowy obsadzony był dalej przez wojsko i nikt z zarządu miasta nie został do ratusza dopuszczony.

Kilka dni następnych usunęło się z pod mojej bezpośredniej obserwacji, gdyż udawszy się po zebraniu, które odbyło się w gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego przy ul. Kopernika i zakończyło się późnym wieczorem, do mieszkania mego przy ul. Brajerowskiej, chwilowo zostałem odcięty i na drugi dzień rano już z domu wyjść nie mogłem, ponieważ posterunki ukraińskie, które zajęły tę ulicę, nikogo nie przepuszczały. Po trzydniowym przymusowym pobycie w mieszkaniu rano około 7 godziny, gdy żołnierze ukraińscy pozwolili wyjść z domów na chwilę na zakup żywności, biegnąc ulicą Kazimierzowską, Rejtana i św. Stanisława, następnie ulicą Legionów, często wśród strzałów chroniąc się do bram, pasażem Mikolascha dostałem się wreszcie do gmachu Izby Przemysłowo-Handlowej, w którym pozostawałem już stale aż do 22 listopada.

W Izbie zastałem następujący stan rzeczy: toczyły się na nowo rokowania polsko-ukraińskie, zazwyczaj brało udział po 4 delegatów z każdej strony. Ze strony polskiej (o ile pamiętam) byli delegatami: dr. Stahl, dr. Świtalski Kazimierz, Klinger Zygmunt, Głażewski, dr. Dubanowicz Edward, dr. Adam i kilku innych, ja również brałem udział w kilku posiedzeniach, usunąłem się następnie, aby nie stwarzać pozoru, iż rokuję jako kierownik zarządu miasta. Delegaci nie zawsze byli ci sami, lecz zmieniali się na przemian. Podobnie było i ze strony ukraińskiej.

O ile chodziło o sprawy ściśle związane z wojskiem, jak ustalenie kilkakrotnie warunków rozejmu, brali udział zawsze delegaci wojska. Ze strony ukraińskiej przychodził zazwyczaj Witowski, komendant ukraińskich sił zbrojnych, następnie inny oficer ukraiński — o ile pamiętam — nazywał się Bukszowany. Delegaci polscy uzależniali wszczęcie takich rokowań od aprobowania ich przez polską komendę wojskową. Przyjeżdżali na rokowania zawsze, o ile zdaje mi się 2 lub 3 razy, przedstawiciele cywilni i wojskowi „polskiego" Lwowa, by wspólnie obradować nad warunkami rozejmu. O ile chodziło o ustalenie warunków rozejmu, pozostających w związku z wojskiem, ustalali te warunki i podpisywali delegaci wojskowi ukraiński i polski.

Zarząd miasta, po nieudałych próbach Ukraińców wejścia z nim w porozumienie i po rozbiciu się układów z powodu odrzucenia przez nich warunków postawionych przez zarząd miasta, zaprzestał w zupełności swych funkcji. Jeżeli tu i ówdzie nadarzały się jakieś czynności, były one natury prywatnej. Jeden z członków zarządu miasta, dr. Chlamtacz, przebywał na obszarze „polskiego Lwowa" i tam był przewodniczącym komitetu.

Zupełnie wyczerpującego oświetlenia zdarzeń w okresie od 1 do 22 listopada dać nie mogę, gdyż fakty i szczegóły tylko w małej części pozostały mi w pamięci, a nie chciałbym podawać błędnie lub nieściśle poszczególnych wypadków. Co się tyczy pierwszych rokowań z Ukraińcami byłem przekonany, że nie doprowadzą one do niczego. Za łatwe mieli pierwsze sukcesy swego wystąpienia, aby zechcieli w spokojnej i rozważnej ocenie sytuacji przejść na ustępstwa. Być może, że mieli pierwotnie zamiar utrzymania dotychczasowego zarządu miasta przy władzy, ale tylko na ten wypadek, gdyby zarząd miasta był odstąpił od swych warunków, co oczywiście nastąpić nie mogło i nie stało się. Inicjatywa Wydziału Krajowego była do usprawiedliwienia dążnością do uniknięcia rozlewu krwi i wprowadzenia tymczasowego uregulowania polsko-ukraińskich stosunków, nie znalazła jednak w kołach polskich pełnego uznania, ponieważ brakło wiary, iż Ukraińcy mają istotnie zamiar iść na porozumienie godziwe, a nie dążą do zmuszenia Polaków do zupełnej kapitulacji. Przebieg i wynik dalszych rokowań potwierdziły słuszność tego przypuszczenia. Ze strony polskiej były może przez jednych mniej, przez innych więcej, żywione tendencje osiągnięcia porozumienia na drodze pokojowej, czym chciano dać dowód, iż walka orężna uważana jest, jako środek ostateczny, gdyby próby załatwienia sprawy w inny jakiś sposób zawiodły. Stąd powstała koncepcja wspólnego komitetu polsko-ukraińskiego i wydania wspólnej odezwy. Przedstawicielstwo polskie, które w tych układach brało udział, chciało pójść, o ile możności najdalej, gdyby sfery ukraińskie żywiły stanowczy zamiar pokojowego uregulowania stosunków i zgodziły się na tymczasowe zarządzenia pozostawiając definitywne załatwienie sprawy właściwym czynnikom w przyszłości. Polscy przedstawiciele czynili to z tym jednym zastrzeżeniem, że z zasadniczego swego stanowiska ustąpić bezwarunkowo nie mogą i oczywiście nie mogą przyjąć żadnego takiego układu, który by zawierał kapitulację czynnika polskiego lub przesądzał jakąkolwiek decyzję w stosunkach polsko-ukraińskich. Wynikało zatem, że Polacy poszli możliwie na ustępstwa, po stronie ukraińskiej jeżeli nawet były jakie częściowe lub nieśmiałe próby godzenia się na prowizorium bez walk, bardzo prędko zwyciężyły prądy wojenne przepowiadające zupełne zwycięstwo w razie nieustępliwości.

Co do tzw. Polskiego Komitetu Narodowego nie mogę sprawy tej wyświetlić z braku odpowiednich zapisków, tern bardziej, że wiele szczegółów i ich związek tylko bardzo nie-dokładnie pozostały mi w pamięci. Okoliczności towarzyszące powstaniu komitetu i jego skład, jako też przebieg pierwszych obrad zatarły mi się w pamięci. Przewodniczącym komitetu był, o ile mi się zdaje, dr. Tadeusz Cieński. Członkowie zarządu miasta zostali powołani również w skład komitetu. Prawdopodobnie pierwsze obrady przypadły właśnie w dniach, w których przymusowo pozostawałem w swym mieszkaniu i widocznie z tego powodu nie były mi dobrze znane. Wśród rozszerzających się walk ukraińsko-polskich właściwie Polski Komitet Narodowy jako taki w ścisłym znaczeniu przestał istnieć, a wyłoniły się nowe koncepcje.

Obszar miasta Lwowa podzielił się na dwa oddzielne, tak zwany ruski i polski Lwów, raczej ściśle mówiąc na Lwów pozostający pod władzą ruską i Lwów pod władzą polską. Były one na ogół od siebie oddzielne i wzajemna komunikacja ograniczona na sporadyczne wypadki, zresztą bardzo utrudniona i   niebezpieczna, na niektórych odcinkach zaś zupełnie uniemożliwiona. W polskim Lwowie utworzył się Komitet Bezpieczeństwa jako naczelny organ dla spraw cywilnych, urzędujący w ścisłej łączności z komendą wojskową. Po stronie ruskiej skupiło się przedstawicielstwo społeczeństwa polskiego w gmachu Izby Przemysłowo-Handlowej.

W pierwszych dniach listopada zbierało się tam codziennie po kilkaset osób, żądnych nowin lub znoszących rozmaite wiadomości i plotki, aż wreszcie obawiając się, że te tłumne zgromadzenia mogą dać powód Ukraińcom do wydania zakazu lub zaprowadzenia kontroli uczęszczających do gmachu Izby, co oczywiście nie mogło być korzystne o tyle, że społeczeństwo polskie po stronie ruskiej zostałoby pozbawione możności swobodnego porozumienia się w ważnych bieżących sprawach, poleciłem zamknąć bramę i wpuszczać tylko niewiele osób według udzielonych wskazówek. W późniejszym okresie listopada ostrożność ta już nie była potrzebna, gdyż wychodzenie na ulicę było połączone z niebezpieczeństwem życia i mało kto odważał się na dłuższe lub dalsze chodzenie po ulicach miasta.

Kto na tym obszarze mógł być uważany za przedstawicielstwo społeczeństwa polskiego?

Zarząd miasta od dnia 1 listopada, zwłaszcza po rozbiciu się układów z Ukraińską Radą Narodową, zaprzestał urzędowania, które wznowił dopiero w dniu 22 listopada, nie występował zatem wcale w charakterze przedstawicielstwa miasta, zwłaszcza, że po stronie tej zarząd nie był w komplecie, ponieważ prof. dr. Chlamtacz znajdował się w polskim Lwowie i objął przewodnictwo tamtejszego Komitetu Bezpieczeństwa, inni członkowie, jak dr. Schleicher i Neumann nie opuszczali swych mieszkań położonych w zagrożonych odcinkach miasta. Z zarządu miasta przebywałem więc tylko ja stale w gmachu Izby Przemysłowo - Handlowej. Przebywali też tam, o ile sobie przypominam, prawie stale dr. Stahl, Głażewski, dr. Adam, dr. Świtalski, Klinger często dr. Loewenherz Henryk, dr. Dubanowicz i kilku innych. Niektórzy, nie mogąc udawać się na noc do swych mieszkań, nocowali w gmachu Izby Przemysłowo- Handlowej.

Przychodzę do tej kwestii, czy można uważać, że po stronie ruskiej urzędował w całym tego słowa znaczeniu Polski Narodowy Komitet, jakby to wynikało z relacji ogłoszonych w I tomie Obrony Lwowa, według których komitet ten na obszarze zajętym przez Ukraińców miał przywłaszczyć sobie doniosłe uprawnienia i był tak potężny w swej działalności, iż krępował działania wojskowe i wydawał polecenia komendzie wojskowej w polskim Lwowie. Być może, że istniał jakiś komitet zakonspirowany, mnie osobiście nieznany, który rozwijał działalność przeszkadzającą w działaniach wojennych. Ta część komitetu, która zbierała się w Izbie Przemysłowo-Handlowej, tylko bardzo wyjątkowo miała możność porozumienia się z kimkolwiek z obszaru polskiego Lwowa, a w każdym razie o komunikowaniu się stałem i możności stałego wpływania na akcję tamtejszych organów nie było absolutnie mowy. Miałem zawsze wrażenie, że tamtejsze czynniki zupełnie niezależnie od tego, co się dzieje po stronie ruskiej, zupełnie swobodnie mogą rozwijać swoją akcję. Ani Naczelna Komenda wojskowa, ani Komitet Bezpieczeństwa nie były w żadnej zależności od części komitetu znajdującej się po stronie ruskiej. Ta część mogła być co najwyżej nazwana komitetem wykonawczym dawnego Polskiego Komitetu Narodowego. Prezes tego komitetu dr. Cieński był po stronie polskiej, jak i wielu wybitnych członków komitetu, po stronie ruskiej wielu członków komitetu nie przychodziło wcale na obrady do Izby Przemysłowo-Handlowej tak, że ostatecznie nieliczna pozostała garstka, która sprawowała funkcje komitetu wykonawczego tylko w bardzo ograniczonym rozmiarze. Funkcje, które spełniali przebywający w gmachu Izby Przemysłowo-Handlowej, polegały prawie wyłącznie na braniu udziału w rokowaniach z delegatami ukraińskimi. W rozmowach tych zastanawiano się głównie nad możliwościami prowizorycznego i tymczasowego ułożenia stosunków polsko-ukraińskich i to bardzo szczegółowo. Jednak nigdy nie dochodziło do ostatecznego porozumienia. Gdy już zdawało się, że będzie mogła być stworzona wspólna platforma, na której porozumienie jest bliskie do osiągnięcia, rokowania na tym lub owym szczególe rozbijały się i rozpoczynały się na nowo od początku. Rokowania te kilkakrotnie doznawały przerwy, aby zrobić miejsce aktualnym w danej chwili układom o rozejm chwilowy. Rozmowy na ten ostatni temat wychodziły już to od Ukraińców, już to ze strony polskiej. Nie pamiętam jednak, aby kiedykolwiek komitet w gmachu Izby Przemysłowo-Handlowej prowadził w tej dziedzinie rokowania na własną rękę, lub przyjmował jakiekolwiek zobowiązania. Zawsze działo się tak, żeśmy wyraźnie zastrzegali, iż nie jesteśmy kompetentni do jakichkolwiek zarządzeń w sferze wojska i uzależnialiśmy prowadzenie rokowań od przybycia przedstawicieli władz polskiego Lwowa wojskowych lub też cywilnych. Kilkakrotnie też przyjeżdżali ci przedstawiciele, a właściwie rozstrzygnięcie sprawy spoczywało w rękach reprezentantów wojskowych jednej i drugiej strony. Szczegółów obrad, z powodu braku notatek, podać nie mogę, określiłem jednak już wyżej dziedziny, których one dotyczyły, na ogół miałem wrażenie, że sam fakt prowadzenia obrad przedstawiał pewne korzyści. Jeżeli rokowania polsko-ukraińskie odbywały się nieprzerwanie i jeżeli odbywały się one właśnie po stronie ruskiej, dawało to możność obserwowania wielu rzeczy, łagodziło w sferach ukraińskich ostrość występowania przeciw ludności, dawało możność stykania się z przybywającymi do Lwowa osobistościami z zagranicy, a nie krępowało formalnie, a tym mniej merytorycznie, polskiego Lwowa, co byłoby o przeciwnych skutkach, gdyby jakieś rokowania miały były się toczyć między polskim Lwowem a Ukraińcami wprost. Również jestem zdania, że chwilowe rozejmy wojskowe nie były na ogół dla strony polskiej bez korzyści.

Komitet w Izbie Przemysłowo-Handlowej nie stykał się jako taki z żadnymi władzami cywilnymi ani wojskowymi ukraińskimi. Przede wszystkim z gmachu Izby niewielu wychodziło, a udawać się do władz ukraińskich nie było po co. Pytanie kwestionariusza dla badania historii Obrony Lwowa, jaka była działalność P. K. N. z punktu widzenia opieki nad polską ludnością zajętej przez Ukraińców części miasta, wskazywałoby na zapatrywanie, iż miało się tu do czynienia z tego rodzaju komitetem, jaki zwykł był powstawać w miastach zajętych przez nieprzyjaciela, w których jednak nie toczyły się walki na ulicach i w których z tego powodu możliwe było prowadzenie pewnych akcji filantropijnych lub opiekuńczych, gwarantowanych swobodą poruszania się na danym obszarze miejskim. W danym wypadku było całkiem inaczej. Toteż komunikowanie się w pewnych nadarzających się sprawach konkretnych odbywało się z reguły drogą rozmów z delegatami ukraińskimi przybywającymi na rokowania do gmachu Izby Przemysłowo-Handlowej, którzy następnie byli niejako pośrednikami i interwenientami u władz ukraińskich. Biura komitet żadnego nie miał, żadnej akcji systematycznej nie mógł prowadzić. P. K. N. początkowo ustanowił wprawdzie kilka komisji, jak n. p. finansową, pomocy ludności itp. Kierownictwo tych komisji poruczono, o ile sobie przypominam, radnym miasta: Lewickiemu Bolesławowi, dr. Poratyńskiemu Janowi, Andrzejowskiemu Marianowi i innym. Komisje nie zdołały ani zorganizować się, ani prowadzić systematycznej akcji ze zrozumiałych powodów, poszczególni członkowie komisji działali według możności w nadarzających się wypadkach.

Z czasu pobytu w gmachu Izby przypominają mi się dwa zdarzenia. Jednego dnia rano przybyła do Izby delegacja złożona z kilku obywateli miasta, która wobec kilku nas obecnych wówczas w gmachu Izby domagała się wywarcia stanowczego wpływu w tym kierunku, aby walk dalszych zaniechano. Obywatele ci po dłuższej rozmowie dali się w końcu przekonać, że sprawa ta od nas przebywających w gmachu Izby zupełnie nie zależy. Wspominam o tym incydencie, aby zwrócić uwagę na rozmaite nieprzyjemne sytuacje, z jakich nieraz szukać należało odpowiedniego wyjścia. Drugim zdarzeniem znamiennym było przybycie do mnie do gmachu delegacji wyższych oficerów austriackich z b. komendantem wojskowym generałem Pfefferem na czele. Oświadczył mi on, że Ukraińcy zezwolili im na opuszczenie Lwowa i wyjazd, że, aby jednak to uskutecznić, potrzebują zezwolenia i pomocy władz polskich w polskim Lwowie. Błagali więc ze łzami w oczach, abym im dał pismo polecające do Naczelnej Komendy polskiej lub wyrobił im w inny sposób to pozwolenie. Na to odpowiedziałem, że zrobić tego nie mogę, ponieważ po pierwsze nie utrzymujemy tu po stronie ruskiej żadnego porozumienia z polską Naczelną Komendą wojskową z powodu odcięcia, a po wtóre pismo takie na nich się nie przydało, ponieważ polska Naczelna Komenda wojskowa ma zupełną swobodę działania i nie jest niczym ze strony nas — osób cywilnych — krępowana. Rozmaite mi myśli przychodziły do głowy, gdy spoglądałem na tych zafrasowanych, zgarbionych dygnitarzy armii austriackiej, którzy jeszcze przed kilkunastu dniami w swej zarozumiałości i złośliwości uzbrajali Ukraińców przeciw Polakom, będąc pewnymi, że oni rozwiązali problem ukraińsko-polski.

Rano dnia 22 listopada około 6 godziny przybiegł do pokoju, w którym spałem, Głażewski, który spał w pokoju frontowym z radosną wieścią, że ulicą Akademicką idą polscy żołnierze. Otworzyliśmy okno i witając ich okrzykiem zapytaliśmy, z jakiego są oddziału. Na to otrzymaliśmy odpowiedź, że idzie dr. Abraham ze swoim oddziałem i że cały Lwów wolny. Udawszy się później do ratusza stwierdziłem szkody, jakie wyrządziły zakwaterowane tam oddziały ukraińskie i wkrótce po przybyciu ujrzałem całe tłumy ludzi przybyłych oglądać sale ratuszowe.

Oczywiście wśród tych tłumów nie było mowy o rozpoczęciu jakiegokolwiek urzędowania i każdy z przybywających chciał coś opowiedzieć ze swych przeżyć, jakich dokonał bohaterskich czynów, a wielu opierając się na tych czynach i zasługach dla miasta zgłaszało swoje w ten sposób nabyte prawa do udziału w rządach miasta. Cierpliwie wysłuchałem tych wszystkich opowiadań i nie przeszkadzałem w zwiedzaniu ratusza. Wszystkie sale na I piętrze ratusza były otwarte i w każdej było pełno zwiedzających, zresztą i tak nie było wówczas mowy o robieniu porządków, gdyż ze służby miejskiej nikt jeszcze nie zgłosił się.

Około południa w tym tłumie witaliśmy gen. Roję Bolesława ze świtą i składaliśmy podziękowanie wojsku na jego ręce za odsiecz i oswobodzenie Lwowa. Wieczorem odbyło się w sali Izby Przemysłowo-Handlowej wielkie zebranie komitetu obywatelskiego, które zagaił jako przewodniczący dr. Tadeusz Cieński. Gdy na sali zjawił się komendant Mączyński, urządzono mu owację, a w imieniu zarządu miasta złożyłem mu i jego dzielnym oddziałom gorącą podziękę za obronę miasta. Uchwalono, aby samorząd miejski podjął natychmiast pracę, a dla spraw politycznych wybrano zgodnie i jednomyślnie osobny komitet złożony ze wszystkich stronnictw. Uchwalono skład komitetu, który przybrał nazwę Tymczasowego Komitetu Rządzącego. Zarząd miasta ogłosił odezwę do ludności, wezwałem pod rygorem wydalenia ze służby wszystkich funkcjonariuszy miejskich do objęcia urzędowania tak, że tłumy napływające nie mogły już tak, jak w dniu poprzednim odbywać spacerów po wszystkich salach i pokojach prezydialnych. Zanotować muszę, że późnym wieczorem udałem się z prof. dr. Chlamtaczem i dr. Stahlem do kwatery komendanta Mączyńskiego z przedstawieniem w sprawie wydarzeń w dzielnicy Żółkiewskiej i prosiliśmy o wydanie dalszych energicznych zarządzeń, co komendant Mączyński przyrzekł nam natychmiast uczynić.

W dniu 26 listopada odbyło się uroczyste posiedzenie Rady Miejskiej, na którem złożyłem w dłuższym przemówieniu podziękowanie bohaterskim obrońcom miasta. Odczytano pismo członków rady Rusinów, iż nie mogą brać udziału w dalszych obradach Rady. Wśród entuzjastycznych oklasków Rada uchwaliła przyłączenie Lwowa do Państwa Polskiego. Jako przewodniczący wyraziłem żal i ubolewanie z powodu smutnych wypadków w żydowskiej dzielnicy miasta. W końcu złożyłem imieniem całego zarządu miasta oświadczenie, że wobec tego, iż zarząd miasta został mianowany przez namiestnika Austrii, a obecnie po szczęśliwym oswobodzeniu Lwowa od rządów austriackich i od najazdu ukraińskiego Tymczasowy Komitet Rządzący objął władzę jako zwierzchnia we Lwowie władza polska, cały zarząd miasta złożył w jego ręce swoje mandaty.

Tymczasowy Komitet Rządzący uchwalił kierownictwo spraw miejskich powierzyć dotychczasowemu zarządowi miasta w tym samym składzie aż do dalszego w tej mierze zarządzenia.

Z powodu zwołania z początkiem lutego 1919 Sejmu Ustawodawczego na sesję do Warszawy, złożyłem w ręce Tymczasowego Komitetu Rządzącego godność przewodniczącego zarządu miasta prosząc o zwolnienie z urzędu, ponieważ mając jako poseł na Sejm przebywać przez czas dłuższy w Warszawie, nie mogłem podjąć się równoczesnego sprawowania funkcji kierowniczych w mieście w czasach tak poważnych i wymagających szczególnej baczności i osobistej pracy na miejscu. Z początkiem lutego Tymczasowy Komitet Rządzący uwzględnił moją prośbę i zwolnił mnie z urzędu kierownika zarządu miejskiego.

Władysław Stesłowicz

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version