Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Legionowe anegdoty

Pułkownik Kutner, zastępca płk Hallera w II Brygadzie słynął na całą armię ze sklerozy. Leguni niejednokrotnie wyszydzając tą przypadłość, płatali staremu Austriakowi niezbyt mądre kawały.
Pewnego razu narobili "co nieco" na ścieżkę, którą ten się przechadzał. Złapani jednak na precederze, zostali z miejsca spisani z zamiarem późniejszego ukarania. Kutner zapomniał jednak zanotować szczegóły  przestępstwa i wymiar kary.
Kilka dni później ... obaj legioniści zostali odznaczeni srebrnymi krzyżami za waleczność.

(...) muszę nadmienić, że wszystkie nasze dyskusje, sprzeczki i kłótnie, wzajemne naciągania się i przekomarzania były dziecinnymi, niewinnymi igraszkami w porównaniu z pomysłami, jakie rodziły się w szalonych łbach kolegów z linii, zwłaszcza zaś moich najbliższych kompanów z 1 pułku ułanów, którzy dla zabicia nudy oraz zaspokojenia potrzeby wrażeń i emocyj dostarczanych im dotąd hojnie przez wojnę, wpadali na najdziksze pomysły.
   I tak moi dawni podkomendni z pierwszego plutonu pierwszego szwadronu, doszedłszy do zgodnego przekonania, że jeden z kolegów (dziś major dyplomowany) ma oczy jak sarna, postanowili (nb. za jego zgodą) urządzić na niego polowanie. Wobec sprzyjających warunków, a mianowicie świeżego śniegu, przystąpiono na poczekaniu do realizacji projektu. Pięknooki ułan nagi, jak go Pan Bóg stworzył, z małym awansem w czasie pomknął do pobliskiego lasu, za nim wiara z karabinkami i w rezultacie nasz bohater, uchodząc przed strzałami towarzyszów, w adamowym stroju przy kilku stopniach mrozu przekłusował dwanaście kilometrów z Werchów, gdzie kwaterowali ułani, aż do naszej Leśniewki.

Anegdota przytaczana przez Wieniawę-Długoszowskiego ze zbioru "Wymarsz i inne wspomnienia". Opisuje zimę 1916 r. Dariusz Nowiński.

Najczęściej Bolesław Wieniawa-Długoszowski jest bohaterem anegdot. Tym razem przytaczam fragment jego opowieści zawartej w zbiorze „Wymarsz i inne wspomnienia”. Dariusz Nowiński.

W sam dzień sylwestrowy (1914 r. – przyp. D.N.) zjawiła się w kwaterze Beliny pewna niewiasta z kategorycznym żądaniem, aby ją przyjął na służbę do pułku. Belina bronił się zawzięcie, choć wobec gwałtownych nalegań zapalczywej niewiasty niezbyt pewnie, przed tą w życiu naszym wojskowym komplikacją  i w końcu dyskusji wytoczył argument, że dla żadnej niewiasty wyjątku zrobić nie może, a w pułku naszym żadna kobieta nigdy nie służyła i nie służy.
- Jak to nie służy! – z oburzeniem odparła niewiasta – a Hanka?
- Jeżeli pani powołuje się na Hankę – odparł z chytrym uśmieszkiem Belina – to muszę ustąpić, ale tylko pod warunkiem, jeżeli pani zgodzi się kwaterować zawsze z naszą Hanką. Wieniawa – zwrócił się do mnie Władek , gdyż przypadkowo byłem przy tej rozmowie obecny – bądź tak dobry i sprowadź tu jak najprędzej Hankę.
Jakaż była konsternacja  i przerażenie niedoszłej konnej patriotki, gdy po kilku chwilach  zameldował się w w mym towarzystwie w kwaterze rotmistrza olbrzymi, zwalisty chłop z krzaczastymi bakami, którego Belina przedstawił jej jako naszą uroczą Hankę, tak bowiem przekorny kaprys koleżeńskich żartów ochrzcił obywatela Kuleszę, świetnego kompana i srogiego żołnierza, obecnego dowódcę brygady naszej kawalerii, właśnie dla jego potężnej i stuprocentowo męskiej postaci.
Ja z mojej strony, z obowiązku szwadronowego barda, opiewałem jego popularną w naszych szeregach sławę trawestacją  znanej wojskowej piosenki, której – niestety – dwie tylko zwrotki  nadają się do druku:

Haniś moja Haniś,
Cóżeś za kochanka
Kiej ci z buzi pachnie
Rum i przepalanka.

Haniś moja Haniś,
Cóżeś za Hanisia,
Jak siadłaś na konia
To konik aż przysiadł.

Jedną z barwnych postaci żołnierzy Marszałka był mjr Tadeusz Brzęk-Osiński. Pomijając już okoliczności postania jego pseudonimu pozwolę przytoczyć sobie jedną z anegdot zawartych w opublikowanych, pod tytułem ""Legionista i piłsudczyk. 1905-1939", wspomnieniach. Dariusz Nowiński.

W Kozach Belina-Prażmowski z oficerami  stanęli we dworze, a szwadrony we wsi. Przyjmowano nas gościnnie, lecz cóż z tego, gdy serce wyrywa się do lubej i zazdrość bierze, gdy widzę oficerów czyniących wypady do Białej lub Kęt, gdzie stał Komendant i sztab I Brygady. No i nie wytrzymałem. Pewnej nocy wymknąłem się z kwatery do prowizorycznej stajni w jakiejś stodole, osiodłałem Bysia, wyprowadziłem za wieś i w cwał. W godzinkę byłem w Andrychowie, przywiązałem Bysia do sztachet i jak to w piosence:

Puk, puk, w okieneczko
Otwórz mi panieneczko
I buziaka daj…


Resztę zostawiam twej wyobraźni. Udało się raz, tedy wypad powtórzyłem, ale tu już przysłowiowe „ucho dzbana” urwało się. Kłusuję w nastroju zwycięskiego rozanielenia, Byś – czując bliskość stajni – parska wesoło, jest jeszcze ciemno, śnieg skrzypi, w górze mruga samotna gwiazdka – może to moja? Wieś już blisko, więc przechodzę w stępa, Ale nie dojeżdżam do opłotków, gdy na drodze wyrasta jakaś postać i woła rozkazująco:
- Stać! Stój! – Poznałem po głosie: „Belina”! A miałem za sobą dopiero trzy miesiące ułańskiej służby i bałem się jeszcze swego cholerującego „wodza”. Karny raport i paka gotowe, co wcale mi się nie uśmiechało.  Nie może mnie więc poznać i z tą decyzją desperacko szarżuję na „Belinę”! Ratował się skokiem do rowu, a ja konia do stajni, a sam pod koc i udaję, że śpię. Miałem niezłego stracha, rozumiejąc, żem strunę przeciągnął. Ale śmiałym fortuna sprzyja! „Belina” dochodzenia nie przeprowadził. Myślał pewno, żem go nie poznał i wolał nie poruszać swej rejterady do rowu. A ja zrezygnowałem , choć z żalem, z tych nocnych wypraw.
Niedługo potem Stasiek Skotnicki ściągnął mnie na kwaterę Beliny. Chodziło o czwartego do brydża: nowej gry, którą poznałem w Niemczech.  O nocnym incydencie już zapomniałem. Aż tu „Belina”, po wygranym ze mną robrze, co poprawiło mu humor, zapytuje z udawanym „marsem”:
- Słuchaj no „Brzęk”, czyś to nie ty szarżował na mnie? Gadaj, coś robił dwa dni temu nocą? – zaskoczony, nie straciłem kontenansu i odparłem trochę bezczelnie:
- Ależ rotmistrzu, ja mam taką słaba pamięć. Co robiłem wczoraj wiem, co onegdaj coś tam pamiętam, ale dwa dni temu nocą? Ależ spałem, oczywiście. Nie.., wychodziłem za potrzebą! – „Belina” mruknął coś, ale że trzeba już było siadać do nowej partii, więc na tym się skończyło.

Przybył do pułku nowy kapelan. Zakwaterowano go w ziemiance dowództwa. Przyszedł wieczorem i nie zdążył się jeszcze zorientować w otoczeniu swojej kwatery. Rankiem, gdy wyszedł za potrzebą, obchodząc ziemiankę dookoła, trafił na wnękę i uznał ją za odpowiednie miejsce...Nie zauważył, że we wnęce było okno, co gorsza okno z pokoju ppłk. Roji. Roja też już wstał, i zobaczył, że to, co mu nagle okno przesłoniło, to goły tyłek. Bez namysłu otworzył okno i dźgnął tyłek szablą, dorzucając odpowiednio dosadną wiązankę. Kapelan musiał pójść do szpitala Obraził się na Roję, więc nam przysłano innego kapelana.

Anegdotę zaczerpnąłem ze wspomnień Stanisława Mirka pt. "Opowieści Legionisty". Dariusz Nowiński.

Przez dłuższy czas nie mieliśmy na naszym odcinku frontu żadnych walk, pozwoliło na to na rozbudowę naszych umocnień. Na przedpolu, poza zasiekami wykopaliśmy tzw. wilcze doły - okrągłe dziury o średnicy około 1 m i dwumetrowej głębokości, ze sterczącym na dnie, ostro zakończonym palem. Pomiędzy dołami rozciągaliśmy druty nisko nad ziemią, miały one spowodować potknięcie.`Dalej na przedpolu, znajdowały się pola minowe przygotowane przez saperów.
Pracowałem przy wilczych dołach, gdy od ziemianek nadbiegł sarni koziołek, przeskoczył przez wszystkie rzędy drutów, nie wpadł do żadnego z wilczych dołów, zerwał jednak minę i nim wybuchła, był już w krzakach.
Opowiadano mi potem, że z dowództwa pułku telefonowano:
- Kto zerwał mine przy pierwszym baonie?
Odpowiedziano - sarna.
- Kapral Sarna jutro do raportu karnego pułkowego!
Do kaprala Sarny wszystko było podobne, każdy zbytek.

Anegdotę zaczerpnąłem ze wspomnień Stanisława Mirka pt. "Opowieści Legionisty". Dariusz Nowiński.

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version