Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

08 Sie

Wy to chyba z ZMS-u jesteście!

Rozmowa z Adamem Słupkiem, chorążym sztandaru Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej

Slupek2Który to Marsz dla Ciebie?

Jestem na Kadrówce po raz trzydzisty pierwszy. Co prawda w 1985 r. nie przeszedłem trasy, ponieważ byłem wtedy więziony, ale regulamin Marszu przewidywał takie sytuacje i także ten Marsz zaliczono mi do stażu, jako więźniowi olitycznemu.

Czyli zacząłeś w pamietnym 1984 r. Jak dowiedziałeś się o Marszu?

Jako mieszkaniec Krakowa zacząłem jeździć na Kopiec Piłsudskiego i pomagać w jego remoncie. Miałem dużego fiata z przyczepką i czasami przewoziłem różne, potrzebne przy remoncie rzeczy. Tam spotkałem grupę piłsudczyków i od nich dowiedziałem się o Marszu.

Twoja przygoda z Kadrówką miała dośc niecodzienny początek. Opowiedz o tym pamietynym wydarzeniu.

Marsz zaczął się normalnie czyli w wielkiej tajemnicy. Spotkaliśmy się od razu w Michałowicach. Prowadzący Marsz powiedzieli, że głównym celem będzie dotarcie do Kielc. Trudno było sobie wyobrazić, że dotrzemy w całej grupie. Nie było stałych miejsc noclegu jak jest to dzisiaj, spaliśmy po stodołach. Wysyłalismy zwiad, któy miał za zadaniem zorganizowac nocleg. Głównie staraliśmy się spać przy parafiach, choć nie zawsze się to udawało. Dodatkowo mieliśmy problem z wyżywieniem, nie tylko my, ale i mieszkańcy wsi, które mijaliśmy. To były czasy, gdy reglamentowano żywność i i władze potrafiły zakazać dowozu chleba do miejscoowści przez którą mieliśmy przechodzić. Cierpieli na tym głownie miejscowi.

Kilka dni przed dotarciem do Jędrzejowa kilkkakrotnie spotkalismy człowieka z jabłkami. Wykazywał duże zainteresowanie nami. Kolejny był młody chłopak z rakietami do tenisa ziemnego, który kilkakrotnie przejezżdzał obok nas na rowerze, wyglądało jakby nas liczył. Szliśmy lasami i trzeba było dobrze je znać, aby nas namierzyć. Mijał nas z pięć razy. Kolejny , który nas obserwował udawał pijaka , leżacego na skraju drogi krajowej nr 7. Nie był dość szybki i zauważyliśmy, że co chwila unosi lekko głowę obserwując nasz przemarsz. Nietypowi też byli smolarze w lesie, którzy stali obok beczki ze smołą. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że miesli spodnie zaprasowane w kant. Sześć kilometrów przed Jędrzejowem milicja pouczyła Wojciecha Pęgiela, że nasze zgromadzenie jest nilegalne.

Doszliśmy do zajazdu w Łączynie, gdzie w trakcie poczęstunku, składającego się wtedy z chleba i dobrej kiełbasy (luksus jak na owe czasy) zostaliśmy otoczeni przez kilka nysek milicyjnych. Tych, którzy byli na zewnątrz zacżeto zatrzymywać. Następnie zatrzymano także tych, którzy przebywali wewnątrz zajazdu. Wyprowadzili nas stamtąd, a milicjanic korzystając z okazji zjedli pozostawione przez nas kiełbasy. Przewieziono nas do Jędrzejowa. Na dziedzińcu komisariatu Milicji Obywatelskiej pilnowali nas milicjanci z psami. Tam nas przesłuchano i spisano. Przesłuchujący mnie dokonał nieświadomie małej zmiany adresu mojego zamieszkania zamieniając numer bloku z numerem mieszkania. Dzieki temu błędowi znaleziono mnie mnieju więcej po około ośmiu miesiącach i dostałem wezwanie na kolegium. Zeznawałem, że bliska jest mi idea Marszałak Józefa Piłssudskiego i kultywując te tradycje przemierzałem trasę do Kielc, ale szedłem sam i nie uczestniczyłem w marszu grupy. Natomiast świadek zeznał, że szedłem z innymi osobami i wznosiłem antypaństowowe okrzyki i genralnie zachowywałem się głośno. Gdy próbowałem podważyć zeznania świadka zakazano mi zadawania pytań. Ukarano mnie grzywną w wysokości prawie dwukrotnej pensji oraz karą dodatkową. Był to nakaz obowiązku wywieszenia, przez dyrekcję, orzeczenia kolegium przez okres dwóch tygodni na głównej tablicy ogłoszeń w miejscu mojej pracy. Dzięki temu zyskałem większą popularnoiść. Spora grupa pracowników poprosiła mnie, abym spotykał się z ich przodkami i opowiadał jak czczona jest pamięć o Marszałku. Fundowano nawet obiad i przejazd. Natomiast na zebraniu członków Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej dwóch członków tej organizacji obiecało , że „umilą” mi zycie. Dziś myślę, że kara ogłoszenia orzeczenia była dla mmie raczej wyróżnieniem.

Od kiedy opiekujesz się sztandarem Kadrówki?

Pierwszy szytandar zabrali nam milicjanci w 1984 roku. Przy kolejnynm sztandarze czasami pojawaiłem się jako członek pocztu. W 1993 r. w trakcie trwania Marszu, w miejscoowości Szewce (tradycyjne miejsce noclegu Marszu przez wiele lat) zaproponowałem, abyśmy zebrali środki na wykonanie nowego sztandaru. Mieliśmy je zgromadzić w trakcie kolejnego Marszu. Wypadał on w 1994 r., w 80. rocznicę wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej. Już po Marszu uświadomiłem sobie, że w tak ważnym roku nie będziemy mieli nowego sztandaru. Dlatego też postanowiłem wyłożyć swoje oszczędności, aby zdążono z wykonaniem sztandaru przed rocznicowym Marszem. Odebrałem go 4 sierpnia 1994 r. Następnego dnia sztandar został poświęcony w trakcie mszy św. w katedrze wawelskiej. Nie udało się zrealizować pierwotnego projektu, ponieważ osoba wykonująca sztandar, nie była w stanie wykonać go przez rozpoczęciem Marszu. Od tej pory jestem chorążym sztandaru.

Kto wsparł wykonanie sztandaru oprócz uczaestników Kadrówki?

Środki na jego wykonanie przekazał NSZZ „Solidarniość” Region Małopolska. Pomógł nam także swym wielkim sercem ówczesny wojewoda krakowski Tadeusz Piekarz. Pieniądze otrzymaliśmy także od prezydenta miasta w Krakowie, ale kosztowało nas to sporo nerwów i czasu. Po ośmiu miesiącach pieniądze nam wypłacono.

Kadrówka składa się z momentów wzniosłych i tych bardziej humorystycznych. Jakies nietypowe podejście do Marszu utkiwło Ci w pamięci?

Mogę podac dwa skrajne przykłady. Pierwszy dotyczył naszego przejścia przez miedzę pola należącego prawdopodobnie do PGR-u. Podeszło do nas wtedy trzch mężczyzn i jeden z nich zażądał od nas pieniędzy za wydeptana trawę na miedzy. Zapłaciliśmy dla świętego spokoju, tym bardziej, że straszył nas milicją.

Drugi przypadek pokazuje zupełnie odmienne podejście do nas w czasach komunizmu. Było niezwykle gorąco i podeszlismy do jednego z gospodarstw z prosbą o poczestowanie nas wodą ze studni. Gospodarz zaczął nam się ciekawie przyglądać i wypytywać kim jesteśmy. Stwierdził, że pielgrzymka do Czestochowy szła dzień wcześniej, więc pielgrzymami nie jesteśmy. Poza tym ma kilka krów i mało wody w studni. Jeden z uczestników odpowiedział, że jesteśmy uczestnikami marszu szlakiem Józefa Piłsudskiego. Gospodarz roześmiał się ironicznie i stwierdził, że to raczej wycieczka ZMS-u (Związek Młodziezy Socjalistycznej). Któryś z kolegów pokazał mu śpiewnik marszowy oraz odznakę uczestnika Marszu. Przyglądał się długo z zaciekawieniem, szczególnie śpiewnikowi. Dopiero wtedy otworzył się i wspomniał, że jego ojciec pamiętał przemarsz Kadrówki z 1914 r. i czasem o nim opowiadał. Dziwił się, że ktoś taki śpewnik nam wydrukował. Wytłumaczyliśmy, że są też patriotycznie nastawieni drukarze. W tej chwili odwrócił się do żony i powiedział: „Matka, prznieś to zsiadłe mleko!”. Kobieta przypomniała mu, że zsiadłe mleko z ziemniakami jest na obiad dla nich, ich trójki dzieci i straszego ojca. Padła odpowiedź: „To dziś zjemy ziemniaki z wodą, a mleko daj marszowiczom”. Wypilismy po pół kubka mleka, nie chcąc zostawiać ich bez posiłku, ale wody dostalismy bez żadnych ograniczeń.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Po 1989 r. Wojskow Polskie deklarowało, że będzie mocno wspierać i finansowac Marsz. Okazało się jednak, że za tę pomoc musieliśmy płacić. Dziś po Wojsku Polskimm na Kadrówce nie ma śladu. Żołnierze nie biorą udziału w Marszu, choć jeszcze do końca lat dziewięćdzisiątych XX wieku wystawiali jeden z plutonów marszowych.

 

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version